Nie jestem może jakimś największym fanów Muppetów na świecie ale sympatię mam do nich, że hej! Jako dzieciak oglądałem "Muppeciątka" ("...są z każdym za Pan brat...), "Muppet Treasure Island" była jedną z pierwszych gier jakie miałem na kompie (jej scenariusz kompletnie innaczej poprowadzony od filmu i wiele gagów lepsze) i bardzo lubię filmy "Great Muppet Caper" i "Muppet Christmas Carol". Naturalnie także lubię show, podobnie jak późniejszy remake "Muppets Tonight"...
Od filmu niestety odstraszył mnie - co tu wiele- mówić marny i nieśmieszny zwiastun... czy dobrze zrobił? A skąd! Film całkiem udany, poprostu to nic "niewiadomo jak powalającego" jak to zachwala część fanostwa. Ot, barwna, sympatyczna historyjka, trochę zabwnych gagów, ładne piosenki (swoją drogą kocham "We build this city"), Amy Adams (coraz bardziej lubię tę aktorkę), a dla fanów miłe nostalgiczne uczucie. Film ku mojemu zaskoczeniu ma także bardzo dorosłe przesłanie.
Niestety są dwa zasadnicze minusy :
- Troszkę nie równy pod względem... Mhhh... Jak to ująć? Powie tak : Albo idą na full poważnie z opowieścią ("Muppet Christmas Caroll"), dzięki czemu skutecznie grają na emocjach albo robią od początku do końca pastisz ("Great Muppet caper") tu był taki misz-masz miejscami, przez co pewne wątki które powinny grać na emocjach tracą na sile i wydają się niedopracowane...
- Za mało samych Muppetów.!!!! Przez pierwsze 20 minut prawie ich nie ma tylko nowe postacie (z których tylko jedna jest kukiełkom, reszta to ludzi. Później co prawda powraca cała paczka i choć widać, że twórcy się starali by każdy z gromadki miał swoje 5 minut, niestety nie ukrywam, że odniosłem niedosyt co do części postaci (Gonzo, ta dwójka komentujących wszystko cynicznych dziadków) W sumie rola wielu postaci została ogranczona do jednego czy dwóch gagów poprostu się tego nie czuje bo cały czas widać je w tłumie. Nie jest może tu tak tragicznie jak w filmie "Muppety na Manhattanie" gdzie przez 3/4 filmu podziwiamy tylko Kermita i Piggy ale jednak nie da się ukryć, że tylko oni, Zwierzak i Fuzzy dostali przyzwoitą dawkę czasu... Ten sam problem mam z niektórymi nowymi odsłonami "Loony Tunes" - jak słyszę te nazwę to oczekuję, że będą wszystkie moje ulubione postacie, a nie tylko Bugs, Duffy, a reszta pojawiająca się tylko na moment... Przynajmniej "nowsze" Muppety jak szczur Ritzo czy Pepe Krewetka pojawiają się tylko na moment (nie to bym ch nie lubił, poprostu wolę podziwiać starą brygadę)
Ale ogółem film oceniam pozytywnie. Takie 4 w skali szkolnej. Pewnie trzeci czy czwarty najlepszy film w serii...
Pozdrawiam
~Pan Miluś
wtorek, 13 marca 2012
piątek, 2 marca 2012
Recenzja : ARTYSTA (2011) Michael Hazanavicius
„Artystę” chciałem zobaczyć od dawna jednak czynnikami które naprawdę mnie zmotywowały były :
1) Fakt, że dostał Oskara
2) Krytyczne reakcje pewnych osób twierdzących, że film przereklamowany, w tym Pani Holland której zdaniem ten film to „idiotyczna wydmuszka”, „hambug”, „laurka” i diabli wiedzą co jeszcze
Na seans się dziś udałem i... Niestety nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Oskar zasłużony („O Północy w Paryżu” mnie też oczarował ale przyrównywać te dwa filmy to jak jabłka i pomarańcze), a wypowiedzi Pani Holland kierowane są tylko i wyłącznie profesjonalną zazdrością bo sama by chciała umieć takie „wydmuszki” robić (a nawet jakby film jak opisuje, to patrząc na jej pewne popisy w postaci „Janosika : Prawdziwej Historii”, aż prosi o przytoczenie cytatu „Przygadał kocioł garnkowi!”)
Film jest zwyczajnie czarujący! Podobnie jak „O Północy...” jest lekki, subtelny i zabawny, dzięki czemu trafia do każdego, przesłanie jest uniwersalne i towarzyszy mu prostota i „czystość” dzięki czemu jest wyzbyty z jakiekolwiek pompatyczności czy pretensjonalności.
Oczywiście fabuła "Artysty" na pozór nie jest niczym przełomowym. Fakt! Praktycznie ta sama historia o upadku kina niemego na rzecz dźwięku opowiedziana była w „Deszczowej Piosence” czy „Chaplinie” na dobrą sprawę, a i Mel Brooks zdążył się popisać już filmem parafrazującym technikę kina niemego. Czy to źle odświeżać stary temat? A gdzie tam! Na tej samej zasadzie można np. przyczepić się do wszystkich filmów o II Wojnie Światowej, że opowiadają tę samą historię tylko nieco inaczej, a "Artysta" o wiele bardziej i inne filmy porusza nie tyle samą historię przejścia ze świata niemego do świata dźwięku, co tragedię która spotkała wielu akotrów w tym okresie zwyczajnie nie potrafiących odnaleść się w nowym świecie mówionego kina.
Michael Hazanavicius wykonał genialną robotę rekontrując atmosferę klasyk kina niemego nie tylko pod względami wizualnymi, ale też od strony scenariuszowej. To nie była parodia jak u wspomnianego Pana Brooksa, a po prostu film niemy z wieloma subtelnymi smaczkami i zabawą formą. Reżyser nie bombarduje nas zresztą wyłącznie gagami z cyklu „Ha-ha! To ironiczne bo to film niemy, a dziś mamy dźwięk”. Jest ich w sam raz i gdy są, są od razu trafione, przemyślane, a chwilami bardzo kreatywne i zaskakujące. Gdy na ekranie pojawił się mężczyzna do złudzenia przypominający W.C. Fieldsa na moment przyszło mi do głowy, że film zacznie sypać występami gościnnymi znanych z epoki (Chaplin, Keaton) Tymczasem autor postawił wyłącznie na stworzony przez siebie świat.
To bohaterowie kreują opowieść i musze przyznać, że nie mógł dobrać lepszych aktorów! Jean Dujardin jest rewelacyjny jako główny bohater Goerge Valentin (wypij wymaluj nowy Gene Kelly) tryskając charyzmą na prawo i lewo, choć chwilami prześcigany jest w swoim komizmie i mimice przez urokliwą Berenice Bejo. Zawsze zabawny John Goodman także pojawia się ze sporą ilością dobrych momentów jako producent. Grzechem byłoby też nie wspomnieć o postaci przewijającego się w filmie psiaka. Kolejnym w pełni zasłużonym bohaterem jest muzyka! Naturalnie poza śmiechem film oferuje te porcję refleksji i wzruszeń, co jednak ważne kończąc opowieść bardzo optymistycznym akcentem, który pozostawia same pozytywne odczucia.
Naprawdę jeśli mogę się do czegoś przyczepić to „ostatni gag w filmie” do którego budowała się opowieść mógłby być lepszy. Był Ok., ale naprawdę mogli to mocniej zaakcentować... z drugiej strony film kończy się Fred Astairiańskim numerem tanecznym także i nawet bez tego byłem w niebo wzięty.
"Artysta" jak najbardziej zasługje na zebrane laury. Ma magiczną, unikatową atmosferę, wiele kreatywnych pomysłów, sporo humoru, refleksji i przedewszystkim nie możliwe do niepolubienia postacie, wykreowanych dzięki znakomitej grze akotrskiej (Przerysowanej? Owszem, ale zarazem trafiającej idealnie) Nie ma co nudzić dalej do kin iść warto puki jeszcze u nas leci, a jak się nie uda czymprędzej zapoznać się jak tylko ukarze się na DVD.
Swoją drogą podobało mi się ,że pomimo braku dialogów publiczność w kinie tkwiła w milczeniu nie rzucając najmniejszego komentarza poza śmichami i odgłosami wzruszenia. W sumie dało mi to do myślenia – chętnie zobaczyłbym w kinie więcej filmów w starym stylu! Nieme, czarnobiałe i kręcone tak jak dawniej i nie tylko hołdy, a zwyczajnie nowe opowieści. Marzenie absurdalne? Pożyjemy, zobaczymy...
Pozdrawiam
~Pan Miluś
sobota, 25 lutego 2012
Recenzja : "Premiera" w Teatrze "Komedia"
Napiszę krótko acz zwięźle bo choć raz naprawdę nie mam nic do dodania ponad same pozytywy :
Jakiś czas temu byłem w Warszawskim teatrze Komedia na "Premierze" - Śmieszne, że hej! O fabule nie ma co pisać. To typ historii gdzie poprostu kilka postaci znalazło się jednocześnie w jednym miejscu i spędzają resztę opowieści nakręcając się nawzajem... i robią to znakomicie! Aktorzy odwalili kawał dobrej roboty kreując zabawnych i sympatycznych (pomimo czasem ostro negatywnych cech) bohaterów. Scenariusz swoją drogą znakomity (choć nie znam pierwowzoru więc nie wiem na ile zmian sobie pozwolono)
Proste, lekkie, a co najważniejsze jest z czego się pośmiać przez dwie godzinny i, aż prosi się o więcej... Warto!
Pozdrawiam
~Pan Miluś
Jakiś czas temu byłem w Warszawskim teatrze Komedia na "Premierze" - Śmieszne, że hej! O fabule nie ma co pisać. To typ historii gdzie poprostu kilka postaci znalazło się jednocześnie w jednym miejscu i spędzają resztę opowieści nakręcając się nawzajem... i robią to znakomicie! Aktorzy odwalili kawał dobrej roboty kreując zabawnych i sympatycznych (pomimo czasem ostro negatywnych cech) bohaterów. Scenariusz swoją drogą znakomity (choć nie znam pierwowzoru więc nie wiem na ile zmian sobie pozwolono)
Proste, lekkie, a co najważniejsze jest z czego się pośmiać przez dwie godzinny i, aż prosi się o więcej... Warto!
Pozdrawiam
~Pan Miluś
piątek, 10 lutego 2012
PIZZA ZIOMAL!!!!!
WY TAM!!!
Czy Pizzeria którą prowadzicie jest na skraju bankructwa? Zamówień coraz mniej, a cegieł w okno coraz więcej? Cóż, wasze zmartwienia dobiegają końca, gdyż oto zamiast jakiejś-tam Pizzy możecie sprzedawać BARDZO ZIOMALSKĄ PIZZĘ? Jaka jest różnica? Zerowa, ale na pudełku umieszczacie nowy odcinek "Ziomala" mojego autorstwa i wasze Pizze zaczną sprzedawać się jak świeże bułeczki... co prawda nie dla (bądźmy szczerzy) paskudnego smaku waszego produktu, a ze względu na nowy zajebiście zabawny odcinek Ziomala! Ale jaką ci różnicę to sprawia skoro jesteś w tym zawodzie tylko dla kasy?
Tak jest! Odezwijcie się do mnie, a pomożemy sobie i i Ty będziesz miał nowe odcinki Ziomala na swoim pudełku od Pizzy, albo nie pomóżmy sobie i umieść jakiś inny własny komiks na pudełku Pizzy który przyciągnie klientów, a pozwę ciebiebie za kradzież mojego pomysłu (Tak jest! Mam już adwokata!) i się nie wypłacisz mi się do końca życia!
Czy Pizzeria którą prowadzicie jest na skraju bankructwa? Zamówień coraz mniej, a cegieł w okno coraz więcej? Cóż, wasze zmartwienia dobiegają końca, gdyż oto zamiast jakiejś-tam Pizzy możecie sprzedawać BARDZO ZIOMALSKĄ PIZZĘ? Jaka jest różnica? Zerowa, ale na pudełku umieszczacie nowy odcinek "Ziomala" mojego autorstwa i wasze Pizze zaczną sprzedawać się jak świeże bułeczki... co prawda nie dla (bądźmy szczerzy) paskudnego smaku waszego produktu, a ze względu na nowy zajebiście zabawny odcinek Ziomala! Ale jaką ci różnicę to sprawia skoro jesteś w tym zawodzie tylko dla kasy?
NIE CZEKAJ! ODEZWIJ SIĘ TERAZ :D
(Z podziękowaniami dla Kolegi Marcina za pudełeczko ;) )
A tu jako bonus takie dwie fajne Ziomalskie okładeczki :
Nie mam w planach wydania drukiem jeszcze, ale ładnie to wygląda... MOIM ZDANIEM przynajmniej ;)
Pozdrawiam
~Pan Miluś
piątek, 3 lutego 2012
Kowale i Alchemicy (kilka przemyśleń po lekturze książki Mircea Eliade)
Najwyraźniej ignorant ze mnie, choć z drugiej strony z tego co widzę tą samą ignorancją grzeszy większość społeczeństwa. To ciekawe jednak pierwszym skojarzeniem z kowalem, czy na dobrą sprawę jakimkolwiek rzemieślnikiem jest człowiek, co prawda masywny, jednak za razem prosty. Bez wykształcenia, bez obycia – ot przysłowiowy „brudny robol”. „Wysoki jak brzoza lecz głupi jak koza”. Naturalnie taki wizerunek nie jest niczym dziwnym. Zawdzięczamy go kulturze masowej, gdzie brudny fartuch i wizerunek prymitywnego osiłka z młotem na ramieniu, niczym maczugą, stały się głównymi rozpoznawalnymi atrybutami tego zawodu, który dla wielu ogranicza się tylko do wyrabiania podków i kucia koni. Nawet ukazanie starożytnych bogów jak Hefajstos czy Wulkan zostały we współczesnych wyobrażeniach (filmy, książki, komiksy etc.) ograniczone do obrazu usmolonego brodacza, robiącego za pachołka reszty boskiego zastępu. Wielka szkoda, gdyż taka oto dzisiejsza mentalność zaciera nam obraz czegoś o wiele bardziej szlachetnego, o czym Mircae Eliade przypomina nam w swoim dziele „Kowale i Alchemicy”.
Mircea Eliade (1907-1986) był rumuńskim religioznawcą, filozofem kultury, dyplomatą i indologiem, która już za życia zasłynął w środowiskach naukowych jako wielki myśliciel i chodząca legenda. Pośród wielu rzeczy, zajmował się badaniem archetypów religijnych (choć słowa „archetyp” używał w kompletnie innym kontekście niż robił to np. Jung), a także porównywaniem fundamentów różnych wyznań, doszukując się historycznych przyczyn genezy sakralnych symboli, rytuałów czy mitów. Twórca wielu pojęć, tez i koncepcji, zasłynął wieloma, dziełami publikacjami, między innymi : „Nieśmiertelność i wolność”, „Salazar a rewolucja portugalska”, „Szamanizm”, „Religia, literatura, komunizm. Dziennik emigranta”, „Historia wierzeń i idei religijnych” i wiele innych. „Kowale i Alchemicy” (wydany po raz pierwszy w 1956 roku w Paryżu) jest dziełem, w którym Eliade skupia się głównie na próbie zrozumienia więzi duchowej łączącej ludzi z otaczającą ich materią, zaczynając od znaczeń religijnych i mitów związanych z fachem kowala, górnika i hutnika, a z czasem przechodząc na pokrewny (wbrew pozorom) zawód alchemika, skupiając się głównie na alchemii chińskiej i hinduskiej.
Wbrew pozorom nie trzeba szukać daleko by spostrzec powiązania między tymi dwoma kunsztami. Obie te pasje – kowalstwo i alchemia – dotyczą ludzkiego pragnienia jakim jest przybliżające nas do Boga, osiągnięcie transmutacji, dowolne manipulowanie otaczającymi nas materiami i zmienianie ich według własnego uznania. Słowem : Branie czegoś, co Stwórca już stworzył i przemienianie go w coś co jest kompletnie nowe i „nasze”. O ile jednak alchemicy spędzali całe życie bezskutecznie poszukując kamienia filozoficznego, którym miał im umożliwić przemiany metali zwykłych w złoto, tak kowale od początku istnienia swojego fachu dysponowali zdolnościami pozwalającymi im przetapiać jeden przedmiot w kompletnie inny. Dodatkowo czyniło ich to Panami nieugiętego żywiołu jakim jest ogień. Na pozór nic magicznego i nic nadprzyrodzonego, a zarazem coś mająca w sobie wiele piękna, poezji i artyzmu.
Oto jeszcze niedawno będąca częścią przyrody, ruda metalu jest na naszej łasce! Z twardego i nieugiętego staje się miękkim i bezbronnym, będąc dowolnie manipulowanym i przekształcanymi tylko i wyłącznie przez naszą wolę! Kawał metalu może stać się mieczem, ale jak zapragniemy możemy ten miecz uczynić zbroją, a przy odrobinie dodatku w postaci srebra przemienić tą zbroję w stos monet. Moje wcześniejsze porównywanie tej umiejętności do prawie-boskiej nie jest tu ani trochę przesadzone. Im większa jest satysfakcja i aspiracje twórcze tym większa robi się mocniejsza więź artysty z materiałem, a co za tym idzie szybko tworzy się i więź spirytystyczna. Naturalnie w takim obrocie spraw, ludzie podejmujący się fachu kowala nie mogli być po prostu zwykłymi prostaczkami. Przeciwnie! Zawód, który obejmowali wiązał się z czymś co prowadził do uduchowienia i przeżyć jak najbardziej religijnych, a materia nad którą pracowali była dla nich świętym i wiecznie żywym źródłem życia obdarzana jak największym szacunkiem. Często przypisywali jej pochodzenie boskie, a w niektórych wierzeniach była nawet częścią boskiego ciała.
W przypadku alchemików nie trzeba by było dziś nikomu tego tłumaczyć. Ich wizerunek w ówczesnej mentalności zachował się jako obraz owianych tajemnicą mistyków, siedzących gdzieś w cieniu, poza resztą społeczeństwa zajmujących się sekretami nie danymi przeciętnemu śmiertelnikowi, a i od razu na myśl przywodzą się takie postacie jak Faust czy Mistrz Twardowski, wiążące na dzień dobry alchemików z układami z czarnymi mocami i nekromancją. Śmiało można zatem stwierdzić, że więcej mieli oni wspólnego z osobami duchowymi niż ówczesnymi naukowcami. Obraz kowali w starożytnych kulturach nie odbiegał od tego daleko. Też mieli swoje sekrety, tajemne obrządki i rytuały inicjacyjne, a rola jaką ich fach odgrywał w społeczeństwie była niezwykle istotna, ceniona i uznawana.
Nie bez powodu w większości wierzeń i mitologii występowali „boscy kowale” którzy przyczyniali się do tworzenia nadprzyrodzonych atrybutów, którymi dysponowali bogowie i herosi. Nawet gromy którymi miotał potężny Zeus nie były czymś, co tworzył sobie samoistnie, a był to wynik pracy boskiego kowala Hefajstosa. A i w mitologii Fińskiej pojawia się kowal Seppo Imarinem, syn bogini Ilmatar, nie tylko odpowiedzialny za wykucie sklepienia niebieskiego ale między innymi twórca cudownego młynka produkującego nieskończone źródła dóbr (w tym żyto i złoto), będącym głównym wątkiem epiki Fińskiej „Kalevala”. Nawet w naszych rodzimych wierzeniach słowiańskich (którym prawdę powiedziawszy Eliade nie poświęca specjalnie wiele czasu) przewijali się boscy kowale pośród panteonu boskiego. Już starożytni rozumieli zatem, że nic nie tworzy się samoistnie, a przeciwnie musiało powstać z jakiejś wcześniejszej materii, nawet jeśli mówimy o tworze boskim. Zabrzmi to może jak lekkie ironizowanie ale najwyraźniej każdy posiadający nazwisko „Kowalski” powinien być bardzo dumny z dumnego dziedzictwa, które się z tym wiąże. Miło też słyszeć wieści, że kowalstwo powoli odradza się tu i ówdzie, jako forma sztuki.
W przeciwieństwie do kowali jednak, alchemicy nie zadowalali się dostępną im materią. Przeciwnie, poszukiwali nieznanej, której jeszcze nikomu nie przyszło poznać, bądź tej „pierwotnej” (materia prima), którą wpierw tknęły się siły boskie by stworzyć to co jest znane człowiekowi. Nie ma w tym jednak nic niezwykłego – jak wszyscy ludzie dążyli w ten sposób do samodoskonalenia siebie i świata wokół. Niby mistyczne, a zarazem niezwykle ludzkie, a dzięki temu łatwe dla nas do pojęcia jeśli o intencje chodzi. Nagle nie wydają się tacy tajemni i niedostępni...
„Kowale i Alchemicy” Eliade, jest dziełem niezwykle wciągającym, zwracającym uwagę na tonę rzeczy, która choć często pozornie oczywista tak naprawdę umyka człowiekowi zagłębiającemu się w realia historyczne, w tym przypadku patrzącemu na rzemiosła swoich przodków. Jeśli mógłbym coś wytknąć, to autor chwilami zbyt bardzo przytłaczającymi czytelnika lawinami odwołań i nawiązań do dzieł innych niezliczonych myślicieli i badaczy religii, jednak czyni to całą rozprawkę o wiele bardziej rzetelną i wiarygodną...
To tyle!!!
~Pozdrawiam
Maciek Kur (Pan Miluś)
czwartek, 5 stycznia 2012
RECENZJA : Tytus, Romek i A’tomek – Księga XXXI „Tytus Kibicem”
Natchnięty tą piosenką :
....jakiś czas temu, poczułem ochotę na odświeżenie sobie ksiąg „Tytusa, Romka i A’tomka”. Nie chowałem się co prawda na „Świecie Młodych” ale od małego miałem kilka książeczek (jeszcze moich rodziców) dzięki którym zakochałem się w serii i budzą we mnie ostrą nostalgię.
Nie da się ukryć, że Tytus był produktem swojej epoki i nie chodzi nawet oto, że bez znajomości realiów PRL’u się go nie załapie, a bardziej był czymś co zrodziło się w danej mentalności. Dziś dzieciaki żyją Internetem, mają komórkę i tysiąc kanałów, wtedy miały tylko podwórko i kolegów, więc kompletnie inny wydźwięk miały dla nich opowieści o przygodach trójki chłopaczków (no dwóch i pół powiedzmy) którzy chcą skonstruować sobie samym rakietę , urządzić oddział wojskowy, biorą udział w jakichś (aktualnych wtedy) akcjach społecznych czy po prostu wstępują do harcerstwa. Tak, o ile dawniej harcerstwo budziło podziw i było to „COŚ”, dziś kojarzy się tylko ze sprzedawaniem zniczów i pakowaniem torb w supermarkecie.Jak to ujął kiedyś z żalem kolega który w zastępie spędził swoje – „Kiedyś harcerstwo to był idea, dziś co drugi Harcerz ćpa i chleje...”
Choć Papcio dzielnie tworzył nowe książeczki niestety wypadały w oczach czytelników coraz marniej. Moim zdaniem nie jest tak źle. Szczerze się bawiłem czytając „Tytus gangsterem” czy (pierwszą połowę) „Ślubu Tytusa” (to z piekłem) ale fakt, faktem komiksy te zatraciły sporo na klimacie. Znów – nie chcę na siłę bronić Papcia, ale po części winię zmieniające się czasy. Łatwiej mu było odnaleźć się tym co żył teraz, więc ciężej na siłę wymyślać dowcipy o czym co jest teraz aktualne.
Ostatecznie z ciekawości zakupiłem wczoraj najnowszą księgę (Trzydziestą pierwszą) Ostatnia jaką czytałem jakieś sześć lat temu „Tytus Piernikarzem” pamiętam po prostu jako słabą, nie licząc może dwóch-trzech lepszych żartów od których się uśmiechnąłem.
- A idobrze! – myślę sobie – Odpocząłem tyle lat od tej serii, będę miał świeżą perspektywę...
Zresztą jedną rzeczą przez którą byłem ciekaw rzuceniem prędzej czy później na nowe „Tytusy” (ciekawe , że nikt nigdy nie mówi nowe „Romki” czy nowe „A’tomki”) były dochodzące mnie słuch, że Tytus w najnowszych odsłonach zrobił się niesmacznie pro-prawicowy, że to o propagandówkę zahacza... Cóż, Papcio jak to autor ma prawo wyrażać w swoim dziele swoje poglądy, o ile nie robi tego natrętnie, atakując drugą stronę, a ponieważ sam po stronie prawicy w większości
spraw jestem nie powinno mi to popsuć lektury...
CÓŻ! Dobre wieści! Jakiejkolwiek propagandy nie odczułem... Niestety książeczka sama w sobie uboga! Dawniej historie Papcia wydawały się naprawdę rozbudowane, bogate i tętniące pomysłami. Mógł mieć jakiś główny temat przewodni ale zawsze znalazł tonę miejsca na wciśnięcie jakichś pomniejszych przygód które ubarwiłyby by całość. Tu wszystko trzyma się jednej naprawdę prostej fabuły – Tytus poszedł na mecz, ma po nim ataki nerwicy, chłopcy poddają go różnym terapią związanym z różnymi zwierzątkami (owca, foka, koń, miś koala). Tytuł zresztą to jeden wielki „fals adwersajting” bo o wątku kibicowania więcej gadają niż się pojawia. Jest tak naprawdę tylko na pierwszych kilku stronach i jako-tako w końcówce. Naturalnie „Tytus na terapii” być może nie brzmiałby tak ciekawie, ale to trochę jak nazwanie „Tytus na dzikim zachodzie”, „Tytus w kinie”. No i hej! Czy już nie było aby księgi, gdzie Tytus pospędzał sobie czas kibicując na stadionie, a co za tym idzie wdając się w bójki?
Humor niby obecny i żarty same w sobie są przysłowiowo „Ołkej”, po prostu jakoś tu tego mało. Rozbawił mnie między innymi dosyć dziwny żart t z którego wynika, że profesor T.Alent spędza cały czas obserwując na monitorze co robią chłopcy... A no właśnie! Chwilami jest to bardziej dziwne niż zabawne, jak chociażby scena z miotującym misiem Koala. Widać też, że Papcio stara się też wykorzystywać księgi by powrzucać jak największą ilość biograficznych elementów (By przetrwały dl potomności...”) jak tu różne wtrącenia o swojej babci. Sympatyczne choć wiadomo, my czytamy te księgi dla Tytusa, Romka i A’tomka... i tu mój inny zarzut – No właśnie prawie w ogóle nie ma ich tu jako trio! Niby Tytus był zawsze gwiazdą serii, jednak Romek i A’tomek też mieli swoje barwne osobowości, zawsze byli równie aktywni (w każdym razie próbowali nadążyć) i jednak było czuć, że opowieść nakręca nie sam Tytus, a dynamika między całą trójką kompanów. Tu Romek i A’tomek wydają się po prostu dodatkiem w postaci obserwatorów. Niby nie jest tak źle jak w animowanym Tytusie Leszka Gałysza gdzie równie dobrze mogłoby ich nie być (Romek przynajmniej rzuca jeszcze jakieś typowo Romkowe komentarze) ale naprawdę chwilami niewiele brakuje. Nie ma tu tak naprawdę przygód, po prostu seria drobnych epizodzików z życia chcącego wyleczyć się z depresji (a może nerwicy, w sumie się pogubiłem o co chodziło) człowiekokształtnego.
Także rzucił mi się inny powód dla których Tytus niestety nigdy nie znajdzie zainteresowania za granicą, a i zestarzeje się szybko. Nie chodzi tu o to, że za bardzo Polskie (Asteriks jest ultra-francuski, a Simponowie ultra-Amerykańscy a jednak jak się sprzedają) Seria jest jednak zbyt bardzo „świadoma siebie” i ewentów z nią związana. W jednym momencie bohaterowie spotykają „Pana Andre” który zbudował „prawdziwy” wannolot i zaczynają nagle nawijać o obchodach 50’sięciolecia serii które miały miejsce w Opolu. Niby ładnie, że Papcio chciał to wydarzenie upamiętnić ale jednak „łamanie czwartej ściany”(jak to się teraz mawia) czyli bohaterowie którzy są świadomi, że żyją w kmiksie to jedno, ale wrzucanie takich nawiązań do niedawnych wydarzeń związanych z serią tylko po to by „było, że były” to coś co samo w sobie nie bawi, a najwyżej służy za ciekawostkę po latach,. Z drugiej strony serię czytają w tej chwili tylko prawdziwi Tytusocholicy więc im to nie będzie robiło różnicy.
Tak czy siak , „Tytus kibicem” prezentuje się poprostu słabo. Jednocześnie nie śmiałbym powiedzieć, że książeczka wydaje się "odwalona". Nie miałem jakichś momentów zażenowania, czy skrzywienia nosa „Tytus na którym się chowałem nigdy by tak nie powiedział!!!”, ale po prostu za mało tu się dzieję. Jakby 1/3 czy nawet 1/4 porządnej "Tytuosowej" książeczki... Prawdę mówiąc czułem się bardziej jakbym czytał jakąś krótką historyjkę o Tytusie (jak te zamieszczone w księdze 80’lecia) niż kolejną, porządną księgę. W sumie z takim podejściem całość wypada nawet sympatycznie, choć bez rewelacji...
Z drugiej strony... Ja pierwsze księgi Tytusa kocham bo choć dotyczą innego pokolenia niż moje wywoływały przyjemne nostalgiczne uczucie i klimat czegoś z "dawnych czasów". Może za dwie-trzy dekady ktoś przeczyta "ostatnie" Tytusy z taką samą sympatią?
Pozdrawiam
~Pan Miluś
....jakiś czas temu, poczułem ochotę na odświeżenie sobie ksiąg „Tytusa, Romka i A’tomka”. Nie chowałem się co prawda na „Świecie Młodych” ale od małego miałem kilka książeczek (jeszcze moich rodziców) dzięki którym zakochałem się w serii i budzą we mnie ostrą nostalgię.
Nie da się ukryć, że Tytus był produktem swojej epoki i nie chodzi nawet oto, że bez znajomości realiów PRL’u się go nie załapie, a bardziej był czymś co zrodziło się w danej mentalności. Dziś dzieciaki żyją Internetem, mają komórkę i tysiąc kanałów, wtedy miały tylko podwórko i kolegów, więc kompletnie inny wydźwięk miały dla nich opowieści o przygodach trójki chłopaczków (no dwóch i pół powiedzmy) którzy chcą skonstruować sobie samym rakietę , urządzić oddział wojskowy, biorą udział w jakichś (aktualnych wtedy) akcjach społecznych czy po prostu wstępują do harcerstwa. Tak, o ile dawniej harcerstwo budziło podziw i było to „COŚ”, dziś kojarzy się tylko ze sprzedawaniem zniczów i pakowaniem torb w supermarkecie.Jak to ujął kiedyś z żalem kolega który w zastępie spędził swoje – „Kiedyś harcerstwo to był idea, dziś co drugi Harcerz ćpa i chleje...”
Choć Papcio dzielnie tworzył nowe książeczki niestety wypadały w oczach czytelników coraz marniej. Moim zdaniem nie jest tak źle. Szczerze się bawiłem czytając „Tytus gangsterem” czy (pierwszą połowę) „Ślubu Tytusa” (to z piekłem) ale fakt, faktem komiksy te zatraciły sporo na klimacie. Znów – nie chcę na siłę bronić Papcia, ale po części winię zmieniające się czasy. Łatwiej mu było odnaleźć się tym co żył teraz, więc ciężej na siłę wymyślać dowcipy o czym co jest teraz aktualne.
Ostatecznie z ciekawości zakupiłem wczoraj najnowszą księgę (Trzydziestą pierwszą) Ostatnia jaką czytałem jakieś sześć lat temu „Tytus Piernikarzem” pamiętam po prostu jako słabą, nie licząc może dwóch-trzech lepszych żartów od których się uśmiechnąłem.
- A idobrze! – myślę sobie – Odpocząłem tyle lat od tej serii, będę miał świeżą perspektywę...
Zresztą jedną rzeczą przez którą byłem ciekaw rzuceniem prędzej czy później na nowe „Tytusy” (ciekawe , że nikt nigdy nie mówi nowe „Romki” czy nowe „A’tomki”) były dochodzące mnie słuch, że Tytus w najnowszych odsłonach zrobił się niesmacznie pro-prawicowy, że to o propagandówkę zahacza... Cóż, Papcio jak to autor ma prawo wyrażać w swoim dziele swoje poglądy, o ile nie robi tego natrętnie, atakując drugą stronę, a ponieważ sam po stronie prawicy w większości
spraw jestem nie powinno mi to popsuć lektury...
CÓŻ! Dobre wieści! Jakiejkolwiek propagandy nie odczułem... Niestety książeczka sama w sobie uboga! Dawniej historie Papcia wydawały się naprawdę rozbudowane, bogate i tętniące pomysłami. Mógł mieć jakiś główny temat przewodni ale zawsze znalazł tonę miejsca na wciśnięcie jakichś pomniejszych przygód które ubarwiłyby by całość. Tu wszystko trzyma się jednej naprawdę prostej fabuły – Tytus poszedł na mecz, ma po nim ataki nerwicy, chłopcy poddają go różnym terapią związanym z różnymi zwierzątkami (owca, foka, koń, miś koala). Tytuł zresztą to jeden wielki „fals adwersajting” bo o wątku kibicowania więcej gadają niż się pojawia. Jest tak naprawdę tylko na pierwszych kilku stronach i jako-tako w końcówce. Naturalnie „Tytus na terapii” być może nie brzmiałby tak ciekawie, ale to trochę jak nazwanie „Tytus na dzikim zachodzie”, „Tytus w kinie”. No i hej! Czy już nie było aby księgi, gdzie Tytus pospędzał sobie czas kibicując na stadionie, a co za tym idzie wdając się w bójki?
Humor niby obecny i żarty same w sobie są przysłowiowo „Ołkej”, po prostu jakoś tu tego mało. Rozbawił mnie między innymi dosyć dziwny żart t z którego wynika, że profesor T.Alent spędza cały czas obserwując na monitorze co robią chłopcy... A no właśnie! Chwilami jest to bardziej dziwne niż zabawne, jak chociażby scena z miotującym misiem Koala. Widać też, że Papcio stara się też wykorzystywać księgi by powrzucać jak największą ilość biograficznych elementów (By przetrwały dl potomności...”) jak tu różne wtrącenia o swojej babci. Sympatyczne choć wiadomo, my czytamy te księgi dla Tytusa, Romka i A’tomka... i tu mój inny zarzut – No właśnie prawie w ogóle nie ma ich tu jako trio! Niby Tytus był zawsze gwiazdą serii, jednak Romek i A’tomek też mieli swoje barwne osobowości, zawsze byli równie aktywni (w każdym razie próbowali nadążyć) i jednak było czuć, że opowieść nakręca nie sam Tytus, a dynamika między całą trójką kompanów. Tu Romek i A’tomek wydają się po prostu dodatkiem w postaci obserwatorów. Niby nie jest tak źle jak w animowanym Tytusie Leszka Gałysza gdzie równie dobrze mogłoby ich nie być (Romek przynajmniej rzuca jeszcze jakieś typowo Romkowe komentarze) ale naprawdę chwilami niewiele brakuje. Nie ma tu tak naprawdę przygód, po prostu seria drobnych epizodzików z życia chcącego wyleczyć się z depresji (a może nerwicy, w sumie się pogubiłem o co chodziło) człowiekokształtnego.
Także rzucił mi się inny powód dla których Tytus niestety nigdy nie znajdzie zainteresowania za granicą, a i zestarzeje się szybko. Nie chodzi tu o to, że za bardzo Polskie (Asteriks jest ultra-francuski, a Simponowie ultra-Amerykańscy a jednak jak się sprzedają) Seria jest jednak zbyt bardzo „świadoma siebie” i ewentów z nią związana. W jednym momencie bohaterowie spotykają „Pana Andre” który zbudował „prawdziwy” wannolot i zaczynają nagle nawijać o obchodach 50’sięciolecia serii które miały miejsce w Opolu. Niby ładnie, że Papcio chciał to wydarzenie upamiętnić ale jednak „łamanie czwartej ściany”(jak to się teraz mawia) czyli bohaterowie którzy są świadomi, że żyją w kmiksie to jedno, ale wrzucanie takich nawiązań do niedawnych wydarzeń związanych z serią tylko po to by „było, że były” to coś co samo w sobie nie bawi, a najwyżej służy za ciekawostkę po latach,. Z drugiej strony serię czytają w tej chwili tylko prawdziwi Tytusocholicy więc im to nie będzie robiło różnicy.
Tak czy siak , „Tytus kibicem” prezentuje się poprostu słabo. Jednocześnie nie śmiałbym powiedzieć, że książeczka wydaje się "odwalona". Nie miałem jakichś momentów zażenowania, czy skrzywienia nosa „Tytus na którym się chowałem nigdy by tak nie powiedział!!!”, ale po prostu za mało tu się dzieję. Jakby 1/3 czy nawet 1/4 porządnej "Tytuosowej" książeczki... Prawdę mówiąc czułem się bardziej jakbym czytał jakąś krótką historyjkę o Tytusie (jak te zamieszczone w księdze 80’lecia) niż kolejną, porządną księgę. W sumie z takim podejściem całość wypada nawet sympatycznie, choć bez rewelacji...
Z drugiej strony... Ja pierwsze księgi Tytusa kocham bo choć dotyczą innego pokolenia niż moje wywoływały przyjemne nostalgiczne uczucie i klimat czegoś z "dawnych czasów". Może za dwie-trzy dekady ktoś przeczyta "ostatnie" Tytusy z taką samą sympatią?
Pozdrawiam
~Pan Miluś
niedziela, 1 stycznia 2012
RECENZJA : HALKA (Reżyseria Natalia Korczakowska)
Widziałem w teatrze Polskim już całe mrowie dziwnych „uwspółcześniej” znanych i lubianych utworów. Był Makbet o XX wiecznym żołnierzu, któremu zamiast czarownic dzieci przepowiadają przyszłość z kart Pokemon (Uh... ), a Szekspirowskie dialogi ubarwione zostały serią wulgaryzmów i dowcipów toaletowych (UH!!!!) . Były „Śluby Panieńskie” co przez pierwszą połowę rozgrywają się jak należy, po czym w drugiej nagle przenoszą się w surrealny, współczesny świat i mamy kilka ładnych scen erotycznych (Bo wiecie, wycieczki szkolne w ogóle do teatru nie chodzą więc nie będzie przeszkadzać, że na plakacie sztuki nie ma wzmianki o tym, że to ździebko „szokująca” wersja) WRESZCIE - widziałem balet „Romeo i Julia” co się nagle przemienia w adaptację „Heroes of Might and Magic IV” (Ok, zły przykład...)
By nie było nic nie mam do uwspółcześnień i awangardowego traktowania klasycznych sztuk jeśli są zrobione z głową, gdy oglądając faktycznie widzę, że mieli pomysł i wizję który był punktem wyjściowym, a nie „Pan reżyser uznał nagle, że wrzuci w treść kilka awangardowych pomysłów by było, że wielki z niego artysta”. Naturalnie nie wiem co po głowie komu chodzi, ale Halka” Natalii Korczakowskiej wydała mi się niestety przykładem tego drugiego.
Pierwsza połowa był jeszcze znośna. W porządku – mamy dziwną i ogromną „kafelkowatą” scenografię, kilka elementów które dezorientują jaka w końcu ma być to epoka, a wszyscy zamiast zwracać uwagę na treść komentują pieski spacerujące sobie gdzieś w tle. Nic co wadzi. Druga połowa? Nawet nie wiem gdzie zacząć! Nie ma folkloru i górali, mamy rolkarzy, rampę skejtowską i jego mości w kostiumach niedźwiedzi.... Co? Co? Co? Dalej jeszcze dziwnie, bo na niebie unoszą się jakieś rycerskie zbroje (???), z nieba stępuje coś co wygląda jak fragmenty rozwalonego młyna i anioł (???), a by było do reszty dziwnie między wszystkim spaceruje sobie... MITOLOGICZNY SATYR! Tak, nie przesłyszeliście się! Satyr! Początkowo myślałem, że to jakiś baca w skórzanych spodniach, ale nie to Satyr! Z kozimi rogami, kopytami i bródką...
Nawet nie chce mi się próbować tego zrozumieć... BO NIE POWINIENEM! „TO HALKA”! Wszystko powinno być proste, jasne i klarowne, podziwia się folklor i tańce ludowe i je przyjemnie... Jak się przepycha pretensjonalną symboliką nad którą trzeba niewiadomo ile dumać co poeta miał na myśli to robi się tylko mętlik. Ba! W teatrze widziałem całą masę dzieciaków – Bo są święta to babcia zabrała wnusię by popodziwiała coś „swojskiego” ... i się rozczaruje bo dzieciaki się gubią oglądając normalną operę w języku ojczystym, co dopiero oglądając taką pseudo-nowatorską papkę... Kurcze! Ja się drapałem w głowę bo się w tym gubiłem...
By było jeszcze gorzej siedział za mną pewien (czyżby podstawiony?) jegomość który ilekroć skończył się jakiś utwór darł się głośno „BRAWO!” motywując do oklasków trwającą w pauzie pogubienia widownię. .. Uhhh!!!!! Co za czasy!
Pozdrawiam
~Pan Miluś
By nie było nic nie mam do uwspółcześnień i awangardowego traktowania klasycznych sztuk jeśli są zrobione z głową, gdy oglądając faktycznie widzę, że mieli pomysł i wizję który był punktem wyjściowym, a nie „Pan reżyser uznał nagle, że wrzuci w treść kilka awangardowych pomysłów by było, że wielki z niego artysta”. Naturalnie nie wiem co po głowie komu chodzi, ale Halka” Natalii Korczakowskiej wydała mi się niestety przykładem tego drugiego.
Pierwsza połowa był jeszcze znośna. W porządku – mamy dziwną i ogromną „kafelkowatą” scenografię, kilka elementów które dezorientują jaka w końcu ma być to epoka, a wszyscy zamiast zwracać uwagę na treść komentują pieski spacerujące sobie gdzieś w tle. Nic co wadzi. Druga połowa? Nawet nie wiem gdzie zacząć! Nie ma folkloru i górali, mamy rolkarzy, rampę skejtowską i jego mości w kostiumach niedźwiedzi.... Co? Co? Co? Dalej jeszcze dziwnie, bo na niebie unoszą się jakieś rycerskie zbroje (???), z nieba stępuje coś co wygląda jak fragmenty rozwalonego młyna i anioł (???), a by było do reszty dziwnie między wszystkim spaceruje sobie... MITOLOGICZNY SATYR! Tak, nie przesłyszeliście się! Satyr! Początkowo myślałem, że to jakiś baca w skórzanych spodniach, ale nie to Satyr! Z kozimi rogami, kopytami i bródką...
Nawet nie chce mi się próbować tego zrozumieć... BO NIE POWINIENEM! „TO HALKA”! Wszystko powinno być proste, jasne i klarowne, podziwia się folklor i tańce ludowe i je przyjemnie... Jak się przepycha pretensjonalną symboliką nad którą trzeba niewiadomo ile dumać co poeta miał na myśli to robi się tylko mętlik. Ba! W teatrze widziałem całą masę dzieciaków – Bo są święta to babcia zabrała wnusię by popodziwiała coś „swojskiego” ... i się rozczaruje bo dzieciaki się gubią oglądając normalną operę w języku ojczystym, co dopiero oglądając taką pseudo-nowatorską papkę... Kurcze! Ja się drapałem w głowę bo się w tym gubiłem...
By było jeszcze gorzej siedział za mną pewien (czyżby podstawiony?) jegomość który ilekroć skończył się jakiś utwór darł się głośno „BRAWO!” motywując do oklasków trwającą w pauzie pogubienia widownię. .. Uhhh!!!!! Co za czasy!
Pozdrawiam
~Pan Miluś
Subskrybuj:
Posty (Atom)





