wtorek, 31 maja 2011

Edward Muybridge - korzenie kinematografii~

                        Niejednokrotnie spotkałem się w rozmaitych recenzjach czy artykułach z przyrównywaniem świata kina do teatru. Na pozór skojarzenie to wydawać się może banalnie oczywiste, tym bardziej z punktu widzenia przeciętnego widza, którego wiedza o kinie ogranicza się do tego co jest obecnie popularne. Choć pod względem gry aktorów czy konstrukcji dramaturgicznych pokrewieństwa są całkiem sporę, niestety kompletnie nie mogę się zgodzić by były to sztuki pokrewne. Teatr opiera się na stworzeniu pokazanego na żywo spektaklu, który choć zapadnie w pamięci odbiorcy, nacieszenie się całokształtem konkretnego spektaklu będzie niestety jednorazowe. Nie da się cofnąć, ani nie da się też zatrzymać na moment w ulubionym fragmencie. Można rzecz jasna pójść na kolejny spektakl ale niestety kolejne przedstawienie nie będzie nigdy idealnie takie same. Czasem lepsze, czasem gorsze – jak z kopią zdjęcia. Różnice choć często minimalne zawsze gdzieś się znajdą.

            Odkładając na bok kwestie w różnicy języku, czasowania czy technik jakimi jest tworzone kino nie może być moim zdaniem porównywalne z teatrem. O wiele mu natomiast bliżej dwóm innym mediom. Pierwszym jest malarstwo, gdzie artysta tworzy arcydzieło które dalej pozostanie na wieki by mogło być podziwiane w dowolnej ilości czasu i niezmienionej formie, drugim zaś jest – Fotografia. Nic dziwnego! Ostatecznie to w niej kino ma swoje korzenie!

            Edward Muybridge (1830-1904)  był brytyjskim fotografem, zajmujący się swoją twórczością głównie na terenie Stanów Zjednoczonych. Znany także pod pseudonimem „Helios” (Grecki bóg słońca) początki swojej kariery poświęcił w lwiej części fotografii krajobrazowo-dokumentacyjnej. To on na lata przed Edisonem i Braćmi Lumiere zapoczątkował to czym dziś nazywamy współczesne kinematografią. Co zabawne – nie miało to miejsce świadomie! Ot, Leland Stanford (prezydent linii kolejowej Central Pacyfic Railroad) założył się z Frederickiem MacCrellishem o 5000 dolarów oto czy galupopujący koń odrywa od ziemi wszystkie cztery kopyta na raz.

Na Muybride spadło nie łatwe zadanie dowiedzenia tego za pomocą fotografii. Motywacja do dokonania epokowego przełomu była być może błaha (i ocenie uważana za legendarną) jednak jakkolwiek by nie było Muybride poświęcił wiele lat na ulepszaniu chemikaliów by uzyskać krótszy czas naświetlania. Ostatecznie ustawił konia na tle białej ściany, rozciągnął wzdłuż toru nici które uruchamiały poszczególne migawki, koń przebiegł... Sukces! Sześć lat w plecy- ale sukces! (lepiej późno niż cale) a ponieważ z koniem się udało niebawem przyszła kolej na kolejne zwierzęta. Wynalazek szybko zrobił fenomen, ale niestety jak to bywa Muybridge i Stanford nie potrafili się dogadać w kwestii dzielenia zysków (ostatecznie jego inżynierzy byli współtwórcami wynalazku), a ten drugi posunął się o krok za daleko gdy publikując zawierającą zbiór zdjęć książkę, ograniczył w kład kolegi do lekkiej wzmianki jego nazwiska. W Europie na szczęście Muybridge został potraktowany z szacunkiem na który sobie zapracował.

Rzecz jasna nie odbyło się bez kontrowersji. Ostatecznie jeśli ludzie oko nie jest w stanie samo zarejestrować wszystkich faz ruchu zwierzęcia, to znaczy to, że nie jest mu to pisane, więc to co pokazuje wynalazek jest po prostu nienaturalnie. Z drugiej strony, aż chce się wytknąć owej logice, reakcje ludzi gdy fotografia została stworzona w pierwszej kolejności i zarzucili wynalazkowi zdolność do kradnięcia duszy (choć ile w tym prawdy nie zostało jeszcze udowodnione) Wynalazek Muy Bridge’a przyczynił się do kolejnego kroku jakim było stworzenie „Zoopraksiskopu” który umożliwiał symulacje odtworzenia ruchu – słowem pierwsze filmy! Nie miały może fabuły, rozbudowanych postaci czy jakichś większych zwrotów akcji, jednak to właśnie to popchnęło ruch który poprowadził do stworzenia kinetoskopu Thomasa Edisona, czy kinematografu braci Lumiere...

Co zabawne jednak i ich pierwsze projekcje filmowe o kilka lat wyprzedza... Emile Reynaud, która w 1892 roku stworzyła pierwszy film animowany „Pauvre Pierrot” który stworzył za pomocą „Praksinoskopu” który opracował w 1876 roku w Paryżu. Zatem „Ogrodnik oblany”, „Przyjazd pociągu na stację” czy „Wyjście robotników z pracowni” nie są, aż takimi pionierami jakby się nam wydawać mogło (nim jakiś znawca kina mnie zlinczuje piszę to ostatnie zdanie rzecz jasna z przymrużeniem oka)

Przykre zatem, że Muybridge jest dziś często nieco zapominany, podobnie jak i fakt, że kino wywodzi się nie ze sceny, ale ze świata fotografii. Jak Ono polega na uchwyceniu czegoś, obojętnie czy mówimy o tym co zagrał przed nią aktor, czy też w przypadku dokumentu, o uchwyceniu prawdziwego wydarzenia bądź krajobrazu. Zresztą by kino stało się fotografią wystarczy po prostu wcisnąć pauzę – i proszę! Już oceniamy obraz nie po tym jak się rusza czy co mówi, a po tym jak jest skadrowany, jakie emocje budzi i co zostało w nim tak naprawdę zawarte.

To tyle na dziś
~Pan Miluś... lub Maciek Kur jak kto woli :)

niedziela, 29 maja 2011

"Simpsonowie Wersja Kinowa" - Jedz me szorty Polski dubbingu!

Tak... Nie wiem co za licho mnie podkusiło ale uznałem po latach odświeżyć sobie POLSKĄ wersję kinowej odsłony Simpsonów. Nie znam innego filmu lepiej ilustrującego wszystkie wady które lubię wytykać Polskiemu dubbingowi. Ba! Jest ich tu tak wiele, że to prawie parodia. Już sam Polski tytuł boli sugerując,  że spece od tłumaczenia naprawdę niewiedzą za co się biorą...
By jednak było uczciwie zacznę od plusa – Nie mówię tu o aktorach, a o samym tłumaczeniu! W swoim krótki życiu miałem okazję poznać i zobaczyć w akcji kilku Polskich dubbingowców i mam same dobre rzeczy do powiedzenia.  Są charyzmatyczni, promieniują profesjonalizmem i dają z siebie wszystko jednocześnie bawiąc się dobrze. Poza tym nie byłbym w stanie mieć do nich pretensji o ten konkretny projekt. Simpsonowie to serial który w swojej pierwotnej formie był dobrze znany od prawie dwóch dekad.  Dan Castellaneta, Hank Azaria, Nancy Cartwright, Harry Sherer i reszta obsady przez lata obsłużyli multum postaci, których charaktery jak i głosy zdążyły solidnie ewoluować, a nie zapominajmy, że  sporo drugoplanowych bohaterów, pojawia się w filmie dla raptem kilku kwestii. Byłoby ciężkie (i bezsensowne) gdyby dubbingowcy na siłę szukali idealnego aktora do np. postaci Smithersa czy Dyrektora Skinnera skoro obaj mówią w całym filmie dosłownie po jednym zdaniu (Ba! Ten drugi mówi tylko jedno słowo)

Wracając jednak do napomnianego „plusa” : Uważam, że Polska obsada wypadła dobrze. Po prostu trzeba było chwili aby się przyzwyczaić i już myślało się o postaci jako o Barcie Simpsonie, a nie jako o Barcie Simpsonie z głosem Joanny Wizmur . Ba! Lisa, Millhouse czy Wiggum brzmią praktycznie idealnie, a Wojciech Paszkowsk jako Ned Flanders to strzał w dziesiątkę.




Przejdźmy wreszcie do problemów. Kto jest młody nie pamięta pewnie jaki szum zrobił się gdy na ekrany wchodził „Polski” Shrek, nie z powodu filmu samego w sobie, ale z powodu dubbingu. Każde szanujące się pismo w kraju musiało mieć obowiązkowo artykuł o tym jak Pan Wierzbięta zrobił z filmu coś „Polskiego” (nie żartuję, widziałem więcej niż jeden artykuł który ujął to w te sposób) przerabiając wszystkie dialogi w filmie na swojskie. I faktycznie – w  „Shreku” wypadło to fajnie, z Jerzym Szturem nawijający głosem Osła, wzmianką o Żwirku i Muchomorku i kilkoma tekstami które na kilka lat wpisały się do słownika codziennego użytku. Dubbing „Asterix i Obelix : Misja Kleopatra” także uważam za rewelacyjny – ostatecznie to było spore pole do popisu dla tłumacza : Nie dojść, że co rusz ktoś rzuca jakimś kalamburem  językowym, to każde imię w tym filmie to jakiś żart słowny, notorycznie przez postać Numernabisa przekręcany. To film którego nie da się przetłumaczyć nie spolszczając połowy dialogu i co ciekawe nie wyszło to wcale natrętnie. Asterix raz wspomina jak to tłok na budowie przypomina mu jak był na stadionie u Słowian i to by było na tyle...




Niestety z późniejszymi filmami było coraz gorzej! Idąc przykładem Pana Wierzbięty tłumacze coraz bardziej zaczęli mknąć w zaśmiecanie dialogów spolszczeniami, a piszę „zaśmiecanie” bo moim zdaniem to dwie różne bajki robić taki zabieg gdy faktycznie aluzja bądź żart słowny jest zrozumiały tylko dla osób konkretnej nacji/języka, a co inne gdy wrzuca się go na siłę bo Pan tłumacz ma ochotę popisać się „jaki to jest zabawny”.  Chwilami ma się wrażenie, że już przed filmem zrobił listę obecnie popularnych cytatów i za główny cel postanowił sobie wpleść je w tłumaczenie , a co gorsza jedni (jak właśnie Pan Wierzbięta) mają manię dorzucania nowych tekstów z przysłowiowego offu. Na faszerowaniu obecną pop-kulturą się jednak nie kończy, gdy zapatrzony we własne fanaberie tłumacz kompletnie ignoruje intencje autora spalając niekiedy żarty bądź wrzucają coś co ma się ni-jak do ogólnego kontekstu.


Pozwolę sobie przytoczyć przykład zademonstrowany przez kolegę Lisa :





Ale dosyć tego dobrego!
Oto – najboleśniejsze – perełki Polskiej Kinówki Simpsonów (W nawiasach będę dawał dosłowne tłumaczenie by lepiej zilustrować Problem)

OK! Film się zaczyna!
 Lisa jest na koncercie zespołu Green Day. Przerywają koncert by poruszyć kwestię zanieczyszczenia rzeki i tłum reaguje agresywnie.

Oryginał :
Lisa : I thught they touched on a vital issue. (Wydaje mi się, że poruszyli istotną kwestię)
Moe : I beg to differ (Śmiem przeczyć/Jestem innego zdania)



Polska wersja :
Lisa :
Przecież ekologia jest ważna w życiu.
Moe :  Ekologia to ściema.

Mhhh...
Scena zespołu Green Day zaczyna tonąć ala Titanic i bohaterowie wyciągają skrzypce parodiując scenę z filmu Camerona.
 



Michael Pritchard : Gentelmen, it’s been an honor playing with you tonight. (Panowie, to był zaszczyt grać tu z wami dzisiaj ~ cytat z filmu Tytanik)



Polska wersja :
Michael Pritchard :
To był zaszczyt grać z wami na tym Tytaniku.



Wow! Trzecia minuta i już tłumacz musi gag spalić. Pomijam fakt, że „Titanik” to jeden z najbardziej kasowych filmów w historii (Nawet w komentarzu audio twórcy żartują sobie w czasie tej sceny, że każdy to zna) więc większość ludzi pewnie załapie tę parodię, ale nawet jeśli nie, naprawdę nie podoba mi się postawa tłumacza  - „Część nie załapie aluzji, więc powiedzmy im to wprost” . Fajnie. Ale ogłupia to dowcip dla tych którzy z kolei załapali by dowcip!!!
Ale lecimy dalej. Simpsonowie są teraz w kościele.

Pastor : For the latest rock band to die in our town Lord, hear our prays! (Za ostatni //w kontekście “jeszcze jeden”// zespół rokowy który zmarł w naszym mieście, Panie usłysz nasze modły!)




Polska wersja :
Pastor :
Módlmy się za duszę ostatnio zmarłych członków kapeli. Panie usłysz nasze modły.




W wyniku dalszych wydarzeń w Dziadka Simpsona wstępuje jakaś siła wyższa i zaczyna drzeć się na cały kościół.
Oryginał :
Dziadek :
  A thousand eyes!  (Tysiąc oczu!)


Polska wersja :  
Dziadek :
Oczów Thouseny!

Pewnie bym się o ten konkretny przykład olał gdyby nie to, że określenie „Oczów Thouseny” przewija się potem przez resztę filmu co prowadzi to tak błyskotliwych komentarzy jak :

Oryginał :
Dziadek :
I’m pretty sure a thousand is a number (Jestem pewien, że tysiąc to numer...)
P.W.  :
Dziadek :
Mi to się widzi, że thousen to cuś z pieniędzmi...

Obezwładniwszy dziadka i związawszy go w dywan Simpsonowie opuszczają kościół.  Homer na wszystko leje i  chce jechać na gofry ale Marge jest szczerze przejęta wydarzeniem.

Oryginał :
Marge :
What is the point of going to church every suday, when if someone we love has a genuine religous expirance, we ignor it? Right Grandpa? (Jaki jest powód chodzić co niedziela do kościoła, skoro gdy ktoś bliski doznaje autentycznego religijnego przeżycia  olewamy to? Prawda dziadku?)
Dziadek :  I want bananas on my waffels (Chcę banana na moim gofrze)
Homer : I rest my case! (Zamykam sprawę! /idiom amerykański którego się używa gdy się wygrało jakiś argument)



P.W. :
Marge :
Jaki jest sens chodzić co niedziela do kościoła, skoro ktoś kogo kochamy doznaje boskiej iluminacji, a nam to za diabła nic nie mówi. No, nie prawda dziadziu?
Dziadek : Chcę gofra z banankiem i korniszonkiem.
Homer : A dziadziuś może w ciąży?

Co ciekawe Homer który w oryginale mówił owe zdanie ewidentnie do Marge teraz kieruje je do dziadka.

 
Simpsonowie docierają wreszcie na gofry! Rodzinna opuszcza samochód zostawiając dziadka, który jest rzecz jasna niezadowolony. Jako gag Homer po chwili się wraca... odsłania mu szybę i rusza dalej. Nie ma na szczęście sposobu aby tłumacze spalili ten dowcip...


Oryginał:
Dziadek :
  Whait a minute. I’m still in the car. (Chwila moment! Jestem ciągle w aucie!)



P.W.
Dziadek :
A ja to pies? Mam się tu uwędzić?

Uh! 
Pożywieni goframi Homer i Bart naprawiają dach, poczym ma miejsce ta scena :
                                   

 
Bart się śmieje, Homer się wścieka.

Or
yginał :
Homer :
Why you little... I’ll teach you to Lough at something that’s funny! (Uh, ty mały… Nauczę cię śmiać się z czegoś co jest zabawne!)
Bart : You know, we are on the roof. We could have some fun. (Wiesz, jesteśmy na dachu... Możemy się zabawić! )
Homer : What kind of fun? (Jaki rodzaj zabawy?/ w kontekście – „a niby w co?”)
Bart : How about a dare contest? (co powiesz na konkurs wyzwań?)



P.W.
Homer : 
Co za wredne dziecko! Zaraz się będziesz śmiał baranim głosem ty... ty.. ciapciaku ty!

Bart :
Tylko skrzypek ci tu brakuje! Każdy by się schichrał!
Homer : No co ty nie powiesz!
Bart : Zagrajmy w wyzwania, co?

Staram się nie komentować bo to tłumaczenie mówi samo za siebie ale WOW! Nonszalancja z jaką odchodzą i wracają do oryginału jest oszałamiająca... WOW! Poprostu... WOW!

Osiłek Nelson zamachuje się pięścią na Millhousa :

Nelson : Say global Warming is a myth (Powiedz, że globalne ocieplenie to mit!)
Millhosue (wystraszony) : It’s a Myth! Further study is needed! (To mit! Potrzebne nam dalsze badania!)
Nelson ździela Millhousa.  
Nelson : That’s for selling out your beliefs (To za sprzedawanie tego w co wierzysz/)

Ok. Grozi mu, że go walnie jak czegoś nie powie, a jak to powiedział, to walnął go za to – proste. Zobaczmy jak czytelnie to wyszło w Polskiej wersji :

Nelson : Globalne ocieplenie to kit!
Millhouse : Ale jaki? Naukowcy to banda nieuków!
BACH!
Nelson :  To za to rześ zeżarł  wszystkie rozumy!

Nie... nie kapuję...

                 



I FILM NAWET NIE MA JESZCZE  DZIESIĘCIU MINUT!?

AJ! Przewińmy do pierwszych lepszych scen dalej i zobaczmy czy jest lepiej...

Oryginał :
Moe :
What? Your telling us we’re trapped like rats?  (Co? Mówi Pan, że jesteśmy tu uwięzieni jak szczury?)
Russ Cargill : No, rats can’t be trapped this easily. You’re trapped like carrtos.  
(Nie. Szczurów nie da się złapać tak łatwo. Jesteście uwięzieni jak marchewki.)


P.W.
Moe :
Zaraz, uwięziliście nas tu jak szczury?
Russ Cargill : Nie, ze szczurami by tak łatwo nam nie poszło. Wy to jak te kozy od brzozy.

Swoją drogą czy mi się wydaje czy Moe brzmi w tym filmie za każdym razem nieco inaczej?

Oryginał :
Pracownik EPA : Sir, I’m afraid you’ve gone mad with power (Szefie, obawiam się, że oszalał pan na punkcie mocy)
Russ Cargill : Off course I’ve gone mad with power. Ever try going mad without power? It’s boring. No one listens to you! (Oczywiście, że oszalałem na punkcie mocy! Próbowałeś kiedyś oszaleś, bez żadnej mocy? To nudne, nikt się ciebie nie słucha!)



P.W.
Pracownik EPA
: Sodówa uderzyła chyba Panu do głowy (dodam, że w oryginale mówi jakby był szczerze przejęty tu mówi jakby mu to było wszystko jedno)
Russ Cargill : Oczywiście, że mi uderzyła. Jak miała mi uderzyć skoro mam władzę, tylko to ma sens!

Nie, nie ma.
Swoją drogą "Environmental Protection Agency" przetłumaczyli „Eco-Pro-Agentura” Mhhh...


Oryginał :
Reporter :
  With necesseties growing dangerously low, who know what spark will set off this powder keg? (Z zapasami kurczącymi się w niebezpiecznym tępie, kto wie jaka iskra zapali tę beczkę prochu)


P.W.
Reproter :
Zapasy kurczą się w niebezpiecznym tępie. Wystarczy iskra a beczka z prochem sucha jak pieprz.


KTO MÓWI W TEN SPOSÓB?

A teraz co najbardziej mnie wkurzyło. Otóż okazyjnie jak pojawia się jakiś napis, narrator czyta go nagłos. W ramach swoich przygód Homer uczepiony kuli zaczyna obijać się o różne rzeczy, w jednym momencie zaczyna się obijać notorycznie między wielkim głazem, a budynkiem z napisem „Hard Place” – co jest aluzją do amerykańskiego wyrażenia (Betwen a rock and a hard place – między kamieniem, a twardym miejscem) którego odpowiednik brzmi „Między młotem a kowadłem”.



Scena jest zabawna nawet jak się nie zna tego wyrażenia ale tłumacz uznał, że będzie lepszy. Narrator najpierw odczytuje nazwę knajpy „Mur-Beton” poczym... Notorycznie powtarza „Między Młotem, a kowadłem” wraz z tym jak Homer się obija...  AHHHH!!!!!


Rod : I wish Homer was my father (Chciałbym by Homer był moim ojcem)
Flanders : And I wish you didn’t have the devils currly hair (A ja chciałbym byś nie miał kręconych włosów diabła)
Rod reaguje wystraszony.

P.W.
Rod :
Gdyby tak Homer był moim tatusiem…
Flanders : A gdyby Kojack był moim to by wam było łyso.
Rod reaguje wystraszony.





Bez sensu.. Dobra, jesteśmy już w końcówce! Russ próbuje zastrzelić Homera.

Bart : Wait! If you kill my dad, you’ll never know where the treasure is buried. (Czekaj! Jeśli zabijesz mojego tatę nigdy n
ie dowiesz się gdzie zakopany jest skarb.)
Russ : What treasure? (Jaki skarb?)
Bart : Eee... Treasure of Ima Wiener.  (EEEE... Skarb //wyjaśnię poniżej)
Russ : I’m a Wiener? (Jestem kutasem?)
Bart i Homer w śmiech.
Homer : Classic. (Klasyka)

Ok. Oto przykład czegoś na serio trudnego do przetłumaczenia, bo imię które mówi Bart „Ima” brzmi jak angielskie „Ja jestem” przez co Russ powiedział... No kapujecie sami. Taki szczeniacki dowcip. Zobaczmy jaki genialny żart słowny wymyśli Pan tłumacz :

Bart :
Czekaj! Jeśli zabijesz mi tatę, to się nie dowiesz, gdzie jest zakopany skarb.  
Russ : Jaki skarb?
Bart : Skarb tłuka co ma garb.
Russ : Tłuk z garbem to ja?
Bart i Homer w śmiech.
Homer : Klasyka.

„Klasyka”?
Haha. No tak! Wszyscy znamy klasyczny kalambur słowny o tłuku co ma... ??? OH DOBRA! Starczy tego dobrego!  Istotne jest to, że to co wymieniłem to nawet nie jest ¼ równie żenujących zagrań w tym filmie, a dopiero by się zaczęło jakbym zaczął wymieniać wszystkie „Polskie żarty” które zostały tu wciśnięte na siłę - „Kuchnia Polska”, „Minister oświaty z dalekiego kraju”, aluzje do seksualności Teletubisów, „Moherowych beretów”, braci Kaczyńskich, „Spiep... dziadu” i wiele, wiele więcej.  

Nie pasuje to z dwóch  powodów :
Po primo : Połowa będzie za kilka lat przedawniona! Minęły cztery lata i teksty typu „Seks jest zły bo nie rozwija” czy „Człowiek nie od małpy, a od Smoka” już nikomu nic nie mówią!
Po drugie primo : Film dzieje się w USA i kręci się wokół żartów i satyry o tym kraju! Dowcipy o rządzie Stanów Zjednoczonych, Tomie Hanksie czy Alasce gryzą się ostro ze strikte-Polskimi wstawkami tłumacza.
                        



I by nie było - nie chcę by brzmiało, że gardzę dubbingiem. Przeciwnie - Szczerze podziwam ludzi co zajmują się tłumaczeniem. Ostatnio byłem na "Rio" i Polska wersja była całkiem dobra. Poprostu są pewne zabiegi z którymi uważam, że Polscy tłumacze powinni wziąć sobie na wstrzymanie. W nadmiarze wszystko boli i nie ma lepszego przykadu jak można się z tym zagalopować niż "Simpsonowie - Wersja Kinowa" (Bez kitu! Nie dało się "Simpsonowie - Kinówka"? Albo poprostu "Simpsonowie"!?)


I tak na koniec... Kojarzycie sobie „D’ho”? Ten odgłos który wydaje Homer jak coś mu spadnie na nogę albo omyłkowo zatrzaśnie Maggie w mikrofalówce?


Jesteście ciekawi jak go przetłumaczono?


Na pewno tego chcecie?


Gotowi?


„KUPA!”




D’ho! - nic dodać nic ująć...




~Pozdrawiam
Pan Miluś

środa, 25 maja 2011

Z cyklu słów parę : Kubuś Fatalista i jego Pan (Denis Diderot)

            Okres Oświecenia przyniósł nam pokaźne grono mniej-lub bardziej istotnych filozofów od Johna Locke i Davida Hume po Monteskiusza i Denisa Diedorta na dziele którego planuję skupić się w tym wypracowaniu. „Kubuś Fatalista i jego Pan” (Jacques le fataliste et son maitre) jest obok „Zakonnicy” i „Wielkiej Encyklopedii Francuskiej” najbardziej znanym tworem Diderota i prawdę mówiąc jedynym z jakim póki co miałem przyjemność się zapoznać.

            Nim przejdę do treści podkreślić muszę, że cechą utworu która urzekła mnie najbardziej jest forma – a mówiąc ku ścisłości swoboda i lekkość jaką czułem od pierwszej strony do ostatniej. Będę  szczery – mam problem z wieloma dziełami filozoficznymi. Nie chodzi o to, że słownictwo za trudne, a myśli które próbuje przekazać autor zbyt skomplikowane. Z tym akurat nigdy nie miałem kłopotu. Głównym problemem jest ton czyli  atmosfera jaką wprowadza autor. Proszę darować mi kolokwializm ale często jest po prostu albo marudna, albo jak to miało miejsce w przypadku Św. Augustyna – melodramatyczna. Czytelnik w pewnym momencie czuje się jakby był na niezwykle żmudnym i monotonnym kazaniu. Im większy wysiłek sprawia lektura, tym – nawet podświadomie -  mniej pozytywny wydźwięk mają zawarte w dziele myśli. Ostatecznie człowiek chce tylko jak najszybciej dobrnąć do końca by odłożyć książkę na półkę i zapomnieć o niej, a chyba mija się to z celem jaki miał autor?
            Tu nie ma tego problemu. Autor postępuje bardzo sprytnie : rozbija swoje rozprawki na serię dialogów między tytułowym Kubusiem i – także zawartym w tytule – jego Panem, co dodatkowo zostaje uprawnione bardzo luźno zarysowaną fabułką. Przygody bohaterów są proste, a jednocześnie człowiek uczy się czegoś dodatkowo poznając realia ówczesnej Francji, rozmaite klasy społeczne i obyczaje. Inną istotną cechą jest tu narracja. Przyznam się szczerze, że to moja ulubiona forma – narrator który owszem niezależny i wszechwiedzący, ale posiadający osobowość! Zasypuje czytelnika pytaniami, bawi się z nim, to rusz burząc jego oczekiwania bądź złośliwie intryguje co mógłby powiedzieć, że przydarzy się postaciom. Na swój sposób jest trzecim bohaterem utworu! Owa narracja w zestawieniu z charyzmatycznym charakterem tytułowego protagonisty tworzy wesołą i barwną atmosferę dzięki czemu „kazania” na temat Fatalizmu którymi autor planuje zasypać czytelnika tracą na jakiejkolwiek natarczywości. Pomaga to – gdyż, gdyby nie owy zabieg pewnie miałbym dosyć po kilku stronach i dostawał Szewskiej Pasji ilekroć Kubuś rzuca swoje „Jeśli jest nam zapisane...”, a robi to niezwykle często. Narracja odgrywa tu jeszcze inną ważną rolę – wytyka jak Narrator niezależny, podobnie jak każdy autor czy po prostu opowiadacz jest Panem losu swoich bohaterów. W swojej wyobraźni każdy jest Panem Bogiem. Postacie których losy opisuje są zdane na jego łaskę i gdy oznajmi, że za moment zginą albo ulegną wypadkowi nie będą miały specjalnie wiele do powiedzenia... (a w każdym razie nie powinny, w przeciwnym razie jest to oznaka schizofrenii).

            Z punktu widzenia fatalisty człowiek jest równie nieporadny co utwór czyjejś wyobraźni. Jeśli jest „zapisane w górze”, że zbankrutuje, to choćby jak nie wysilił swoich zdolności finansowych utraci wszystko prędzej czy później. Jeśli jest mu zapisane, że zachoruje, to ile by na zdrową żywność nie wydał i tak dopadnie go jakiś niespodziewany bakcyl. Jednocześnie nie ma pojęcia jaki los jest mu tak naprawdę zapisany. Na pozór ktoś mógłby stwierdzić „Co będzie to będzie” – więc nie ma się o co martwić, skoro jeśli los planuje mi coś złego to nie będę miał na to najmniejszego wpływu i vice versa. Choć są tacy dla których taka wizja funkcjonowania ładu we wszechświecie może być satysfakcjonująca, ja osobiście spostrzegam w tym światopoglądzie pewne aspekty, które są po prostu przerażające.

            Innymi słowy – ktoś może całe życie na coś pracować ale ponieważ „nie będzie mu to zapisane” jego wysiłki pójdą na marne? Widzę tu ogromną niesprawiedliwość. Brakuje mi w tym wszystkim „osądu” który ma wpływ na słuszność czy nawet sens przypisania danemu człowiekowi takiego, a nie innego losu. Nie mówię tu tyle o możliwości zmieniania tego co jest zapisane, co możliwość by wpłynąć „w pierwszej kolejności” na to co może nam w przyszłości być zapisane. Jeśli to jednak los ustawiony jeszcze PRZED naszym urodzeniem oznacza to, że wszelakie poczynania w naszym życiu będą kompletnie bezsensowe czy bezcelowe. Jeśli ktoś urodził się ze znamieniem, że czeka go kilka lat w więzieniu to jakby uczciwie nie żył nie uniknie tego. Podaję przykre przykłady ale mogę podać też przykład w drugą stronę – jeśli komuś jest zapisane, że czeka go bogactwo, teoretycznie całe życie może spędzić siedząc pod drzewem i nawet się nie obejrzy, gdy przejedzie obok wóz z którego spadnie wór sztab złota, albo nadbiegnie nagle notariusz informujący, że bogaty wujek umarł i zapisał w spadku cały swój majątek. Czy jest to sprawiedliwe dla kogoś kto spędził całe życie ciężko pracując? Ani trochę. Z drugiej strony samemu nie wierzę w karmę – mija mi się to z celem tego jak świat funkcjonuje. Owszem, ludzie mogą wpłynąć na swoje życie, ale zwykle są to rzeczy które mają logiczny potok zdarzeń – będziesz dla kogoś miły to później ci pomoże w potrzebie, wyrobisz sobie opinie u przełożonego to dostaniesz promocje ect. ect. Z drugiej strony być może jestem nieco hipokrytą, gdyż samemu wierzę, że mam Anioła Stróża i jeśli będę o niego dbać może być w moim życiu całkiem aktywny.

Wracając do fatalizmu, to w tej logice dziwi mnie też pewna anonimowość odgórnej siły która jest za to wszystko odpowiedzialna. Kubuś wyraźnie daje do zrozumienia, że nie chodzi tu o Boga – Denis Diderot z tego co mi wiadomo był zresztą ateistą – co tym bardziej zahacza mi o absurd. Jeśli owa „odgórna siła” jest w stan zadecydować o czyimś losie to teoretycznie powinna mieć jakąś świadomość by to funkcjonować, a co za tym idzie – „świadoma nadprzyrodzona istota decydująca o losie każdego człowieka na planecie i tak ustawiająca ich wydarzenia by wychodziło po jej myśli” z definicji jest Bogiem! Jest to dla mnie paradoks, bo po prostu nie pojmuję możliwości funkcjonowania „bezosobowych” sił odgórnych. To jak z Buddyzmem – jeśli dusza w zależności od sposobu życia reinkarnuje w wyższą lub niższą formę cielesną to musi być jakaś odgórna siła która ma świadomość by móc ją osądzić i odpowiednio pokierować. W przeciwnym razie gwarancja, że wszystko odbywa się zgodnie z nałożonymi zasadami jest równa zeru.  Podobnie jest tutaj – musi być „ktoś/coś” co kieruje zasadami ustawia je i kontroluje w przeciwnym razie to czy coś jest człowiekowi zapisane w przeciwnym razie z łatwością dochodziłby swego za każdym razem.

„Kubuś Fatalista i jego Pan” przedstawia w bardzo sympatyczny sposób Denisa Dideorta jednocześnie nie mogę powiedzieć by był to światopogląd z którym się zgadzam, a i choć widzę zawarte argumenty jest to jedna z tych teorii filozoficznych której słuszność – z całym szacunkiem do jej wyznawców – jest mi nieco obojętna. Skoro i tak to co zapisane mi się wydarzy to fakt, że wiem, że tak będzie nie miało na to większego wpływ, a optymistyczne podejście Kubusia niestety nie odwodzi mnie od myśli, że narzucone przeznaczenie jest czymś bardziej upiornym niż pozytywny. 

Co będzie, to będzie...


~Wasz
Pan Miluś

niedziela, 22 maja 2011

TOP 10 SIMPSONS EPISODES... Of the last four seasons!

Z wiekiem coraz bardziej jestem w kanonie fanów, których zdaniem obecni Simpsonowie zeszli na psy. Uważam, że serial jak trzeba potrafi być ciągle bardzo zabawny, jednak jako całość nowe odcinki nie mają tego samego wykopu co dawniej. Z jednej strony postawili sobie naprawdę wysoką poprzeczkę i uważam próby przeskoczenia jej na siłę za mylącą się z celem. Jednocześnie nie ukrywam, że sporo nowych odcinków razi lenistwem scenarzystów. Co innego, gdy coś jest „nie tak dobre jak dawniej, ale samo w sobie ciągle coś sobą reprezentuje”, a co innego gdy nawet pomimo zignorowania świetlanej przeszłości serialu film dalej błaga o pomstę do nieba!



To zabrzmi dziwnie ale uważam, że nowym Simsponom wcale nie brakuje humoru, a... emocji! Pierwsze sezony miały nie tylko wyśmienite gagi, ale potrafiły także wpleść je w dobrą, opartą na przejściach postaci fabule. Ilekroć Bart zranił uczucia Lisy naprawdę czuło się wyrzuty sumienia przez które przechodził, ilekroć Homer bądź Marge stanęli przed pokusą zdradzenia swojej lepszej połowy naprawdę widać było tuziny wahań przez które przechodzili. Lęk Barta, że nie zda do kolejnej klasy („Bart gets an F”) paranoja, że stracił duszę („Bart sells his soul”), załamanie Marge gdy odkrywa, że jej syn dopuścił się kradzieży („Marge not proud”) czy smutek Lisy, że ojciec spędzał z nią czas tylko dlatego bo miał z tego pieniądze... („Lisa the Greek”) Te wszystkie odcinki tętniły emocjami i problemami moralnymi postaci. Te nowe nie bawią się w te rzeczy, a w każdym razie załatwiają je prawie symbolicznie.

Odbija się to na jakości ogółu fabuł które robią się coraz bardziej cienkie, przez co gagi coraz bardziej wydają się zapychaczami (to prawie poziom „Family Guy'a") Brakuje też kreatywności w rozwiązaniach – dawniej gdy scenarzyści brali oklepaną formułę umieli z niej zakpić, puścić do widz oko „Hej, wiemy, że to klisza ale spokojnie, zaraz walniemy taki zwrot akcji, że wam kapcie pospadają”. Teraz idą po prostu po najprostszej linii oporu („Bart zamienia się miejscami z bogatym chłopcem który jest jego idealnym bliźniakiem”?? Naprawdę? NAPRAWDĘ?????) Do reszty przekręcam oczami, gdy widzę kolejnego znanego i lubianego który pojawia się w serialu tylko po to by rzucić dwie kwestie i się ulotnić. Kiedyś przynajmniej dostawali duże role które coś wnosiły, teraz są tylko dla jednego żartu.

Mógłbym rozpisywać się o felerach obecnych Simpsonów jeszcze trochę ale  co dziwne ciągle mam sporo sympatii do nowych odsłon tego serialu. Ba! Chętnie zobaczę nadchodzący odcinek o romansie Neda Flandersa z Edną, nauczycielką Barta (Brzmi jak intrygująca kombinacja charakteów) Pamiętam jak między sezonami 16-18 pewni fani argumentowali spadek jakości faktem, że teraz główni scenarzyści serialu pracują nad wersją kinową serialu. O ile nad kionówką Simpsonów chętnie pogdybał bym tworząc rozwlekłą retrospektywę (co prędzej czy później nastąpi) o tyle jeśli mam być szczery dla mnie jakość serialu naprawdę zaczęła lecieć łeb na szyję dopiero PO filmie.

Wytyczając sobie to zatem film jako osobistą granicę zrobię wytyczne odcinków z ostatnich czterech sezonów, które szczerze uważam za bardzo dobre z tych lub innych powodów. Jeśli zatem jesteście fanem ciekawym co nowe odcinki Simpsonów mają do zaoferowania, o to odcinki na które najbardziej warto spojrzeć -

10. Mypods and Boomsticks
Odcinek ma może oklepany schemat (w „South Parku” mieli odcinek z idealną fabułą jakieś dwa  lata wcześniej) ale sam w sobie jest mim zdaniem bardzo dobry.  Plus Dżin z „Alladyna” Disneya pojawia się w tym odcinku! Może być coś bardziej cool? Mh? MH?

9. Threehouse of Horror XIX
Początek z Homerem głosującym na Obamę jest bezcenny, pozostałe dwa „segmenty” są Ok., ale show kradnie ostatni parodiujący Charlliego Browna. Miodzio!

8. Husbands and Knives
Powiem tak – druga połowa odcinka jest taka sobie. Nic powalającego, nic kiepskiego, ale pierwsza płowa – jeśli jest się fanem komiksów – perełka! Sporo geekowskich nawiązań, no i hej! Pojawia się Allan Moore (autor „Watchmen”, „V jak Vendatta”, „Liga Niezwykłych Gentelmanów”, „The Killing Joke” i wielu innych perełek) którego drobny występ jest nie tylko trafiony i moim zdaniem wykorzystany w pełni.

7. Smoke on the Daughter
Z jednej strony to odcinek który mógłby zostać rozwinięty o niebo ciekawiej. Tu Lisa boryka się z chęcią zapalenia papierosów, a zastanawiam się czy nie byłoby ciekawiej gdyby de facto zaczęła potajemnie palić... jednocześnie rodzi się pytanie – czy naprawdę chcielibyśmy zobaczyć Lisę z papierosem w ustach? Z drugiej strony czy powiedzenie „Nie” w pierwszej kolejności nie świadczy lepiej o człowieku? Mniejsza bo odcinek mimo wszystko prezentuje się nieźle, a odcinek sam w sobie bardzo zabawny (fragment ze złotym pomnikiem rozwala mnie ciągle)

6. Eeny Teeny Maya Moe
Na wstępie rzucę, że wątek poboczny w tym odcinku jest „Meh!”, ale reszta jest całkiem dobra i fabularnie i humorystycznie. Ze wszystkich odcinków kręcących się wokół barmana Moe, które na siłę próbują nam wetrzeć „Oh, jaki on jest samotny i nie może znaleźć kobiety marzeń” ten de facto wydał mi się słodki.

5.  Gone Maggie Gone
Parodia “Kodu DaVinciego”… którego nie czytałem, ale film widziałem i mnie nie powalił. Odcinek fajny ponieważ w całości kręcący się wokół logicznych łamigłówek plus wizualnie  całkiem fajnie urozmaicony.

4.  Once upona time in Springfield
Odcinek ma może takie sobie zakończenie (bo to jeden z tych odcinków gdzie niby wprowadzają, jakąś wielką zmianę w życiu bohatera, kiedy z góry wiadomo  że później ignorują ją resztę serialu) ale mimo wszystko jest przepełniony świetnymi gagami, choć spora część zabawna tylko za pierwszym razem (Bo hej! Prawdziwy test dla kreskówki tego typ to czy rozbawi przy drugim obejrzeniu!)

3.Homer Scissorhands
To chyba jedyny odcinek w całym ostatnim sezonie, gdzie nie tylko przez cały czas się szczerze zaśmiewałem, ale i pod koniec miało miejsce coś, gdzie, aż drgnąłem z pozytywnego zaskoczenia (że tak powiem miało miejsce coś czego bym za Chiny się nie spodziewał)

2. Oh, Brother, Where Bart Thou?
WYŚMIENITY ODCINEK i taki o którym mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że równie dobrze mógłby być w którymś ze starych sezonów. Bart chce mieć młodszego brata – motyw który wydaje się być czymś, co powinno być zrobione już dawno.... być może stąd wprowadza silny powiew świeżości? Jedno co mi przypomina stare sezony, to fakt, że dzieje się w ziemie, choć nie jest o gwiazdce (coś co inne seriale robią dosyć rzadko)
Jedyne co w nim prezentuje się marnie to scena parodiująca „South Park” głównie dlatego, że nawiązują w niej do dosyć nie aktualnych motywów w tym serialu (scena na przystanku, śmierć Kenny’ego)

1.  No Loan Again, Naturally
I kolejny odcinek który moim zdaniem ma rację bytu między starymi klasykami. Flanders staje się właścicielem domu Simpsonów i muszą płacić mu czynsz. Prosta fabuła ale świetnie rozwinięta i dopracowana, poprowadzona bez udziwnień z których znana jest obecna seria, postacie nie wydają się uproszczone (zwłaszcza Flanders nie opiera się na schemacie „Każda jego kwestia = dowcip o tym, że jest fanatykiem religijnym”)  i może nie ma jakichś mega rozterek emocjonalnych, ale mamy trochę słodkich momentów. Świetny odcinek!


To tyle
~Pan Miluś


P.S./Edit/Dopisek/Sprostowanie...
Dzisiejszy odcinek był...FANTASTYCZNY!!!
Zaczyna się ciekawie i zaskakująco - Edna podnosi rękę na Barta  (ech, szkoły publiczne - znam ten ból), trochę zabawnych gagów, poczym mamy zapowiedzinay romans z Flandersem... który wychodzi całkiem naturalnie. Nic na siłę, wszystko rozwija się powoli, wszystkie gagi wpisane w fabułę i koncentrujące się na związku między dwójką. Widać, że się starali - nawet celowo skrócili czołówkę tylko do napisu na początku by dać jak najwięcej czasu "opowieści". Role Homera, Marge i Barta (Lisy nie było chyba wogóle) także świetnie wpisne w całokrztałt fabuły.
Całkiem czuła historyjka która prowadzi do... ZASKAKUJĄCEGO ZAKOŃCZENIA! Ale bez większych spoilerów - odcinek kończy się przysłowiowym "Ciąg dalszy nastąpi..." (coś co Simpsonowie zrobili tylko raz w całej histoii swojego serialu) Teraz wszystko w rękach fanów, któży oddadzą głosy na intenrecie! Czy związek przetrwa?
Osobiście jestem za! Jak pokazał odcinek twa dwójka idealnie sie uzupełnia (dobry związek to taki co ma Jinga i Janga), a jak scenarzyści udowodnili FAKTYCZNIE mają jeszcze to i owo do pokazania. To tak jakby jakiś dobry omen przez noc przeczytał moją listę i magicznie sprawił, że z rana zjawił się kompletnie inny odcinek który zasługuje na miejsce pierwsze... No, techniczne miejsce zero... Minus jeden...? Mniejsza!

Odcinek ma tytuł  : Ned-liest Catch! Naprawdę warty zobaczenia! :)

czwartek, 19 maja 2011

HOT FUZZ (2009) - słów parę o arcyśmiesznej arcykomedii

Moja recenzja będzie krótka ale zewięzła : TEN FILM JEST GENIALNY!

Jasne - fabuła nieco przewidywalna (choć chyba po części o to chodziło) jednak gradobicie gagów które ma miejsce w tym filmie jest poprostu oszałamiające. Podoba mi się szybkie i zawrotne tempo (wszystko jest "ciach-ciach") Co w tym świentego? Że gdy film miał dopiero 30 minut miałem wrażenie, że minęło już drugie tyle i nie dlatego, że się dłużył tylko dla tego ile się już w nim wydarzyło i ile razy zdąrzył mnie szczerze rozbawić.Klimax jest przesiąknięty akcją która tylko nakręca się z każdą sekundą.... i no właśnie to jedyny lekki minus bo mimo całej sympatii muszę przyznać, że były momenty gdy robiło się to ciutek męczące. Może, gdyby film był krótszy o jakieś 20 minut. Ale - będę szczery - to w sumie kropla w morzu!


Film jest jak jazda bez trzymanki! To komedia o Policjantach i jednocześnie jej parodia. Świat nawet na moment nie bierze siebie na poważnie ale jednocześnie nie jest aż za bardzo przeładowany aburdem. Film naprawdę ciężko ogarnąć za pierwszym razem i musiałbym obejrzeć go jeszcze kilka razy czy szczerze powiedzieć, czy nie żałuję, że nie widziałem go wcześniej bo chętnie dodałbym go na listę najlepszych komedii jakie widziałem - ale póki co : Film warty zobaczenia!


Pozdrawiam
~Pan Miluś

sobota, 14 maja 2011

Heroes of Might and Magic III – Najpiękniejszy balet jaki uroił się w mojej głowie!

Jak co „Noc w Muzeum” spędziłem mój sobotni wieczór biegając jak głupi od Warszawskiego muzeum do muzeum! Okazja niesłychana – no bo hej! Poco mam w ciągu roku iść za śmiesznie małe pieniądze (nie mówiąc już o dniach gdy wejście jest za darmo), oglądać eksponaty, które normalnie mi zwisają w odludnionym muzeum, skoro mogę na odwal się oblecieć je w jedną noc przepychając się przez masowe tłumy innych Warszawiaków, którym nagle przypomniało się, że mamy jakieś muzea w tym mieście?

Tak – nie jestem za dobry jeśli o gierki w cynizm i sarkazm biega, ale powyższy akapit powinien wam streścić co o całej akcji sądzę. Po prostu tego zjawiska nie rozumiem, tym bardziej ludzi którzy się w nią wkręcają, dla samego powiedzenia „W noc muzeum... byłem w muzeum nocą”. Klasa pełną gębą. Oczywiście dla równowagi by nie było, że obśmiewam tylko tak zwaną „klasę inteligencką” rzucę komentarz o ludziach z przeciwnej beczki robiąc wzmiankę, że „Euro Wizji” też nie oglądałem bo to durne i zyskując tym samym obiektywizm przejdę do głównego tematu.  

Ponieważ nie potrzebuję „Nocy w teatrze...” aby cieszyć się bezdennym skarbcem świata kurtyn mój sobotni wieczór spędziłem w Teatrze Wielkim na „Romeo i Julii” Proklolfiewa. Podobnie jak w przypadku Oper czy Filharmonii – Delektuję się tym... Jednocześnie nie jestem jakimś wybitnym znawcą czy kimś komu detaliczna historia i nazwa każdego utworu jest do szczęścia potrzebna. Balet to balet. Jedne lepsze, inne gorsze, nie jestem wymagający – byle bym przyjemnie spędził te kilka godzin, a jak jakąś refleksję wyniosę to zawsze przyjemnie będzie.

I tak było – wykonanie wyśmienite, od choreografii (zwłaszcza w trakcie pojedynków), po oświetlenie. Nawet nie zauważyłem kiedy się skończyło... jednocześnie prymitywniejsza część umysłu nie pozwala na powstrzymanie się od przyrównania całego widowiska do zeszłorocznego EuroPride. Głupawy stereotyp „baletmistrz = gej”, głupawym stereotypem „baletmistrz = gej”, ale to naprawdę  jedna z tych osłon, gdzie reżyser najwyraźniej poświęcił sporo czasu wpajając aktorom motywacje – „Twój bohater jest w głębi duszy najbardziej zniewieściałą niewiastą jaka niewieściła się w niewiastowie i desperacko afiszuje się tym w każdej sekundzie swojego życia” (Kurcze! Nie zdziwiłbym się jeśli tytuł miał być „,Romeo i Julian” ale ktoś się kopnął o literkę) Rzecz jasna nie chcę nikogo urazić, tym bardziej, że tancerze których  dziś widziałem zademonstrowali talent o jakim mógłbym tylko pomarzyć i  nie widzę nic złego w postaci mężczyzny o nieco „kobiecej” stronie (Byłbym zajebistym hipokrytą jakbym uważał inaczej! Nie od parady ten blog się nazywa „MILUSIOWE ekstazy). Po prostu widowiska tego typu, pomimo całej kultury i wartości jaką sobą niosą, muszą pogodzić się z faktem, że prędzej czy później ktoś skomentuje je w taki, a nie inny sposób więc wolę od razu wyrzucić to z siebie, nie udając, że całe widowisko spędziłem zadumany „Matko! Jaki to wzorowy  obraz Heteroseksualności!”

(Zresztą są o niebo gorsi – poszukajcie mojego tekstu na temat przeżyć z chamstwem w trakcie „Carmen”)

Dziś moją głowę zaprzątnęło jednak coś o niebo innego! Podziwiam spektakl, wszystko idzie pięknie, dochodzimy do sceny balu...  DO LICHA! Skąd ja znam tą muzykę!? Jakbym słyszał ją setki razy, ale teraz po raz pierwszy mam z nią do czynienia w swoim pełnym obliczu i potędze! Nagle w mojej wyobraźni dochodzą znajome efekty dźwiękowe... klimat... kliknięcia...

TAK! To muzyka z „Heroes of Might & Magic III”!!! Gry komputerowej fantasy tak prostej, a jednocześnie tak przyjemniej, że nie znam osoby która w nią nie grała, a jeśli istnieje to serdecznie pogardzam jej egzystencją (piszę z przymrużeniem oka ma się rozumieć) Coś przepięknego! Nawet nie kojarzę sobie w którym dokładnie momencie gry w tle leciała ta melodia! Może w „Inferno”, może w lodowej fortecy... Zresztą nie istotne! Sentyment i nostalgia ogarnęły mnie potężnie! Przypomniało mi się jak na jednym „Podcaście” na Spill.com ktoś opowiadał, że był na koncercie, gdzie profesjonalna orkiestra grała melodyjki z gier komputerowych i dostał łez w oczach, gdy zabrzmiała „ZELDA” . Czuję się podobnie... No prawie, bo rzecz jasna to twórcy „Herosów” musieli ściągnąć melodię z baletu, a nie vice versa. Od tego jest w końcu muzyka klasyczna – Możesz kopiować ją do upadłego i nikt cię nie pozwie! Cały „Sound Trak” Smerfów to w zasadzie same klasyczne kawałki.

Kurcze – cała sekwencja nawet dekoracjami mi o „Herosów” zahacza! Kostiumy na balu są cudaczne („goblino-podobne”), zielone oświetlenie, w tle coś się pali... Jestem wciągnięty! Teraz resztę baletu nachodzą mnie skojarzenia z grą! Ostatecznie Montechci są w rażąco niebieskich barwach, a Capuletii w czerwonych (Parysowi tyko kosy i rogów brakuje) Ba! W jednej scenie są na moment nawet ustawieni naprzeciw siebie jak na szachownicy szykując się do ataku... O! I mamy mnichów w ciemnych kapturach co twarzy nie widać i jednego pomocnego ojczulka co daje Julii truciznę (nic tylko księgi zaklęć mu brakuje), tu ktoś dmucha Romeowi jakiś mistyczny pyłek w twarz, jak wspomniałem sporo świetnych scen pojedynków, zresztą także scen śmierci, tu tańczą kwiatowe wróżki (Tak. KWIATOWE WRÓŻKI są w tej wersji Szekspirowskiego dramatu! Jak nic to dodatek „Armagedon Blade”) i wreszcie mamy sekwencje, gdzie niosą przypuszczalnie-martwą Julię na ołtarz.... No jasne! To jak w grze – zanoszą ją do Nekropolis by wymienić jej zwłoki na armię szkieletów! Oh, nie!
Ktoś powie, że się błaźnie ale cóż poradzić? Znajoma muzyka przewijająca się przez cały balet nadała mi wszystkiemu zupełnie nowego geekowego wymiaru. Doceniam balet za to czym jest, ale jednocześnie chcę czy nie chcę, głosik w mojej głowie nie może się opamiętać od porównań i podobieństw z „Herosami III”, które tylko rosną z każdą kolejną sceną. Co jednak naprawdę zabawne –
Im dłużej o tym myślę, tym bardziej odnoszę wrażenie... że naprawdę niewiele wystarczy aby zamienić Proklolfiewskiego „Romea i Julię” w blatową adaptację „Heroes III”. Czemu nie? Ze Spider-mana zrobili musical na Broadwayu , z Tin-Tina operę, z Thora film, a z Edwarda Nożycorękiego show na lodzie. Tak! Z każdą chwilą myśl robi się coraz mniej absurdalna. Nie trzeba zbyt wiele!

- Trochę pozmieniać kostiumy – Elfy już mamy (echem), ale pewnym kompanom Romea można byłoby dodać skrzydła by Archaniołów przypominali, z Marty zrobić Gremlinice (i tak główne tu za postać komiczną robi), powrzucać jeszcze w tle jakieś krasnoludy, zombiaki, żywiołaki ognia i makietowe smoki (w Carmen ogromnego byka mieli więc czemu nie to?)
- Trochę zmodyfikować dekorację – Tu się jakieś symbole z gry wrzuci, tu jak wspomniałem ojczulkowi się księgę zaklęć dorzuci, a tu Romeo pod koniec na pogrzeb Julii przyjdzie z Gralem (by było, że był nie obecny przez lwią część III aktu bo go szuka)
- W klimaksie, Romeo zabije Parysa kulą ognia;
- Dorzuci się ze dwa oczka dla fanów by z jajem jednak nieco było...I proszę! „The Heroes of Might and Magic III – Armagedon’s Blade” balet, że “Jezioro Łabędzie” się chowa! Ziomków i geeków przyciągnie bo docenią tak poważnie potraktowanie adaptacji „Herosów” (“Sorry stary, na balet idę. Dostalem bilety na Herosów III”), a i w drugą stronę stałych bywalców teatralnych, gra zaintryguje i kupią kopie bo pewnie wyciągnął wniosek, że jak z niej takie coś zrobili to ma jakieś wartości (Heh!). Ba! Wyobrażacie sobie jaką sensacje by zrobił pierwszy w historii balet na podstawie gry na PC’ta.? Oto, że ktoś się kapnie, że to po prostu „Romeo i Julia” (z goblinami!) nie ma co się martwić, bo wszystko się na tyle zatrze, że ludzie to potraktują jak „Hamleta” w „Królu Lwie” (Niby jest, ale na ogólnym zamyśle się podobieństwo kończy), a, że Szekspir się przewróci w grobie nie ma co się martwić bo patrząc jak jego dzieła są codziennie „skubane” i tak kręci się w swojej trumnie jak diabeł Tasmański!

Pomysł może dla jednych trudny to przełknięcia, ale jak człowiek się uprze wszystko z wszystkiego zrobi! Dajcie mi pięć minut, a przerobię „Córkę źle strzeżoną” na teatralną wersję „Tetrisa”!
Ale tak poważnie : Balet cudny. Nic nie mam do dodania.

To tyle moich rojeń jak na jeden wieczór! Do kolejnego spotkania!
~Pan Miluś

P.S.
Dla fanów „Herosów” – NWCPADME – kod na archanioły, NWCWATTO kod na zasoby. „TAB” by móc wpisać... Ale Ciiiii ;)