Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 sierpnia 2014

Lekcje komedii z Asteriksów : Jak śmieszyć wielokrotnie tym samym (tzw. lekcja running gag') Część 2.


Vis Comica!

Ostatnio przeanalizowałem na ile sposób może bawić jeden dowcip, a konkretnie Kakofoniks dostający łomot za artystystyczne aspiracje.

Uznałem tym razem rzucić na warsztat inny przewijający się przez serię gag, tym razem jeden taki który moim zdaniem był zwykle dosyć "chybił-trafił"  :
Wódz Asparanoiks spadający z tarczy!  Wbrew pozorom jest to być może najbliższe "Chaplinowskiej skórce od banana" ze wszystkich stałych gagów w serii.

Dla "Asteriksowych laików" to często główny motyw z którym jest kojarzona ta postać... i znów brzmi jak jeden co powinien być przestać być zabawny po pierwszym-drugim razie. Mam na myśli na ile można śmiać się z tego, że ktoś upadł?

Jak pisałem w ostatnim artykule Goscinny jednak zasługuje na spore uznanie :
Wódz porusza się na tarczy, zawsze jest na niej widziany. Aż prosi się by zrobić ten dowcip na dzień dobry. Tym czasem motyw pojawia się po raz pierwszy dopiero... w czternastym albumie, czyli gdy seria jak i postać istniała już dobrą dekadę.
Oczywiście tu i tam zrobił drobne dowcipy wykorzystujące środek transportu wodza, wystarczyć choćby rzucić okiem na unikatowy sposób w jaki uprawia jogging :

Jednak to nie było w jego stylu rzucić coś banalnego zanim miał na to faktycznie dobry pomysł.

I rzeczywiście, pierwsze wykorzystanie tego motywu jest moim zdaniem jedym z najzabawniejszych w serii :
Obojętnie czy jest to pierwszy raz, gdy widzimy motyw jest to zabawne. Jeśli zobaczylibyśmy jak tragarze podnoszą wodza wewnątrz chaty, wybiegają, a ten wali głową w ścianę nie miałoby to tego efektu. Śmieszy nas to, gdyż zwyczajnie zostaliśmy wzięci z zaskoczenia, nie widząc sytuacji bezpośrednio, a sam skutek. Działa to, gdyż już bardzo dobrze wiemy w jaki sposób porusza się Asparanoiks.

Tu puenta z kolei nie działałaby bez powyższej sceny, dzięki której wiemy, że Asparanoiks ledwie co powrócił na tarczę...
(Swoją drogą przepraszam, że jakość skanów jest daleka od idealnej jednak nie chodzi mi tu o jakąś prezentację piękna rysunków Uderzo tylko zilustrowanie analizy którą przeprowadzą)

Motyw powraca wielokrotnie w kolejnym albumie pt. "Niezgoda" :
Niby ten sam dowcip jednak jest jeszcze zabawniejszy. Niby prosty obraz ale współgra tu wiele elementów : Po pierwsze pomaga czasowanie - nie tylko nie widzimy bezpośrendio uderzenia, jednak na efekt humorystyczny wpływa tak naprawdę jak szybko przeszkoczyła akcja między komendą wodza, a puentą, którą jest nonszalancka (a co za tym idzie komicznie nie adekwatna do sytuacji) wypowiedź wodza. Dodatkowo widzimy wszystko z punktu widzenia tragarzy, któży odkryli stratę wodza dopiero po wejściu. Humor podbija też wyraz twarzy żony wodza. Jest na niego tak wściekła, że wisi jej, że właśnie zrobił sobie krzywdę i traktuje to jako coś zupełnie normalnego.

 Tu trochę mniej śmieszne, jednak ciągle robi swoje : Wódz jest zbyt wkurzony by pamiętać o tragarzach, a ci zbyt lojalni by nie wyoknać swojej pracy. Naturalnie jak w przypadku Kakofoniksa miejmy na uwadze, że między tymi gagami upływa zwykle sporo czasu ("stron") Mamy więc czas by zapomnieć o tym i efektownie łapie nas to z zaskoczenia.
 Gag powraca znów. Tym razem bawi nas dzięki reakcji wodza w ostatnim kadrze. Nie ma już sił być wkurzony i tylko wzdycha ile razy go może to jeszcze spotkać w tej samej historii.
Zobaczymy?
Widzicie? Humor już nie czerpie się z upadku co z jego degustacji głupotą podwładnych i ile to razy mogą popełnić tę samą wpadkę. W pewnym stopniu mam wrażenie, że wykorzystano w tym albumie prawie wszystkie możliwe wariacje na temat tego gagu.

W sumie zapomniałem o innym ważnym elemencie dzięki któremu to działa : godności. Asparanoiks ma jej wiele - to w końcu wódz osady, zresztą budwał sobie ją w naszych oczach przez 14 wcześniejszych albumów serii. Gdyby spotkało to jakiegoś "wioskowego głupka" albo żebraka nie byłoby to zabawne. Jeśli ktoś jest przyzwyczajony do upokorzeń co z tego, że spotkało go kolejne? Aspranoiks próbuje wyglądać godnie i budzić szacunek, ale przez zwykły pech mu to nie wychodzi. Zwróćcie też uwagę, że powody przez które spada są coraz bardziej dobijające. Zaczęło się na konkretnych komendach, teraz nie może nawet użyć określenia związanego z pochyleniem by nie "paść" ofiarą swoich nosicieli. Pomagają towarzyszące temu żarty słowne.
W kolejnym albumie ("Asteriks u Helwetów") Asparanoiks zwalnia tragarzy i zatrudnia Asteriksa z Obeliksem na ich miejsce. Akcja przenosi się na bardzo długo (7 stron!) w inne miejsce, dzięki czemu pochłonięci mającą tam miejsce intrygą zapominamy o nowej profesji naszych bohaterów.
Więc, gdy akcja wraca do osady i Panoramiks oznajmia :
BAM! Bierze nas to z nienacka! Świetny przykład żartu który został zasiany o wiele wcześniej.
W albumie "Podarunek Cezara" ciągłe upadki działają, gdyż za każdym razem są pokazane z innej strony. Tu widzimy wpierw efekt, a potem dowiadujemy się co miało miejsce. Niby proste wizualnie urozmaicenie jednak dzieki temu nie czujemy monotonii i żart jest ciągle zabawny.
Tu z kolei widzimy sytuację bezpośrednio z puntku widzneia jendego z tragarzy. Wódz zobojętniały na obrót spraw i mniejszy nosiciel któremu sytuacja także nie wydaje się robić różnicy podbijają dowcip. Warto też zwrócić uwage na kurę przy hełmie- detal który może łatwo umknąć - towarzyszy gagowi ilekroć pojawia się w albumie.
A tu perspektywa wyłącznie wodza - znów sytuacja bierze nas z zaskoczenia.
Ten przykład jest z solowego albumu Uderzo. Zjednej strony trzeba dać mu plusik, że spróbował zastosować jakąś wariację. W teorii to działa : Asparanoiks chce uniknąć ciągłych upokorzeń, znajduje więc alternatywę, niestety kończy się jak zawsze. Niestety wykonanie nie jest zbyt efektowne. Pomysł z wozem jest zwyczajnie dziwaczny, a wcześniejsze upadki pojawiały się jednak z nienacka. Tu uniknięcie spadania z tarczy jest głównym problemem więc z góry wiemy jak to sie skończy. Komentarze tragarzy i Dobrominy z kolei są nieco na siłę, jakby autor wiedział, że to średnio zabawne, więc dorzucił coś na wszelki wypadek by rozbawiło czytelnika jeśli sam gag nie wypali.
Tu niestety też nie działa to specjalnie. Po prostu po raz kolejny widzimy jak wódz spada i się wścieka.Samo w sobie przestało być to zabawne już dawno, brakuje pomysłu (choć narysowane dynamicznie mimo wszystko)
Tu gag z kolei działa słabo... Nie tylko widzieliśmy go w prawie identycznej wariacji w "Niezgodzie" ale jest też zbyt wymuszy. Kiedy ostatni raz słyszeliśmy określenie "pochylmy się nad jej zawartością"? Podobnie ma się sytuacja w animowanym "Asteriks kontra Cezar", gdzie tragarze puszczają tarczę bo wódz powiedział [odwołując się do Obeliksa] "Straci grunt pod nogami". Nie ma sensu by odebrali te zdanie jako komendę więc nie jest to śmieszne.
 A tu kolejna wariacja Uderzo która niestety okazuje się niewypałem. Nie ma powodu dla którego Asparanoisk spada z krzesła, upadek sam w sobie nie jest zabawny... całość wydaje się na siłę wrzucona w tę scenę. Komentarz, że wódz teraz umie "ośmieszać się samodzielnie" niestety wydaje się na siłę, gdyż w tym albumie nie spadł wcześniej z tarczy ani razu więc nie mamy odruchowego skojarzenia między sytuacjami.

W przeciwieństwie do relacji Kakofoniksa z Automatiksa, spadanie z tarczy Asparanoiska nie jest niestety żartem pozwalającym na szczególnie kreatywną ewolucję. Jednocześnie w odróżnieniu od śpiewu barda i temperamentu kowala, NIE JEST to nierozłącznym elementem osobowości Asparanoiska. To raptem jego atrybut. Twórcy nie muszą więc obowiązkowo wysilać się w każdym albumie by wymyślać nowe sposoby na opowiedzenie tego gagu, a nawet mieć całą historię, gdzie wódz gra główne skrzypce, a fani zbyt skupieni na charakterze za który go lubią, nawet nie spostrzegą, że czegoś brakuje. Autorzy zaś mogą spokojnie czekać, aż coś godnego uwagi strzeli im pewnego dnia samo do głowy...

Pozdrawiam
Maciej Kur

piątek, 15 sierpnia 2014

Lekcje komedii z Asteriksów : Jak śmieszyć wielokrotnie tym samym (tzw. lekcja running gag'u)

 
Vis Comica!
 
Słyszy się czasem, że żart powtórzony dwukrotnie nie jest już śmieszny.

To tylko połowiczna prawda. Przypomnijcie sobie ile komedii znacie które jesteście wstanie oglądać w nieskończoność i za każdym razem bawią was równie mocno. Śmieszy was, a przecież znacie już te żarty, często nawet na pamięć. Zwykle jest to zasługa postaci. Kochamy bohaterów i ich barwne osobowości więc chętnie podziwiamy ich pakujących się w te same zabawne sytuacje po raz enty.

Skupmy się jednak na samym gagu. To, że ktoś poślizgną się na skórce od banana może bawić raz. Czy możliwe jest by rozbawiło nas ponownie? Cóż, jeśli jest jakaś lekcja którą wyciągnąłem z nagminnego czytania za młodu albumów „Asteriks” to fakt, że… Owszem! Można powtarzać ten sam żart w nieskończoność i za każdym razem będzie zabawny.
 
Z tym przecież zresztą kojarzy się ta seria :
 
- Wódz ciągle spadający z tarczy,
- Ciągłe rybne bójki,
- Piraci ciągle tracący statek,
- Obeliks ciągle próbujący dostać łyk magicznego napoju,
- Ciągle skrępowany bard w czasie finałowej uczty
- ...i wiecznie poobijani legioniści żałujący podjęcia się służby wojskowej ("Zaciągnij się do armi mówili...")   
 
Co ważniejsze, nie tylko owe motywy pojawiają się obowiązkowo w każdym albumie (to zaneguję wkrótce ale pozostawmy to dla dobra argumentu), a jednak nie tylko bawią wszystkich za każdym razem ale fani są wręcz rozczarowani jeśli czegoś zabraknie.
 

Jak tego Goscinny dokonał? Trik wbrew pozorom całkiem prosty. To wszystko kwestia drobnej wariacji.

Przeanalizujmy to na być może najbanalniejszym przykładzie w całej serii – Bard Kakofoniks śpiewa i dostaje za to (zwykle od kowala Tenautomatiksa) po głowie...

Pytanie brzmi : Czy to samo w sobie takie znowu śmieszne? 

Cóż, zabawne ekspresje w rysunkach Uderzo pomagają, podobnie jak wzmianka Goscinnego, że kowal był przodkiem krytyków muzycznych co dodaje temu brutanemu aktowi ironicznego wydźwięku.

Pomaga też kontekst. Czytając wiemy, że śpiew Kakofoniksa jest absurdalnie okropny, zwykle budzą spusztoszenie wszystkich w około (jego imię tylko podbija ten dowcip).

Autorzy zresztą doszukiwali się kreatywnych sposobów by pokazać jak ciężkie dla innych są jego melodie.

Jest więc zrozumiałe czemu, gdy oświadczy, że podzieli się z innymi swoim talentem mieszkańcy reagują tak, a nie innaczej.
Inną kwestią jest upór postaci. Kakofoniks jest święcie przekonany, że jest geniuszem muzycznym i do znudzenia będzie dręczyć mieszkańców swoimi nowymi kompozycjami. Nie tylko nie daje sobie powiedzieć, że wyje, ale wyzywa przeciwników swego głosu od "Barbarzyńców" i "Prostaków". Wiemy więc, że sam się oto prosi...
 
Wszystko pięknie, pytanie jednak brzmi : Ile razy musimy zobaczyć barda dostającego manto by nam to obrzydło? Teoretycznie przecież powinno przestać nas to bawić po drugim, max. trzecim razie.

Oczywiście miejmy też na uwadze (zwłaszcza jeśli czyta to ktoś komu komiks jest kompletnie obcy), że motyw ten widzimy średnio raz na album, a nawet gdy pojawia się to kilka razy w jednej historii zachowane są spore odsępy czasu. Czytając Asteriksy chronologicznie czuć zresztą, że Goscinny powracał do "stałych dowcipów" tylko jeśli miał na nie faktycznie dobry pomysł i rzadko robił coś na siłę "by było". Odbiorca ma więc czas na odpoczynek, dostając po drodze tony innych żartów, wszelakiej rozmaitości przez co, gdy wracamy do bicia barda nie jest to takie znowu monotonne.

Nie mniej jednak po przeczytaniu kilku "Asteriksów" pod rząd mamy wręcz wkodowane w mózgu, że za każdym razem, gdy ma miejsce jakieś większe poruszenie w wiosce zjawi się Kakofoniks chcąc uczcić okazję swoją nową kompozycją. Wiemy, że to nastanie i jesteśmy na to gotowi!
I tak jest i tym razem kiedy to nagle...

Ładna wariacja grająca na naszych oczekiwaniach, która by nie był nawet w połowie zabawna jeśli nie bylibyśmy świadkami tego motywu wielokrotnie wcześniej. Jesteśmy wręcz wdzięczni za wszystkie razy gdy widzieliśmy jak bard dostaje w zęby nawet jeśli robiło się to już nużące.
 
Tu nie musimy już widzieć całej scenki by wiedzieć co miało miejsce. Twórcy też wiedzą, że wiemy dlatego "skrót" działa humorystycznie, tym bardziej umieszczony gdzieś w oddali. Ot, rutyna...
A tu z kolei nawet nie musimy widzieć sytuacji bezpośrednio. 
I znów ciekawa wariacja. Zbędna jest już wzmianka o śpiewaniu, gdyż dowcip nabrał innej warstwy i przestaje być tylko o kwestionowaniu muzycznego talentu barda. "Dostawanie w gębę" zaczyna go prześladować przy każdej okazji i bawi nas, że nawet jak dla odmiany nic nie robi i tak spotyka go maltretowanie.
Naturalnie nie można też jechać wyłącznie na wariacjach. Od czasu do czasu trzeba czytelnikowi owy motyw przypomnieć by utrwalił się w kontekście. Można to załatwić dyskretnie. Wystarczy jedno spojrzenie od stojącego w tłumie kowala i wiemy o co chodzi. Jednocześnie żart dostaje tu kolejnej warstwy : Tenautomatiks jest już obsesyjny na punkcie Kakofoniksa. Gag staje się cześcią jego osobowości. 
Oczywiście przypomnienie bywa też mniej subtelne :
Lub jak w przypadku poniżej : Zrobiony tak jak zawsze, jednak urozmaicony sprytnym żartem słownym. Nie bawi nas samo uderzenie, a to co temu towarzyszy.

 (mniejsza o kontekst czemu Tenautomatiks drapie się nogą za uchem... długa historia)
Tu z kolei staje się to częścią innego żartu przewijającego się przez album ("Asteriks w Hiszpani"), gdzie ryba Achigeniksa wędruje od właściciela od właściciela...

Widzicie o czym mówiłem? 
On just jest zaprogramowany, że tłuczenie barda stało się tradycją, a tradycję trzeba szanować. Bawi nas ironia, że co by Kakofoniks nie robił nie może umknąć przeznaczeniu. To jak grecka tragedia.

Motyw towarzyszy ilekroć widzimy tych dwóch razem tylko w różnych wariacjach. Ewoluował stając się częścią ich codzienności i relacji... I to relacji przez duże "R" gdyż, gdy w jednym albumie Kakofoniks wyrusza z Asteriksem i Obeliksem na wyprawę...


 Lub gdy innym razem urażony postanawia opuścić osadę...
Piękne ironiczne odwrócenie ról jednocześnie pokazujące Tenatuomatiksa z zupełnie nowej strony, "uczłowieczając" jego postać. Gdyby miałoby to miejsce, gdy widzimy ich po raz trzeci czy czwarty byłoby to co najwyżej zabawne. Tu ma to miejsce w albumie 29 dzięki czemu jest to nie tylko efektowniejsze i śmieszniejsze, ale niezwykle satysfakcjonujące.
Widzicie? Jak w grę nie wchodzi granie można się nawet doszukać przyjaźni między tą dwójką, poprostu tak już przywykli do "rutyny", że stała się dla nich normaką.

Jednocześnie żart żyje własnym życiem i nie potrzebując nawet obecności Tenautomatiksa czy Kakofoniksa by spełnić swoją misję. Wystarczy samo skojarzenie :


Jak więc widzicie można opowiadać ten sam żart bez końca. Sztuka polega na tym by za każdym razem opowiedzieć go od innej strony, odpowiednio urozmaicić bądź wykorzystać fakt, że dobrze już jest odbiorcy znany by zaskoczyć go znienacka dodając coś nowego do kotła. Naturalnie inny ważny składnik o którym napomniałem to pamiętać by dać od gagu odpocząć i pozwolić zatęsknić za nim. Czasami wystarczy nieco pogłówkować i dowcip nabierze własnego życia...

....albo stanie się częścią "serdecznej przyjaźni" ;)


                                                      


Pozdrawiam
Maciej Kur

sobota, 25 lutego 2012

Recenzja : "Premiera" w Teatrze "Komedia"

Napiszę krótko acz zwięźle bo choć raz naprawdę nie mam nic do dodania ponad same pozytywy :
Jakiś czas temu byłem w Warszawskim teatrze Komedia na "Premierze" - Śmieszne, że hej! O fabule nie ma co pisać. To typ historii gdzie poprostu kilka postaci znalazło się jednocześnie w jednym miejscu i spędzają resztę opowieści nakręcając się nawzajem... i robią to znakomicie! Aktorzy odwalili kawał dobrej roboty kreując zabawnych i sympatycznych (pomimo czasem ostro negatywnych cech) bohaterów. Scenariusz swoją drogą znakomity (choć nie znam pierwowzoru więc nie wiem na ile zmian sobie pozwolono)

Proste, lekkie, a co najważniejsze jest z czego się pośmiać przez dwie godzinny i, aż prosi się o więcej... Warto!

Pozdrawiam
~Pan Miluś

piątek, 4 lutego 2011

Najgorsze Polskie filmy

Top 10 momentów gdy byłem najbardziej zażenowany naszą Polską kinematografią –  a w każdym razie takie przykłady co mi zawsze do głowy przychodzą, gdy myślę o tym co takiego „Polskiego” spowodowało u mnie walenie się głową o ścianę. Taka wyliczanka wspominek z przeszłości, a rusz może kogoś zaskoczę podając jeden z jego ulubionych filmów... choć wątpię


10. Zemsta (Andrzej Wajda)
Do tego dzieła mam trochę sympatii – obsada była dobra (no w większości... Klaro), kostiumowo ładne i... Hej! To Fredro! Do scenariusza i do dialogów przyczepić się nie można... Można za to się uczepić braku wyobraźni reżysera, który robiąc ten film zapomniał o tym co czyni Fredrę, Fredrą – O humorze!  Nie chcę tu mieszać z błotem dorobku Pana Wajdy, ale pokazał tu tylko, że nie ma zbyt wielkiego pojęcia o komedii, bezsensownie klepiąc zdanie w zdanie tekst Fredry (który nie jest śmieszny, jeśli się go odpowiednio nie wygra), nie próbując dodać nic od siebie, ani jakoś ciekawie pobawić się materiałem.
Dziełu może nie wywołuje takiego  żenowania jak pewne inne pozycje na tej liście, ale jest nie mniej frustrujące jako naprawdę zmarnowana szansa, gdyż teraz gdy już istnieje jedna kinowa adaptacja Zemsty, ciężej będzie by dali komuś zrobić jeszcze jedną, poprawną i dobrą.


9. Wiedźmin (Marek Brodzicki)
Nie rozpiszę się bardzo, bo nie jestem fanem Sapowskiego... ale nie trzeba być, aby się skręcać w zażenowaniu na tym filmie. Wystarczy być fanem „Fantasy”, czy nawet ogólnie kinematografii.  Znów – twórcy nie mieli pasji ani pomysłu za to się zabierają
– O! Jest taki i taki projekt! Dobra, bierzemy go i może coś dobrego wyjdzie...
Film ma zero atmosfery, efekty specjalne wywołują zażenowanie, a postacie są nudne jak diabli! Z drugiej strony to jeden z tych filmów, który gdy się obejrzy w gronie kumpli można się pośmiać z tego jaki jest głupi... No i hej! Autor książki, słusznie podsumował film mówiąc, że po przejrzeniu odsłon Polskiej kinematografii z ostatnich dekad... Ten film się trzyma ;)


8. Gulczas a jak myślisz... i Yyyreek kosmiczna nominacja (Jerzy Gruza)
Do tych filmów mam pewną dawkę politowania, bo to trochę jak pastwienie się nad niepełnosprawnym, który być może był chamem i zapracował sobie na brak sympatii z mojej strony... ale jednak.  Ot durne komedie wyprodukowana by się wzbogacić na sukcesie mega-popularnego Big Brother. Wyprodukowane na siłę, w pośpiechu, ociekające kiepskimi żarcikami, wulgarnością i odwołaniami do rzeczy które za dekadę nikt nie będzie pamiętać, choć w sumie już „wtedy” przyprawiały człowieka o klepnięcie w czoło („O matko! Jakie to nieaktualne!”) Nie kwestionuję czy gwiazdy Big Brother były czy nie były zabawne w swoim programie, ale nie były aktorami, a tym bardziej jak grają parodię samych siebie wypada po prostu żenująco.  O ile „Gulczas” był po prostu kiepski, o tyle „Yyyreek” wyjątkowo ociekał kretynizmem. Choć filmy te wołają o pomstę do nieba, czepiać się ich to trochę jak kopanie leżącego...  
Są jednak dwa powody dla których ręce i nogi opadają wyjątkowo nisko, na samą myśl, że te abominacje istnieją :
1) Za sam pomysł zrobienia tych filmów – Bo co winić wykonawców i aktorów skoro musieli pracować z czymś co było z góry skazane na bycie jedną wielką żenadą;
2) JERZY GRUZA! Myślałem, że włosy wyrwę sobie z głowy (a trochę tego mam) jak usłyszałem, że On był reżyserem i scenarzystą tych rzeczy! Człowiek który był współtwórcą 40-LATKA (patrz lista moich ulubionych komedii Polskich) za równo serialu jak i pełnometrażówki , czy też paru innych świetnych komedii jak np. „Dzięcioł”!!!! ALE JAK TO!? Samego „Gulczasa” bym jeszcze przebolał – każdy popełnia błędy i  ma prawo mieć jakąś jedną mizerotę na koncie – ale „Yyyrka”!? Co On myślał? Może w jakimś stopniu wyjaśnia się to z pierwszym punktem, bo hej – złota to On by z tego materiału nie zrobił, ale tym bardziej powinien wiedzieć, że nie jest to coś do czego powinien się dotykać, a tak zaplamił sobie karierę...  SZKODA! Po prostu szkoda!
7. Kajko i Kokosz (ten animowany)
Znów na zażenowanie wpływa tu głównie poczcie zmarnowanego potencjału. Wzięli całkiem fajny komiks (Asteriks może to nie był, ale jednak sympatyczny, inteligentny i dowcipny)  i wzięli Bartosza Wierzbiętę autora dialogów Polskich do Shreka, Misji Kleopatra czy Madagaskaru. Brzmi jak coś z czego powinno wyjść coś przynajmniej przyzwoitego...
Tymczasem :  Uroku komisu – zero, Shrekowej błyskotliwości – zero! Co mamy w zamian? Pierwsza minuta – ktoś pierdzi komuś w twarz. Dziękuję....
Rozpisywałem się o tym dziele tu i tam – w Kazecie miałem o nim artykuł nawet – więc ile to można bluzgać na coś co trwało tylko piętnaście minut, ale boli mnie jak widzę jakie prymitywne podejście Króluje w tym kraju (Nie mówiąc już, że przerwali pracę do o niebo ciekawie zapowiadającego się filmu „Złote Krople” aby stworzyć to dzieło) a myśl, że chcą z tego pełny metraż zrobić napełnia mnie trwogą...


6. Lejdis  (Tomasz Konecki)
Nie wiem co mnie bardziej żenuje – ten film, czy kobiety które potrzebują tego aby się dowartościować.  Ktoś tu obejrzał odcinek „Niani” i powiedział „O! Właśnie takich bohaterek nam trzeba! Frywolnych, dziarskich i umiejących facetowi dogryźć” – Niestety wyszło im to kompletnie bez polotu, tworząc postacie drażniące, mało sympatyczne  i co tu wiele mówić... puszczalskie! Film w dodatku ciągną się w nieskończoność, dorzucając co rusz nowe wątki jakby niezręcznie skleili siedem odcinków jakiejś telenoweli w całość.
Film przyprawia mnie o zażenowanie głównie wzorcami jakie daje Polskim nastolatką jakie są zapatrzone w te bohaterki. Bawiąc się w adwokata diabła, mogę lekko obronić ten film mówiąc, że pamiętam, że miał jakiś fragment w środku (10-15 minut ale jednak), gdzie faktycznie był zabawny/ciekawy i gra aktorska była całkiem porządna. I oczywiście spotkałem się z argumentacją „Oh! Ty tego filmu nie zrozumiesz, bo jesteś facetem”
Ok.!  Zgoda! BYŁBY to argument, gdyby nie, to, że do reszty nie rozumiem kolejnego filmu którym był...
5. Testosteron (Tomasz Konecki)
ALE CHAŁA! Pierwsze 20 minut nie było takie złe, przynajmniej wprowadziło jakiś klimat i może dwa razy się nawet zaśmiałem.... Niestety! Reszta to jeden wielki kocioł żałosności w który wrzucono siódemkę nieprzyjemnych bohaterów (żeby to jeszcze były jakieś stereotypy typów mężczyzn, ci po prostu albo są chamscy albo anemiczni), paradę niskolotnych żartów, mrowie drażniących przerywników i krótki występ  Kuby Wojewódzkiego (brrrr...) Wulgarności się nie czepiam, bo to film o seksie w czym wypada dosyć bezpłciowo.  Co gorsza – był nudny!  


4. Haker (Janusz Zaorski)
AŁA!  Nic tak nie razi jak gdy ktoś o kilka dekad za stary, próbuje robić coś o/dla dzisiejszej młodzieży i  na siłę być „hip”, nie mówiąc już o robieniu filmu o hackerstwie mając o hackerstwie zerowe pojęcie i znów kolejna z „po-Kilerowych”  prób zrobienia kolejnej komedii z fabułą „O! Jakieś zero wplątał się w aferę z gangsterami, tego nie widzieliście jeszcze, co?”  Aluzje do „Matriksa” czy do „Powrotu do Przyszłości”  były tak beznadziejne, że oglądając to bardziej czułem jakby obrażali te filmy niż robili ukłon w ich stronę.
Ech, szkoda sobie strzępić języka – to było marne i co gorsza drażniące...

3. Dzień Świra (Marek Koterski)
Tak, nieprzeczytaliście się! „Dzień Świra”! O wiele więcej o Polakach mówi fakt, że bawi ich ten film, niż film sam w sobie!

Film widziałem wiele razy i Mnie nigdy nie bawił a zwyczajnie męczył swoim marudzeniem. Nie wiem! Może po prostu życie codzienne autora tego filmu (i najwyraźniej świat w jakim się obraca) ma się ni-jak do tego mojego i dlatego jego frustracje wydają mi się zwyczajnie błache bądź dziwne. 
Oczywiście  wszyscy podniecają się "Oh, On wstaje i mu się nie chce! Jaki genialny komentarz" ale dla mnie równie dobrze można się zaśmiewać "Oh, patrzcie! On je śniadanie! Ja jem śniadanie! Ale fenomenalna obserwacja!"

Fakt-faktem film usiłuje być satyrą tylko to nie działa, gdyż to co widzimy to nie jest satyra... To jest propaganda.

Pomijam fakt, że tak naprawdę nie było nic co przyprawiło mnie o uśmiech
- O hej!  To wygląda znajomo...
a wręcz przeciwnie o skrzywienie nosa
– Czy to miało być zabawne?

ale film od początku do końca bombarduje komentarzami politycznymi „O patrzcie! Tak beznadziejnie jest u nas w Polsce” które - zgodzić się czy nie zgodzić - były po prostu nachalnie wykonane, a co gorsza nie miały za grosz obiektywizmu w swoich obserwacjach. Autor ignoruje wszystkie pozytywy koncentrując się na samych negatywach, pesymistycznych wizjach i przykro mi ale to nie jest obiektywne myślenie - to  jest manipulacja i co gorsza ze strony osoby która nie umie ani trochę cieszyć się życiem. A ja niestety potrafię - nawet w chwilach depresji umiem znaleźć jakieś pozytywy a i w moim Państwie choć ma wiele problemnow widzę wiele dobrego i zapominanie o tych plusach jest pokazywaniem tylko jednej strony medalu. Znów - zero obiektywizmu czyli propaganda...

Być może czuję, że posiadam dojżalszy punkt widzenia od autora filmu i stąd moja niechęć. Całość kojarzy mi się ze stękaniem "Nananana jak w tej naszej Polsce niedobrze, nananananana" - bez ani jednego pozytywu co kojarzy mi się z wywodami jakiegoś nadąsanego smarkacza niż faceta po 40'stce i prawdę mówiąc nie widzę w czym tkwi cały fenomen filmu. Oczywiście, można argumentować, że to NIE MIAŁO być komedią o życiu kogoś przeciętnego, a bardziej przykrą analizą poczynań jakiegoś chorego psychicznie człowieka... tylko niestety film jest wyłącznie marketingowany jako to pierwsze i za to większość ludzi go wychwala.

Ktoś powie "Ale to są prawdy o życiu, nie można ich pokazać innaczej". Nie prawda - można! Popatrzmy na takie Czeskie Komedie czy "Clerks" Kevina Smitha. Ba! Co by nie powiedzieć o "Świecie Według Kiepskich" serial ten potrafi przedstawić 10 razy lepszy i sympatyczniejszy komentarz o Polakach w 20-minutowym odcinku bez potrzeby marudzenia widzowi jak naburmuszone dziecko... W sumie "Propaganda Pesymizmu" byłoby trafniejszym komentarzem do tego filmu...

Cóż dodać? Mam jak największy szacunek do ludzi którzy to lubią bo jest wśród nich sporo moich znajomych (nawet jeśli im współczuję, że tak to widzą), ale jeśli ktoś miałby mnie spytać o szczerą opinię, to z przykrością stwierdzam, że „Dzień Świra” zwyczajnie obrzydził mnie, zażenował, być może nawet nieco ogłupił, ale i tak do pięt w tym nie dorasta kolejnej pozycji jaką jest...
 
2. Ryś (Stanisław Tym)
AAAaaaaaah!!!!!
Dodałem tę pozycję po jakimś czasie bo mózg mój bokował wspomnienia o tym filmie. Sam pomysł prosi się pomostę do Nieba. Robić kontynuację "Misia"!? Jednej z najwybitniejszych Polskich komedii!? To nie to, że pomysł jest taki znowu zły, ale poprostu to strzelanie sobie kolano na dzieńdobry! Bo jasne - "Rozmowy Kontrolowane" to niby sequel ale przynajmniej nie miały tytułu który krzyczy "O, hej! Robimy kontynuację Misia", więc większość osób ogląda ten film nie mając zielonego pojęcia, że te filmy są jakoś powiązane. Tu niestety ów karygodny błąd został popełniony. Nawet jakby film wyszedł niezły zostanie zjechany przez krytyków jako tania próba zbijania kasy na jednej z umiłowanych klasy rodzimmego kina, a wszelakie wady będą tylko potęgować się w zestawieniu z poprzednikiem.
Cóż - film wypadł marnie!
Nie tylko żarty są żenujące [Hehe! To ten aktor co grał Litonosza w "Złoto Polskich" więc będziemy do upadłego ciągnąć żart, że każdy kto go widzi bierze go za listonosza! Hehe!] choć prawdę mówiąc większość czasu nawet nie byłem pewny czy tekst który usłyszałem miał być napewno żartem. To było bardziej przygnębiające w tonie... Ta! "Miś" też miał smutne dno, ale jednak przez większość filmu się śmiałem. Tu byłem znudzony i miałem dosyć po pierwszych 30 minutach...
Aż przykro mi się robi, że scenariusz pisał ten sam Stanisław Tym. Może brak Barei i Chęcińskiego u jego boku? A może zabrakło magicznego świata PRL-u?
Film nie tylko nieśmieszny, ale wręcz zasmucający....
1.Włatcy Móch (Nawet nie chciało mi się sprawdzać kto to robił)
A co innego? Odcinków widziałem garstkę, ale za to miałem PRZYKROŚĆ obejrzeć pełnometrażową odsłonę – Klozetowość i wulgarność humoru przekracza wszelakie pojęcie, animacja i kreska obskurne, postacie prezentującą sobie zero pomysłowości, drażniące głosy i  wszechobecna bezmyślność. W dodatku żenuje mnie ilekroć ktoś próbuje bronić, że twórcy nie inspirowali się „South Parkiem”  (Tak, ponieważ Polscy i Amerykańscy „Milionerzy” to też przypadek) ale przyrównywanie tego do „South Parku” też we mnie coś skręca.
Co by nie powiedzieć o „South Park” prawie każdy odcinek opiera się na jakiejś satyrze (odcinki o Warcrafcie, Internecie czy Facebooku są genialne), a twórcy oferują sporo ciekawych i nieprzewidywalnych pomysłów. W dodatku w ich kresce pomimo prostoty panuje jakaś estetyka, a postacie jak trzeba pokazują emocje i są sympatyczne.  
„Włatcy” (nawet z moją dysleksją źle się czuję pisząc to z celowym błędem) nic sobą nie reprezentują, ponad humor kierowany do dresiarstwa, co by nie było takie złe, gdyby nie ogromny rozgłos serialu, przez który przez pewien okres na każdym roku skądś Czesio wyskakiwał. Serial na szczęście dobiegł końca i jak liczę późniejsze pokolenia puszczą go w niepamięć jak puścili swego czasu popularne filmiki z „4 fun TV”.
To tyle! A teraz uciekać bo gryzę!


~ Pan Miluś