Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 lipca 2014

NOWY ASTERIKS W.... Yyyyych... 3D

Dawno, dawno temu - Jakieś półtora roku temu pojawiły się screeny do nowego Asteriksa i...

Em... yyy....

Cóż, nie jest aż tak źle...
 
 Wygląda to nawet...

...Ym... Ciekawie...

Ok, więc może nie powinienem być taki surowy ale jak kocham animację tradycyjną i ręczną tak 3D obrzydło mi totalnie.
Animacja klasyczna jest jak obraz - zrobisz dobrze i za siedemdziesiąt lat plastycznie wygląda równie pięknie. 3D niestety makabrycznie szybko się starzeje. Coś może robić wrażenie ale za kilka lat tekstury zostaną nieco dopracowane i już będzie wyglądać kiepskawo. Pierwsze "Toy Story", "Shrek" czy "Madagaskar" wyglądają dzisiaj poprostu ubogo od strony wizualnej...

Jasne - uwielbiam filmy Pixara, o Disneya czy niektóre "Dream Worksa" ale nie da się ukryć, że cały wdzięk tych filmu bierze się ze scenariusza - fabuły i bohaterów. "Kraina Lodu" jest treściowo niezwykle urokliwa, że o wspaniałych piosenkach nie wspomnę ale nie będę ukrywać, że jakby wyłączyć głos to będę poprostu widział gadające lalki Barbie i nic więcej.

Jasne są też filmy które zaintrygowały mnie wizualnie ale albo robiły radykalnie coś zupełnie nowego ["Wall-E"] miały niezwykle unikatową plastykę ["Rango"] czy realizm ["Tintin"] cała reszta wydaje mi się robiona na jedno kopyto, a nie pomaga sprawie, że większość ma ciągle "Po-Shrekowy posmak" w tonie i manieryźmie postaci.

Plus jeśli mam być szczery - i wiem, to dosyć samolubne podejście plus zboczenie wynikające z pracy w animacji - w 90% tych filmów mojej wyobraźni nie jest wstanie uciec, że jednak widzę kukiełki. Poruszane manekiny... Jedna niedopracowana tekstura czy zbyt mało detali w pomieszczeniu i razi mnie, że widzę świat wewnątrz jakiegoś programu do animacji, nie de facto inny ciekawy świat...


WRESZCIE ostatnia kwestia taka, że poza wymienionymi Amerykańskimi studiami gdzie produkcje przynajmniej prezentują sobą jakąś jakość. Wszystkie inne produkcje (zwłaszcza TE robione dla telewizji) zieją marnościom. Na zwiastun tego "Powrotu Dotorki" co jeszcze kilka miesięcy temu leciał przed każdym filmem animowanym nie byłem wstanie patrzeć. Tak, wiem starają się jak mogą ale nie da się uciec od faktu, że w zestawieniu to wygląda co najwyżej średnio.

Zresztą najlepszym przykładem tego co mówię jest ten animowany Polski "Kajko i Kokosz" - tła jeszcze jako takie ale postacie wyglądają fatalnie plus kolejna próba naśladowania Shrekowych manieryzmów tylko zabija cały urok pierwowzoru Christy. Zresztą tam cały scenariusz był odwalony i... BLE! OCHYDA! Nie mówmy o tym więcej...


Ok, więc ukazały się wreszcie jakieś clipy z nowego Asteriksa. I jak Europerjska produkcja się sprawdza?


(jeszcze taki reportarzyk)
Cóż jest NIECO lepiej niż się obawiałem.

(Pomijając bardzo, bardzo, BARDZO dziwny wybór nie pokazania w akcji ani Asteriksa, ani Obeliksa, ani nawet jakiegoś Automatiksa tylko skupieniu się na samych Rzymianach...)

Z jednej strony obiektywnie patrząc muszę pochwalić, że ludzie stojący za tym projektem ewidentnie starali się oddać plastykę Uderzo i nadać tym postaciom jak najzabawniejszą mimikę. Warsztatowo jest to całkiem przyzwoite...

Jednocześnie nie da się ukryć, że jednak to gryzie jak Idefiks Kapitana piratów. "Pixar" działa bo projekte postacie od zera z myślą o 3D. Tu jednak mamy bohaterów i świat zaprojektowany z myślą o ilustracji komiksowej. W przenoszeniu tego na 3D jest zwyczajnie coś zbyt na siłę, wymuszonego. Wystarczy popatrzećna minę tego Centuriona gdy wydaje komendy w pierwszym ujęciu. To samo ze scenką w pałacu Cezara... Jest coś dziwnie ubogiego w tym jak ten świat wygląda... wręcz nienaturalnie.

Popatrzcie na to jak wyglądał ostatni animowany Asteriks :

Czy nawet o wiele starszego "Asteriksa w Brytani"

Jak mówiłem najnowszy Asteriks nie wygląda tak źle - i tak prezentuje się lepije niż 3/4 nie-Pixarowskich produkcji które widziałem ale to trochę takie "niewiele powiedziawszy". To zwyczajny krok w tył.

Czy pójdę zobaczyć? Absolutnie! To ciągle Asteriks więc przynajmniej na jakąś dawkę rozrywki mogę liczyć, poprostu nie podoba mi się, że zamiast nie tykać tego co jest już dobre próbują na chama iść za nowymi trendami szkodząc własnej plastyce i stylowi.
Na plus podoba mi się, że będzie to adaptacja "Osiedla bogów" - jednego z moich ulubionych tomów. O tyle mnie to cieszy, że do tej pory lwia część Asteriksów była pod hasłem "Asteriks i Obeliks ruszają na jakąś epicką wyprawę do entej egzotycznej lokacji". Tu miła odmiana opowieść która dzieje się w całości w wiosce i jest strikte komediowo-satyryczna.

Ciągle naiwnie liczę, że animacja prędzej czy później powróci do swoich korzeni. Japonia jakoś nie zmierza w tę stronę i ma się dobrze.

Czy widzę dla 3D jakąś nadzieję? A owszem! Niech poprostu przestanie trzymać się sztywnych "Epokolodowcowych" schematów i zacznie eksperymentować z modelami postaci.

Popatrzcie tylko na zwiastun "Fistaszków" :

I coś nowego robią i bliżej animacji klasycznej i bohaterowie komiskowi zachowują urok z jakiego są znani.
W tę samą stronę ma pójść nadchodzący animowany Popeye :
Znów - niby 3D ale zachowujące czar klasycznej kreskówki (liczyłem co prawda, że będzie bardziej w klimacie komiksów Segara, gdzie humor był czarny, że ho-ho-ho ale i tak fajnie to wygląda) unikatowo i fajnie to wygląda.


Oby więcej animacji poszło za ich przykładem...


 
Pozdrawiam
Maciek Kur


sobota, 19 kwietnia 2014

"SYN BOŻY" (2014) - Recenzja




 Z okazji nadchodzących Świąt Wielkanocnych udałem się do kina na Syna Bożego. Jeśli ktoś jeszcze nie zauważył... Jestem osobą generalnie bardzo pozytywnie wkręconą w Chrześcijaństow i z zwyczaju chętnie idę na każdy film o pro-religijnej tematyce...


Czy ta Biblijna ekranizacja rozczarowała? Nie, poprostu nie jest do końca film kinowy co jak zrozumiałem sklejone cztery odcinki serialu "The Bible" i widać. Pewne wątki są tylko mignięte bądź przeskoczone (zwłaszcza jakże istotny dla całości Jan Chrzciciel jest dziwnie "olany") i jako osobie która z Biblią za pan brat nie wadzi mi to ani trochę, poprostu przypuszczam, że jakby posadzić przed ekranem kogoś kto w życiu nie miał Pisma Świętego w ręku, ani najmniejszego pojęcia kto to "Mesjasz" będzie chwilami OSTRO zdezorientowany. Szkoda wielka, gdyż poszczególne sceny i sekwencje są niezwykle dobre. W sumie byłem pozytywnie zaskoczony ile czasu poświęcili ukrzyżowaniu...

Dwie rzeczy które wyjątkowo wpadły mi w gusta...


1) Diogo Morgado grający Jezusa. Jeśli ktoś by mnie spytał jak czytając Biblię wyobrażam sobie Jezusa w akcji... oto odpowiedź. Mam pewien zgrzyt z wieloma adaptacjami gdzie Jezus przedstawiony jest zbyt poważnie (czyt. sztywno) lub zbyt tragicznie. Tj. to jest tragiczna postać poprostu w takiej "Najwpanialszej Opowieści ("Greatest Story Ever Told") w każdej scenie wygląda jakby miał za moment się popłakać. Tu nie chodzi o jakieś dziwaczne preferencje co w kontekście tekstu... On był charyzmatyczny, że hej! Umiał porwać tłum, sprawiał, że wierzyłeś w każde jedno Jego słowo. Mógł wytknąć kogoś kompletnie obcego na wyrywki palcem i kilkoma słowami zmotywować go by poszedł za Nim. Sprawił, że setki Żydów - ludzi bardzo silnie trzymających się swoich wierzeń - z dnia na dzień zmieniło swoją religię. Miał showmaństwo, miał tonę energii. Był urodzonym przywódcą, ale jednocześnie był niezwykle życzliwy i ciepły. Jezus Morado nie tylko ocieka mądrością i męstwe ale promieniuje od niego prawdziwa radość życia. Kupuję jego Boskość i kupuję jego ludzkość. Jest synem Boga ale jest tak  skromny i...kochany, że sprawi, że wszyscy w jego otoczeniu czują się swobodnie. Nie chcesz iść za nim z lęku, a bo widzisz jaki jest super. Bóg według nie go jest sto razy bardziej taki? Którędy do Nowego Jerulazem?

Wreszcie jak miło zobaczyć Jezusa który... Ma poczucie humoru! W każdej innej adaptacji jak oznajmia "z tej świątyni nie pozostanie kamień na kamieniu" robi to albo z żalem albo z groźbą w głosie. Tutaj? Mówi to radosnym tonem jakby chciał rzec "Słuchajcie, jak coś wam zdradzę to się skręcicie ze śmiechu". I szczerze mówiąc to wcale nie głupia interpretacja. W Biblii nie ma ani jednej zmianki by Jezus się z czegoś śmiał (choć są i apokryfry gdzie robi to na okrągło) ale z drugiej strony kiedy, gdziekolwiek w Nowy Testamencie mamy jakiś większy opis kogokolwiek zalewającego się śmiechem? (nie licząc może tych legionistów co grali o jego szaty w kości) Tu Jezus jest 100% na luzie, taki do mnie przemawia i szczerze mówiąc ma to więcej sensu. Ostatecznie wszyscy dla niego są jak przedszkolne dzieci którym musi łopatologicznie przedstawić swoje wartości (patrz. Przypowieści)

Słowem - Ta wersja mi wielce pasuje.

2) Film koncentruje się bardziej na scenach w których Jezus naucza! Odnosze wrażenie, że wiele osób niesłusznie koncentruje się na tym jakie to cuda czynił zamiast na tym co mówił. A przecież one były tylko dodatkiem. Czynił je bo... umiał. Dla niego to była normalka. Jego celem było przedewszystkim przekazanie swoich przykazań, błogosławieństw i mądrości. Tu narracja na pierwszym miejscu stawia właśnie jego nauki. Cuda pojawiają się "raz na jakiś czas" (słynne zamienienie wody w winno nawet nie pojawia się w filmie), a nawet spiski przeciw Jezusowi są czymś kompletnie drugoplanowym. Więcej takiego podejścia poproszę.

3) I tu może głupotka, pikuś dla każdego innego ale... JAK MIŁO WRESZCIE OBEJRZEĆ FILM GDZIE PAMIĘTALI, ŻE MARIA MAGDALENA I PROSTYTUTKA KTÓRĄ JEZUS RATUJE PRZED UKAMIENIOWANIEM TO BYŁY DWIE RÓŻNE OSOBY! Jak piszę to błachostka, ale to błachostka którą spaprała 90% adaptacji filmowych które widziałem (Nawet Scorsese pokazał, że zadał sobie zerowy trud przeczytania Biblii do swojego fanfiction)  Jasne! Przez wieki wiele osób wyciągało teorię, że może to być ta sama osoba i historia grzesznej kobiety która nawróciła się i została jedną z głównych uczennic Jezusa (wręcz prototypem obecnej zakonnicy) przemawia do wielu... ale prawda jest taka, że w Biblii NIGDZIE nie ma powiedziane by była to ta sama osoba. Ba! Maria Magdalena gdy debiutuje przyłącza się do Jezusa bo robi na niej akt egzorcyzmu więc raczej dziwne, że nie zrobił teog odrazu.

Tak czy siak - teorie, teoriami ale fakt-faktem z Pisma Święteog jasno wynika, że były to dwie różne osoby ale ni z gruchy ni z pietruchy, KAŻDA adaptacja filmowa postanowiła połączyć je w jedno. Jasne z punktu filmowego pozwala to zrobić bardziej barwną postać (już pomijam filmy które jeszcze postanowiły zrobić z niej "love intrest" Jezusa)  ale o ile ktoś nie robi kompletnej warjacji jak wspomniany Scorsese nie uważam za słuszne robienia TAKICH odstępstw od życiorysów postaci które są Święte dla członków Największej Religii na tej planecie.
Filmowa Maria Magdalena ("Kobiecy apostoł") pozostaje ciekawą postaciom bez łapania za takie "pikantne" chwyty. Po wszystkich filmach gdzie przekręcałem oczami to było wręcz odświeżąjące.


Tak czy siak film polecam wszystkim fanom i chcących iść w ślady nauk Jezusa Chrystusa... i tym oto pozytywnym akcentem pragnę życzyć wszystkim któży na tego bloga zabłądzili WESOŁYCH ŚWIĄT I RADOSNEJ WIELKANOCY!!!!!!!!!! (ORAZ JAK KTOŚ PREFERUJE... ŚWIĘTA PSASCHY!!!! :) )

PACHNĄCEJ ŚWIĘCONKI, TĘCZOWYCH PISANEK I PISANKOSTYCZNIE ZAJĄCZKOWO-KRÓLICZYCH CHWIL!!!!!

 
Pozdrawiam
Maciej Kur :)

środa, 5 marca 2014

Recenzja : "Pod Mocnym Aniołem" (Wojciech Smarzowski) i "Ratując Pana Banksa" (John Lee Hancock)

UWAGA-UWAGA! Ten post był napisany kilka tygodni temu ale potem o nim zapomniałem i nie wysłałem więc przepraszam za spóźnienie... 


Jakoś (o ironio) obejrzałem te dwa filmy pod rząd i uznałem za niezbędne zrecenzować je robiąc za razem pewne małe przyrównanie. Jeden trafił mnie w serce, wydał mi się najlepszym sposobem na rozmawianie o problemie alkoholizmu i sprawił iż pod koniec jak i po wyjściu płakałem (Tak jest), drugi zaś  wydał mi się manipulacyjną i przerysowaną opowieścią....

I tu was pewnie zaskoczę, że hej ale tym pierwszym był właśnie "Ratując Pana Banksa".

By nie było - nie sądzę, by "Pod Mocnym Aniołem" był złym filmem. Przeciwnie, uważam, że obok "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" Koterskiego to przekraczający perfekcję obraz aby puścić na przysłowiowej wytrzeźwiałce grupie dochodzących do siebie alkoholików. Pomęczą się, zobaczą obraz siebie i może nie koniecznie nawróci ale na pewno pomoże przy dalszym kroku do lepszego życia.  Jest jednak coś w podejściu reżysera co wydało mi się zwyczajnym kiczem i to nie wiele lepszym od tego co stosują Amerykanie.

Wielu zarzuca produkcją Hollywoodzkim brak realności. Wszystko jest za wesołe, za kolorowe, za "czyste"... Naturalne zwykle mam ochotę pokusić się na stwierdzenie, że tylko nam się tak wydaje bo życie w Ameryce jest zwyczajnie lepsze niż w Polsce i to co dla nas przejaskrawione, dla nich jest szarą codziennością... ale zostawiam tę dyskusję na inną okazję.
Owszem! Zgadzam się! Kino Amerykańskie jest manipulacyjne i przerysowane jak diabli. Problem polega na tym, że nasze nie jest w niczym ani trochę lepsze. Podczas gdy Oni idą w estetykę i barwność, my z kolei idziemy w bidę i ponuractwo. Wszystko w obrazie Smarzowskiego ocieka przygnębieniem, brudem i śmieciami. Każda postać jest za przeproszeniem zapita, zarzygana, zasrana i wiodąca zasmucającą widza egzystencję.

Tak, to gorzka prawda - pełno na tym kraju menelstwa, żulerstwa i ulicznego dziadostwa ale to przecież obraz kierowany do Polaków. My już bardzo dobrze wiemy i mamy świadomość jak to wygląda. Niestety według Pana reżysera wiemy za mało, gdyż eksponuje to do bólu, wcierając w nas niekomfortowy świat w każdym kadrze. Tak jakby sam alkoholizm był zbyt nikłym problemem by szokować widza... ale, ale chwila! Osobiście znam osoby które obracają się luksusach, zarabiają kokosy i są z wyższej półki klas społecznych... a mimo to swoją liczbę regularnych wizyt na Kolskiej (najbardziej znany zakład wytrzeźwień w Warszawie) miały. Czemu więc świat nie wylewających za kołnierz ma się ograniczać wyłącznie do marginesu!? Film co prawda pokazuje jedną postać na luksusowym przyjęciu ale to taka kropla w oceanie, że szkoda używać jej jako argument na obronę obrazu pod tym względem.

"Pod mocnym aniołem" spędza zatem drąc się na widza "PATRZ JAK BEZNADZIEJNE ŻYCIE MAJĄ CI LUDZIE PRZEZ ALKOHOL" i niestety owe pouczanie zaczyna szybko być drażniące dla odbiorcy.


Co "Ratując Pana Banksa" robi zatem dojrzalej? A no po pierwsze przez pierwszą 1/3 opowieści nawet nie domyślamy się,że będzie to opowieść o alkoholizmie. Poznajemy bohaterkę, poznajemy jej codzienne problemy i poznajemy jej niesmacznie trudny charakter. Jest cyniczna, zdystansowana do świata, zmanierowana, uważająca swoje racje za święte, z dumą i na swój sposób nieco ekscentryczna ale... DOBRY PANIE ciężko nie czuć do niej sympatii. Bawią nas zabawne docinki które rzuca każdemu co chwila i mamy respekt do sposobu w jaki manipuluje światem dookoła siebie. Co ważniejsze z jej problemem łatwo się nie utożsamić. Nie chce by książka którą napisał - jej najcenniejszy dorobek - została zniszczona przez wielką korporację, która za wszelką cenę chce położyć na niej łapska (choć mówimy tu o Disneyu, a zatem "próbuje położyć wielkie białe puchate rękawice") Widzimy z jakim trudem walczy o dobro swojego dzieła, a z czasem poznajemy cała masę faktów z jej przeszłości. Dowiadujemy się stopniowo skąd w jej charakterze wzięły się takie, a nie inne cechy, traumy, a o tyle działa to brutalnie gdyż wszystkie są pokazane z punktu widzenia niewinnego dziecka.

W owych retrospekcjach poznajemy też jej ojca, który jest alkoholikiem...

I co? Pewnie na dzień dobry pokażą go zapitego na chodniku? Nie! Przeciwnie. Jak wspomniałem mija duża dawka czasu nim dowiadujemy się jaki ma problem. Poznajemy go człowiekiem. Ma prace, ciepłą relację z córką, jest optymistą i wizjonerem...

I co? Pewnie będzie strasznym, agresywnym pijaczyną? A gdzie! Jest wesoły, dobrze się bawi będąc pijanym i chwilami jest wręcz "kochanym tatusiem". Z punktu widzenia dziewczynki nie wadzi jej czy tatuś jest spity czy trzeźwy jak świnia. Widzimy natomiast jak rani to całą rodzinę w około. Jak przeżywa to żona, jak cierpi na tym jego praca, zdrowie i  z czasem relacja z dzieckiem...

Co najważniejsze widzimy jak wpłynęło to na osobowość jego dziecka gdy dorosło. To naprawdę wzruszający i mocny obraz o D.D.A. który w pełni szanuje inteligencję swojego widza. Pozwala nam polubić i pokochać bohaterów nim przydarzy się im krzywda i nie ujawnia zła alkoholu pokazując jak niszczy człowieka, a ludzi w około.

Dociera do nas, że bohaterka tak naprawdę nie chce by ekranizowano jej książkę bo uważa, że zrobią z tego kiepski film. To tyko pretekst. Nie chce by dzieło powstało bo nie chce kolejnej rzeczy która przypomni jej o tym, że nie udało się uratować jej ojca.
- Jest dramat,
- Jest głębia
- Jest subtelność,

W przypadku "Pod Mocnym Aniołem" niestety te pierwsze dwa punkty gdzieś się pogubiły z braku tego trzeciego.

Gdy poznajemy bohaterów już są zapici. Nie widzimy dnia w którym alkohol w darł się w ich życie, tylko patrzymy jak dobija to co już jest zniszczone. Akcja skacze tak szybko od jednej "ofiary" do drugiej, że nie mamy czasu nikogo poznać i się z nim utożsamić. Znów - samo szokowanie smutnymi obrazkami nie wystarczy.

Główny bohater ma się nieco lepiej choć niestety kuleją postacie w okół niego. Weźmy na ten przykład jego narzeczoną. PRAKTYCZNIE NIC O NIEJ NIE WIEMY! Jakaś wzmianka, że studiuje to czy to za mało na trzy wymiarową postać. Nie poznajemy jej prywatnie, nie znamy jej marzeń, pragnień czy co jej siedzi w głowie. Jest tylko dodatkiem, a romans pary jest wręcz symboliczny.

- Widzimy jak znalazła go spitego pod bankomatem i zaczął za nią łazić...
PYK!
- W innej scenie Już są parą.

Gdzie chemia? Gdzie romans? Co ich połączyło? Jakie mają wspólne pasje? Przysłowiowe plany na przyszłość? Dwa ujęcia jak się z czegoś-tam śmieją to za mało. Jak mamy być przejęci losami tej pary, skoro kompletnie nie obchodzi ich związek? Jak może skoro na ekranie jest prawie nie istniejący?

Moim zdaniem twórcy sami nie zauważyli co powinno być sercem opowieści. Jak mocniej obraz trafiłby do widza gdyby poczuł jak wielka miłość łączy te dwie osoby, a później zostaje rozszarpana przez słabość jednej strony?


Naprawdę nie chcę by wyglądało, iż sądzę by "Pod Mocnym Aniołem" był filmem zasługującym na mieszanie z błotem. Jest przesłanie, jest dobra obsada... ale też nie ma co ukrywać, że obraz kuleje. Nadmiar ambicji sprawia, że bombardowanie dołującymi obrazkami w pewnym momencie przyprawia widza o emocjonalne zobojętnienie. Co za dużo to nie zdrowo.

Tym czasem "Ratując Pana Banksa" subtelniej i sprawniej załatwia sprawia. Widz bawi się, śmieje a na koniec płacze. Tak, poryczałem się na tym filmie i nie wstydzę się do tego przyznać!
Być może dla tego przekręcam oczami gdy ktoś wytyka, że film pokazuje w przekoloryzowany sposób postać Walta Disneya. TO NIE JEST FILM O ŻYCIU DISNEYA!!!! Tak! Gdyby to był film biograficzny zjechałbym go po całości.
Film koncentruje się na życiu osoby w której życiu Disney akurat odegrał taką, a nie inną rolę (z punktu widzenia jego biografii był to średnio istotny epizodzik) , a tak naprawdę jest to film o D.D.A. To prawdziwa historia kobiety której całe życie ukształtowała trauma po ojcu alkoholiku.


Kto by przypuszczał, że Disney odwali lepsza robotę opowiedzeniu nam kromki życia niż film Wojciecha Smarzowskiego?  


Jest także pewna INNA kwestia którą pragnę poruszyć...

Przyzna się, że po obejrzeniu obu filmów miałem poważne wątpliwości czy dobrze robię mieszkając w tym kraju, a nie w innym. Na "Ratując Pana Banksa" jako jedyny śmiałem się z niektórych żartów. Ale co się dziwić? Film jest biografią pisarki P.L. Traves, a ku ścisłości jeden z głównych wątków koncentruje się na ekranizacji jej książki "Mary Poppins". Choć wszędzie indziej na świecie to wielki klasyk dzieło to ciągle coś mało znanego w Polsce. Puszczali to w telewizji tu i tam ale nie jest to coś na tyle rozpoznawalnego by przeciętny Kowalski rozpoznawał cytaty i aluzje. Pamiętam nawet jak kiedyś chciałem puścić mojej byłej odcinek "Simpsonów" który był parodią "Mary Poppins" i jak dowiedziałem się, że nie ma bladego pojęcia co to takiego specjalnie kupiłem tego wieczora film na DVD i zrobiliśmy sobie seansik przed wspomnianym odcinkiem. Tak czy siak "Ratując Pana Banksa" zawiera sporo odniesień (chwilami BARDZO ironicznych) do owego filmu i niestety jak po swoim śmiechu zauważyłem byłem jedyną osobą w sali dla której one trafiały.

ALE TO PIKUŚ! Ale to pikuś, gdyż będąc na "Pod Mocnym Aniołem" była odwrotna sytuacja, gdyż jako jedyny nie zaśmiałem się ani razu podczas gdy połowa sali rżała jak głupia. Czyżby jakieś mega-błyskotliwe odwołania do literatury? A gdzie! Wszyscy śmiali się ilekroć padło "Ch*j", "Pie***ol się" czy ktoś pierdnął. O tyle to dla mnie dezorientujące ponieważ nie licząc może dwóch wypowiedzi, film nie próbuje być ani trochę dowcipny w tonie. To naprawdę ponura i przygnębiająca opowieść o ludzkiej nędzy więc z czego za przeproszeniem do jasnej cholery się oni śmieją? Wiele Polskich komedii mnie nie bawi gdyż uważam, że są zwyczajnie zbyt wulgarne. Ktoś mi kiedyś zarzucał, że po prostu nie rozumiem "tej Polskiej groteski", tylko z chwilą gdy widzę rodaków zaśmiewających się na dramacie bo pokazali jak Więckiewicz sika na chodnik to coś już nie halo.

Przeciwnie teraz dowcip w tych Polskich komediach które nie bawiły mnie do tej pory dewaluuje się tylko bardziej i bardziej...



Pozdrawiam
Maciej Kur 

piątek, 31 stycznia 2014

Co ostatnio w kinie widziałem...

Tak skrótowo bo mi się rozpisywać nie chce...

"HOBBIT : PUSTKOWIE SMOUGA"  - Rewelacja! Zabrzmię dla Tolkien-maniaków jak skończony bluźnierca ale... zmiany Jacksona mi szczerze nie wadzą, nawet w wielu kwestiach to ulepszenia. Umówmy się, to jednak strasznie stara książka i przeniesienie jej scena w scena dałoby raczej kiepski film. Tu szczerze podobało mi się co widziałem (na tyle, że widziałem w kinie ponownie), a najbardziej kontrowersyjna postać Elfki-łuczniczki jakoś fajnie się wpasowała w całość (plus nie było jej, aż tak wiele). Nie jest to kino ambitne, tylko czysto rozrywkowy film akcji dla dzieciaków i w tej kategorii nie wyobrażam sobie nic lepszego. Jedynka mi się nieco bardziej podobało, ale ogólnie DOBRE!


"KRAINA LODU" - Rewelacja! Nie podobał mi się tak bardzo  jak np. "Księżniczka i Żaba" ale ogólnie bardzo przyjemne. Piosenki przyjemne. Po tym filmie uświadomiłem sobie - jestem wielkim fanem Gorge Lopeza. "Księga Mormona" to jeden z moich ulubionych musicali scenicznych, a piosenki tutaj są równie powalające. Jeśli mogę się przyczepić, to liczyłem, że postać Elsy ("Królowej Śniegu") stanie się zła, a później się nawróci, a tu pomimo antycypacji pozostaje dobra przez cały film. Generalnie liczyłem, że nieco bardziej zaszaleją z kreatywnością (np. dadzą Elsie jakąś armię lodowych bestii czy coś) ale to co zobaczyłem było i tak bardzo dobre, tym bardziej, że wcześniej byłem szczerze rozczarowany, że zaniechali robienia adaptacji bajki Andersena która ma specjalne miejsce w moim serduszku...


"WILK Z WALL STREET" - Rewelacja! Film trwa trzy godziny, a bawiłem się dobrze od początku do końca. Charyzma DiCaprio niesamowita (wolę go tu niż w "Awiatorze"), a tępo wręcz hipnotyzujące. Jak na minutę w połowie musiałem wyjść do łazienki miałem wyrzuty sumienia bo pewnie przegapiłem z 60 genialnych tekstów. Spotkałem parę osób (co ciekawie wyłącznie płci pięknej choć nie chcę po tym oceniać) które powiedziały, że film je odrzucił, ale Ja pozostanę w obozie osób które liczą, że film dostanie Oskara.

Słowem :  Same trafione strzały miałem w ostatnim miesiącu!

To tyle, niebawem ruszę na "Ratując Pana Banksa"...


Pozdrawiam
Maciej

sobota, 12 października 2013

"Wałęsa. Człowiek z nadziei" (Andrzej Wajda) RECENZJA

Wróciłem właśnie z kina to się wypowiem... Co mi szkodzi?

"Wałęsa" Wajdy ma spore plusy. Ciekawie wypada wątek żony naszego tytułowego bohatera i motywy humorystyczne - które są największym atutem scenariusza - sprawiają, że widz żałuje, że opowieść nie jest stu procentową komedią. Zapewne pomogłoby to historii, gdyż ten jakże wielce oczekiwany film... jest zwyczajnie ubogi.  Co gorsza, chwilami wręcz dydaktyczny.

Sam Wałęsa jakby jednocześnie pokazany barwnie, a zarazem mało wyeksponowany. Co mam przez to na myśli? A to, że wiele o nim mówią jaki ważny i wspaniały, a de facto mało pokazują czemu ma taką, a nie inną opinie. Jak Wałęsa daje przemowę która ma wszystkich zmotywować, to niech de facto będzie pokazane jak mówi spicz który zrobi na widzu wrażenie, że wybiegnie z kina krzycząc "SOLIDARNOŚĆ", a nie mówi dwa zdania i jest cięcie na komentujących go robotników 
- Ten to umie przemawiać!
- No! I tłum umie porwać!... 
POWAŻNIE!?
Czy naprawdę Pan Wajda zapomniał już, że kino to medium WIZUALNE? A może miał zbyt mało wiary w aktorów? (szkoda, bo Robert Więckiewicz odwalił kawał dobrej roboty, nawet jeśli były ze dwie sprawiał wrażenie osoby parodiującej Wałęsę niż jego odwrócę) Był nawet moment, gdy zastanawiałem się nawet czy Pan Wajda chce pokazać, że Wałęsa był po prostu kukiełką/twarzą w rękach strajkujących niż de facto przywódcę
(byłoby to kontrowersyjne jak cholera, ale przynajmniej byłoby coś ciekawszego do powiedzenia o tym filmidle)

Gdzieś zabrakło głębszego pokazania tego o co walczy i chce Pan Prezydent (jak byłem mały znałem Wałęsę jako "Pana Prezydenta" i tak pozostanie w moim serduszku) Tytuł "Człowiek z nadziei" w kontraście z zawartością filmu wydaje się wręcz pretensjonalny. Podoba mi się, że film pokazuje Wałęsę jako człowieka prostego, ale opowieści zwyczajnie brakuje emocji. 
Nie było co prawda na szczęście wymuszonego "Polskiego" patosu którego nie trawię, ale ponad to w filmie jakby kompletnie nie czuć o co walczą bohaterowie. Same wyświetlenie kilku nagrań archiwalnych to za mało by odczuć dramat i powagę sytuacji, a kompletnie wytrącają z narracji, a nie pomaga, że jest ich chwilami zbyt wiele. 


Po obejrzeniu czułem się jakbym obejrzał 1/3 filmu. Takie "Aha, to wszystko..." Jakby opowieść się nagle urwała bez jakiejś większej kulminacji. 
Choć krytycyzm wylałem nie mogę narzekać za bardzo bo co by nie powiedzieć oglądało się przyjemnie. Nawet śmiem powiedzieć, że najlepsze co Pan Wajda zrobił od dłuższego czasu (bałęm się, że będę musiał przemęczyć kolejny "Katyń") ale jako całość krótka "powtórka z historii" i tyle...

Można obejrzeć jak będzie w telewizji  lecieć, ale wizyty w kinie nie polecam specjalnie.


Pozdrawiam i miłych snów
Majki

piątek, 2 marca 2012

Recenzja : ARTYSTA (2011) Michael Hazanavicius


„Artystę” chciałem zobaczyć od dawna jednak czynnikami które naprawdę mnie zmotywowały były :

1) Fakt, że dostał Oskara

2) Krytyczne reakcje pewnych osób twierdzących, że film przereklamowany, w tym Pani Holland której zdaniem ten film to „idiotyczna wydmuszka”, „hambug”, „laurka” i diabli wiedzą co jeszcze

Na seans się dziś udałem i... Niestety nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Oskar zasłużony („O Północy w Paryżu” mnie też oczarował ale przyrównywać te dwa filmy to jak jabłka i pomarańcze), a wypowiedzi Pani Holland kierowane są tylko i wyłącznie profesjonalną zazdrością bo sama by chciała umieć takie „wydmuszki”  robić  (a nawet jakby film jak opisuje, to patrząc na jej pewne popisy w postaci „Janosika : Prawdziwej Historii”, aż prosi o przytoczenie cytatu „Przygadał kocioł garnkowi!”)

Film jest zwyczajnie czarujący! Podobnie jak „O Północy...” jest lekki, subtelny i zabawny, dzięki czemu trafia do każdego, przesłanie jest uniwersalne i towarzyszy mu prostota i „czystość” dzięki czemu jest wyzbyty z jakiekolwiek pompatyczności czy pretensjonalności.



Oczywiście fabuła "Artysty" na pozór nie jest niczym przełomowym. Fakt! Praktycznie ta sama historia o upadku kina niemego na rzecz dźwięku opowiedziana była w „Deszczowej Piosence” czy „Chaplinie” na dobrą sprawę, a i Mel Brooks zdążył się popisać już filmem parafrazującym technikę kina niemego. Czy to źle odświeżać stary temat? A gdzie tam! Na tej samej zasadzie można np. przyczepić się do wszystkich filmów o II Wojnie Światowej, że opowiadają tę samą historię tylko nieco inaczej, a "Artysta" o wiele bardziej i inne filmy porusza nie tyle samą historię przejścia ze świata niemego do świata dźwięku, co tragedię która spotkała wielu akotrów w tym okresie zwyczajnie nie potrafiących odnaleść się w nowym świecie mówionego kina.

Michael Hazanavicius wykonał genialną robotę rekontrując atmosferę klasyk kina niemego nie tylko pod względami wizualnymi, ale też od strony scenariuszowej. To nie była parodia jak u wspomnianego Pana Brooksa, a po prostu film niemy z wieloma subtelnymi smaczkami i zabawą formą. Reżyser nie bombarduje nas zresztą wyłącznie gagami z cyklu „Ha-ha! To ironiczne bo to film niemy, a dziś mamy dźwięk”. Jest ich w sam raz i gdy są, są od razu trafione, przemyślane, a chwilami bardzo kreatywne i zaskakujące.  Gdy na ekranie pojawił się mężczyzna do złudzenia przypominający W.C. Fieldsa na moment przyszło mi do głowy, że film zacznie sypać występami gościnnymi znanych z epoki (Chaplin, Keaton) Tymczasem autor postawił wyłącznie na stworzony przez siebie świat.

To bohaterowie kreują opowieść i musze przyznać, że nie mógł dobrać lepszych aktorów!  Jean Dujardin jest rewelacyjny jako główny bohater Goerge Valentin (wypij wymaluj nowy Gene Kelly) tryskając charyzmą  na prawo i lewo, choć chwilami prześcigany jest w swoim komizmie i mimice przez urokliwą Berenice Bejo. Zawsze zabawny John Goodman także pojawia się ze sporą ilością dobrych momentów jako producent. Grzechem byłoby też nie wspomnieć o postaci przewijającego się w filmie psiaka. Kolejnym w pełni zasłużonym bohaterem jest muzyka!  Naturalnie poza śmiechem film oferuje te porcję refleksji i wzruszeń, co jednak ważne kończąc opowieść bardzo optymistycznym akcentem, który pozostawia same pozytywne odczucia.

Naprawdę jeśli mogę się do czegoś przyczepić to „ostatni gag w filmie” do którego budowała się opowieść mógłby być lepszy. Był Ok., ale naprawdę mogli to mocniej zaakcentować... z drugiej strony film kończy się Fred Astairiańskim numerem tanecznym także i nawet bez tego byłem w niebo wzięty.


"Artysta" jak najbardziej zasługje na zebrane laury. Ma magiczną, unikatową atmosferę, wiele  kreatywnych pomysłów, sporo humoru, refleksji i przedewszystkim nie możliwe do niepolubienia postacie, wykreowanych dzięki znakomitej grze akotrskiej (Przerysowanej? Owszem, ale zarazem trafiającej idealnie) Nie ma co nudzić dalej do kin iść warto puki jeszcze u nas leci, a jak się nie uda czymprędzej zapoznać się jak tylko ukarze się na DVD.


Swoją drogą podobało mi się ,że pomimo braku dialogów publiczność w kinie tkwiła w milczeniu nie rzucając najmniejszego komentarza poza śmichami i odgłosami wzruszenia.  W sumie dało mi to do myślenia – chętnie zobaczyłbym w kinie więcej filmów w starym stylu! Nieme, czarnobiałe i kręcone tak jak dawniej i nie tylko hołdy, a zwyczajnie nowe opowieści. Marzenie absurdalne? Pożyjemy, zobaczymy...


Pozdrawiam
~Pan Miluś

poniedziałek, 17 października 2011

~It’s Recenzja Time : Shrelock Holmes is Baffled!/ Sherlock Holmes jest Zaskoczony! (1900)


        Zauroczony „Sherlockiem Holmesem” Guya Ritchiego z niecierpliwością wyczekuję sequela nic nieznacząco zatytułowanego „A Game of Shadows”. Gdy człowiek tak cierpliwie siedzi i czeka w jego świadomości rodzi się pytanie... Czy kiedykolwiek istniała równie powalająca, wciągająca, prosząca się o sequel, a zarazem wierna duchem adaptacja dzieła Arthura Conanna Doyle’a?

           LEPIEJ! Istniała jedna kilkaset lepsza!

           Mowa rzecz jasna o wiekopomnym dziele jakim był „Sherlock Holmes Baffled”, Artura Marvina z 1900! Pierwsza w historii adaptacja przygód Sherlocka Holmesa, niewiele odbiegająca poziomem od Obywatela Kane’a swoich czasów jakim był zrecenzowany przeze mnie swego czasu "The Sick Kitten" (Matko i córko! To dopiero był kawał dobrego kina...)

             Na początek trzeba zachwalić Pana reżysera odważne podejście reżysera, który w żaden sposób nie wprowadza postaci wielkiego detektywa. Przeciwnie! Daruje to sobie z góry zakładając, że widz dobrze zna tę ikonę literatury. Ba! Sam intrygujący tytuł (w wolnym tłumaczeniu „Sherlock Holmes zaskoczony”) wydaje się być skierowany do wiernych fanów postaci. W dodatku nie jest to adaptacja żadnej znanej nam opowieści, a kompletnie nowa, tętniąca suspensem odsłona.
             


              Podobnie jak Guy Ritchi, Marvin od pierwszej sekundy bombarduje nas akcją, wrzucając nas w sam środek wydarzeń. Oto jesteśmy świadkiem zuchwałej kradzieży w wykonaniu tajemniczego zamaskowanego bandziora, o zasłaniającej twarz masce która dodaje mu nurki mistyczności budzącej w podświadomości obraz istoty paranormalnej. Bez dwóch zdań sam Hitckock oddałby pokłon Marvinowi.

                Nim jednak widz zdąży uronić pierwszą łzę, drąc się na ekran kiedy ta strzeliwa manifestacja bezprawia dobiegnie końca Holmes zjawia się w szóstej sekundzie, prędko bada sprawę swym przenikliwym spojrzeniem i nie biorąc większego namysłu wkracza do akcji,... Czy powala zbrodnialca jakimś zabójczym chwytem? A może zbulwersowany tym co się wyprawia w jego własnym domu w dzikim ataku szału przebije jego serce podręczną szablą?
                                
               NIE! Po prostu stuka go w ramie! Cóż za genialne zagranie w pełni demonstrujące nam nie tylko władzę nad sytuacją ze strony Holmesa, ale specyficzne poczucie humoru dodające bohaterowi nutki człowieczeństwa. Cóż, za czarujący bohater! A to dopiero jego trzecia sekunda na ekranie. Ciekawe jak rozwinie się akcj...

              ŁA!!!!! CO...  CO SIĘ STAŁO? Zło... złodziej zniknął!? Był sobie, a teraz go nie ma!? Co to do cholery jasnej za czarna magia!? Jak potężne będą moce którym Holmes będzie musiał stawić czoła!? Chciałbym wyobrazić sobie moment gdy Gorge Lucas po raz pierwszy obejrzał ten film. Bez dwóch zdań to właśnie to dzieło otworzyło przez nim cały świat efektów specjalnych.  Sam Sherlock Holmes jest jakby... Nie. Jeszcze nie jest zaskoczony. Sprytny Detektyw co prawda rozgląda się moment za złodziejem, jednak znany ze swojej przenikliwej dedukcji szybko uświadamia sobie jak absurdalne było wydarzenia i wnioskując, że owe spotkanie po prostu nigdy nie miało miejsca zapomina o tym co właśnie miało miejsce i  wyluzowany siada w fotelu.

                 Naprawdę gdy oglądałem to po raz pierwszy nie spodziewałem się, że będę miał do czynienia z tak głębokim studium psychologicznym postaci! Tu warto zaznaczyć, że w odróżnieniu od popularnego wizerunku Holmes zamiast fajki pali cygaro. Widać, że Marvin był awangardowym filmowcem który prędzej wydarłby ze swojej głowy wszystkie włosy niż pozwoliłby sobie na trzymanie się tak oklepanej kliszy.


               Podoba mi się relaksująca atmosfera, która nawet mimo oporów w ułamku sekundy utożsamiłaby nas z Holmesem. Ah! Być nim i od tak móc zapalić sobie cygaro i...     


 


             W MORDĘ JEŻA!

                Coś prysło niespodziewanie, a przed Holmesem pojawił się ponownie złodziej! Jak nigdy nic siedzi sobie zrelaksowany na stole, z towarzyszącą mu złowieszczą aurom, która jak nic podkreśla, że miał symbolizować Biblijnego szatana. Czyżby to właśnie to było tym szokującym wydarzeniem jaki zwiastował nam tytuł? Nie! Jeszcze nie! Holmes jako człowiek akcji szybko powstaje i wyciągając pistolet (albo wytykając złodzieja palcem, jakość obrazu jest tak dupna, że ciężko to stwierdzić) oddaje strzał, jednak złodziej ponownie znika by pojawić się raz jeszcze za Holmesem. No diabeł wcielony! Gdyby tylko Doyle mógł przewiedzieć do do jak pobudzających wyobraźnię, demoniczych dziwów zainspiruje jego seria...


          Jeszcze nie zaskoczony Sherlock wie, że ta szaleńcza gra w kotka i myszkę nie może dłużej trwać bez wpędzenia go w niewątpliwy obłęd. Gdy zły omen znika ponownie dzielny detektyw zabiera ze stołu worek ze skradzionymi przedmiotami (fakt, że nie zainteresował się nim po pierwszym zniknięciu swojego nowego największego wroga jest świetną symboliką pokazującą, że nikt nie jest idealny) Chcąc pozbawić złodzieja satysfakcji Holmes odkłada worek do konta, jednak...
  
                                 
        ŚWIĘTA ANIELCIO!  Gdyby nie to, że mój organizm zdążył się przyzwyczaić po wcześniejszych dwóch szokach zmarłbym w tym momencie na zawał serca. Oto worek ze złodziejem pojawia się nagle w drugim końcu pokoju i nim Holmes ma okazję rzucić się w morderczym pościgu złodziej znika.
                               
          Wreszcie! Stało się! HOLMES JEST ZASKOCZONY! Stało się! Nie wie co o tym myśleć. Pokonany wzrusza tylko rękami i odchodzi  z porażką. Jego zdolności intelektualne okazały się bezużyteczne. Czy mu się to podoba czy też, nie jest tylko zwykłym śmierlenikiem. Teraz pozostaje mu tylko rozwiązać zagadkę, która po oczywistej mimice nie tylko pojawiła się w jego umyśle, ale i w głowach każdego uważnie śledzącego film widza. Czy złodziej był prawdziwy? Czy możliwe, że ciągłe zagadki i sprawy uczyniły Holmesa paranoika, który nawet kiedy nie ma sprawy do rozwiązania jest przez nią świadomie rozwiązany? Czyż znikający złodziej nie wydaje się manifestacją wszystkich jego najpodstępniejszych wrogów, a także osobistych lęków i słabości? Czym jest rzeczywistość która nas otacza? Co tak naprawdę jest urojieniem, a co tak zwanym światem realnym? A jeśli my sami tak naprawdę jesteśmy tylko wytworem czyjejś fantazji? A co jeśli ten ktoś... Nie istnieje także?


               „Sherlock Holmes Baffled” to prawdziwie satysfakcjonujący smaczek, nie tylko dla wielbicieli Holemsa oferując im intrygę przerastającą kreatywne zdolności samego Artura Conanna Doyle’a (na swój sposób dodaje książką nowej głębi, perspektywy i sposobu postrzegania postaci wielkiego detektywa), ale jest to prawdziwa uczta dla najwybredniejszych fanów mocnego kina, oczekujących od filmu czegoś więcej niż akcje, barwne postacie i zawiłe intrygi, ale odpowiedzi na tak odwieczne pytania jak przyczyna sensu życia.




               Oburzenie ogarnia mnie, że dzieło nie doczekało się jeszcze wydania DVD (z tak należytymi dodatkami jak dwugodzinna retrospektywa, i trzy-cztery commentarze audio różnych historyków kinematografii) Póki co polecam kopię dostępną na you-tubie która do czasu wydania dwu-płytowej edycji specjalnej, będzie musiała nas zadowolic... 



Pozdrawiam
~Pan Miluś 

niedziela, 2 października 2011

O PÓŁNOCY W PARYŻU (Midnight in Paris)



W swoim najnowszym dziele „O Północy w Paryżu” Woody Allen zabiera nas w magiczną podróż po wyidealizowanym, barwnym i  tętniącym swą świetnością Paryżu... Nie, nie! Nie mówię o całym aspekcie podróżowania w czasie do lat 20’stych gdzie nie możesz zrobić dwóch kroków by Hemingway, Salvador Dali albo Scott Fitzgerald postawili ci piwo, tylko o ukazanym w filmie współczesnym Paryżu
– Bez chaotycznych tłoków,
– Bez cuchnących, brudnych slumsów na każdym zakręcie,
– Bez wiecznie zakorkowanych ulic;
– Bez hałasu,
– Bez zaniedbanych stacji metra (że o jazgocie który wydaje nie wspomnę),
– Bez naciągaczy, żebraków i kieszonkowców,
– Bez skandalicznych cen,
 – I bez najczęstszego widoku – narzekających, potwornie rozczarowanych tym miastem turystów...

 Słowem – nie ma tego co czyni współczesny Paryż, współczesny Paryżem.
Nie – Pan Allen wysila się jak może by ukryć wszystkie minusy  współczesnego miasta, skupiając się tylko na tym jakie jest piękne...  i faktycznie! Jeśli odrzucić na moment brud, smród  i warcholstwo, to miasto prezentuje się po prostu cudnie.  Bajecznie! Niestety zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony, komu marzy się podróż do Paryża z kompletnie innej epoki. Gil, Hollywoodzki scenarzysta, marzący o karierze pisarza zalicza się do takich osób. Jak chce los (bądź być może tylko fantazje bohatera?) marzenie Gila zostaje spełnione i zostaje przeniesiony w lata 20’ste, gdzie wszyscy jego wielcy idole i znane osobistości tylko czekają na niego z wyciągniętymi rękami..

Podoba mi się prostota filmu Allena. Nie bawi się w wehikuły, magię czy w ogóle jakieś próby uzasadnienia tego co ma miejsca... Po prostu –bohater przenosi się w czasie. Co tu dodawać? Sama opowieść to dosyć prosta (jak nie przewidywalna) anegdota, ale ogląda się ją z taką przyjemnością, że nawet nie myśli się w tych kategoriach.

Łatwo, jak nie banalnie zrobić film z przesłaniem „Oh, jak paskudny jest czas w którym  żyje... Buuuu... O! Przeniosłem się w czasie w przeszłość. Tu też jest beznadziejnie, wracam do siebie”. Allen choć sięga po podobny morał, dochodzi do niego w kompletnie odwrotny sposób. To nie tak, że każda epoka jest zła... Każda jest wspaniała.

Film jako komedia nie jest specjalnie mocny, ale wypada sympatycznie. Nie ma tu gagów przez które cała widownia ryknie śmiechem, głównie subtelnie żarciki i aluzje do znanych osobistości... Choć były może i ze dwie co choć zabawne swoim założeniu wypadły raczej blado. W jednej scenie Gil próbuje streścić Bunuelowi fabułę (jeszcze nie powstałych przez kolejne cztery dekady) „Aniołów Zagłady”, jednak treść filmu kompletnie do niego nie trafia... Pomysł sam w sobie śmieszny, jednak wykonanie mogło być o niebo efektowniejsze. Wszelakie qui-pro-quo w filmie także co najwyżej przyprawiają widza o uśmiech...

To jednak nie film który próbuje powalić widza na kolana fajerwerkami humoru, a po prostu zostawić mu refleksje i przyjemne uczucie. I tu spełnia się wyśmienicie! Pewnie gdyby nie to, że już byłem i zobaczyłem po wizycie w kinie miałbym ochotę wybrać się do Paryża...

Więcej takich filmów Panie Allen!


~Pozdrawiam
Pan Miluś


P.S.
Na projekcji w kinie miałem przyjemność siedzieć między...

- Jedną Panią z córką (ok.15 lat) której co chwila szeptała ilekroć pojawiła się jakaś znana osobistość próbując wytłumaczyć jej kto to taki, a ta agreswnie reagowała za każdym razem "MAMO! WIEM KTO TO!"
- Dwiema niezbyt roztargniętymi nastolatami, które z koleji nie jarzyły większości postaci, dopiero jak pojawił Salvador Dali zareagowały "O JA CIĘ! WIEM KTO TO!"

To tyle... ;)

niedziela, 18 września 2011

A jeśli racja była po stronie siostry Ratched?



„Lot nad kukułczym gniazdem”  (One Flew over the Cuckoo’s nest) to jeden z tych filmów który ubóstwiam, uważam za wybitne dzieło... Ale jednocześnie lat jakoś nie miałem okazji odświeżyć sobie przez ponad trzy lata.

W sumie dobrze! Ostatecznie dłuższy odpoczynek od dzieła pozwala nabrać dystansu i świeżego spojrzenia na obraz. Naturalnie ciężko zapomnieć znakomitej roli Nicholsona (obok „Lśnienia” jego najlepsza rola), postaci „Wodza”, zakończenia z... (a co ja spoilerować będę?), dziwnie nerwowej atmosfery (przynajmniej ja zawsze się czuję podenerwowany oglądając ten film), ale jedna rzecz którą wszyscy pamiętają to siostra Ratched. Oh, jaka zła ta siostra Ratched! Co za rura! Co za su... małpa! Zouza! Miejsce piąte na liście największych czarnych charakterów w historii kina i w ogóle!  

Przyznam się szczerze, że pewna rzecz chodziła mi po głowie gdy oglądałem ten film lata temu i gdy odświeżyłem sobie film wczoraj uświadomiłem sobie, że w pełni mam rację... Ja szczerze, nic nie mam do tej postaci! Mało tego – im dłużej nad tym myślę, jestem bardziej po jej stronie niż po stronie  McMurphy’ego.

Naturalnie jest zimna, surowa i zdyscyplinowana, a McMurphy to tak charyzmatyczna postać, że ciężko mu nie kibicować... Jednocześnie jeśli popatrzeć na całą historię obiektywnie – koleś jest pierniczonym zwyrodnialcem! Jasne, pomimo złośliwych komentarzy jest empatyczny wobec kolegów współ-pacjentów , ale do licha nie poszedł do paki bez powodu! Osądzono za próbę gwałtu(!!), kilka aresztowań za napaść, udaje wariata by oszukać system prawny i nie liczy się z jakimikolwiek autorytetami. Panie i panowie – nasz protagonista!

BIEDNA SIOSTRA RATCHED! Przez lata harowała jak wół, w uczciwy sposób zapracowała sobie na wysokie stanowisko,  na co dzień musi użerać się z grupą niezrównoważonych psychicznie ludzi, za których jest 100% odpowiedzialna, dba o własne zdrowie (w tym psychiczne) i swoich współpracowników i staranie pilnuje by nie został zachwiany delikatny system dzięki któremu wszystko ma ręce i nogi. Każdy kto miał okazje pracować z osobami z poważnymi zaburzeniami psychicznymi wie jakie to wyczerpujące, a przecież jakby coś się któremuś stało to nie tylko groziłoby jej zwolnienie ale i konsekwencje prawne. Naprawdę nie można jej winić za sztywny, surowy charakter, bez którego już dawno by się wszystko posypało. To prawdziwa, silna kobieta która nie daje sobie w kaszę dmuchać...

 A tu przyłazi taki... taki... taki Jack Nicholson, demoralizuje pacjentów (i później obsługę!!), naraża ich życie i jednocześnie karierę Ratched swoimi widzi mi się jak „Hej! Zabiorę se wszystkich współ-pacjentów na ryby, a co mi tam?” i generalnie rozwala cały ład i harmonie którą siostra przełożona tak ciężko budowała... Tylko dla tego, że niepodobna mu się kilka panujących tu zasad. Zresztą jeśli zwrócić uwagę, to jego zachowanie jest kierowane czystą bezczelnością i perfidnym, samolubnym myśleniem! Ma gdzieś, że kobita po prostu wykonuje swoją pracę! To nie tak, że w każdym zakładzie dla obłąkanym siostra przełożona ustala wszystkie zasady, pewne rzeczy są odgórnie narzucone z przyczyn BHP czy zdrowego rozsądku! Cholera! Nawet nie powinien tutaj być! Jeśli zwrócić uwagę, to Rached jest na początku całkiem sympatyczna, chcąca mu pomóc, dopiero później prowokacje Nicholsona zmuszają ją by zachować się kilka razy nie w porządku dla dobra ogółu. Na swój sposób to jego nieodpowiedzialne zachowanie ją upodla. Ba! Wszystkie złe rzeczy które mają miejsce w ostatnim akcie (nie, nie spoileruję, obejrzyjcie ten film – warto) to tylko i wyłącznie jego własna wina!!
Jeśli Ona symbolizuje system totalitarny to On to chaos i anarchia...

Zastanawiam się czy powszechna nienawiść widzów do Ratched to coś podświadomego. Wielu ludzi ma potrzebę buntować się autorytetom, a ponieważ prawda jest taka, że każdy z nas ma jakieś mniejsze lub większe zaburzenia (jeśli nie chcesz się do tego przyznać to tylko potwierdza, że je masz) więc chyba naturalną rzeczą jest z automatu brać stronę pacjentów...  A może ludzie myślą, że jest podła bo Nicholson tak przez cały film mówi, a sami nie zwracają uwagi czy de facto tak się rzeczy mają?   

Nie chcę by brzmiało, że jakoś super gloryfikuję tę postać, ale uważam, że tak ją przez lata przesadnie demonizowano, że zasługuje by trochę przyklasnąć jej stronie...  Tym bardziej, że nie zmienia to mojej opini, że film jest rewelacyjny, a mnogość interpretacji świadczy o jego bogactwie.


~Pozdrawiam
Pan Miluś

_____________________________________________________
P.S. Swoją drogą zawsze mnie intrygowało – ile osób w Polsce oglądało ten film NIE ZNAJĄC angielskiego żargonu (czy książki) i zastanawiało się kiedyś co tak właściwie znaczy tytuł i jak się ma do treści filmu?