Pokazywanie postów oznaczonych etykietą top lista. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą top lista. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 maja 2011

TOP 10 satyr w South Parku

Dla wielu South Park kojarzy się z wulgarnością i szczeniackim dowcipem... i są to zwykle osoby które obejrzały max jeden odcinek się mądrzą jakby wszystkie rozumy pozjadały. Kto jednak zna South Park dobrze wie, że jest to jeden z najgenialniejszych seriali satyrycznych ostatnich dwóch dekad. Pomimo swojej dawki grubiaństwa i humoru toaletowego jego twórcy Trey Parker i Matt Stone potrafią strzelić taki komentarz o naszym społeczeństwiie, że boki zrywać - nie tylko bardzo trafiony, ale krytykujący zwykle obie strony.
Ale które z komentarzy socjalnych w South Parku są najbardziej udane? Z którymi zgadzam się całym sercem i duszą, w przedziwny sposó odzwierciedlają moje życie codzienne i podpisuję się pod tym co mają do powiedzenia rękami i nogami?

Oto TOP 10 Najlepszych satyrycznych odcinków South Parku :

10. The China Probrem – Jeśli ktoś chce dobry odcinek South Parku jadący Spilberga i Lucasa polecam „Free Hat”. Tam Matt i Trey ostro wyżyli się na twórcach Indiany Jonesa i ich obecnym podejściu do kinematografii. "The China Probrem" jest jednak o wiele bardziej uniwersalny,  jednocześnie obśmiewający nie tylko filmowców jak i samych fanów. Stan, Kyle i reszta paczki są tak wstrząśnięci nowym Indiana Jonesem, że ich retrospekcje z wizyty w kinie przemieniają się w wspomnienia o molestowaniu seksualnym i chłopcy nie mogąc dłużej udawać, że nic się nie stało postanawiają pozwać autorów filmu.
Też uważam, że nowy „Indiana Jones” nie dorasta do pięt starej trylogii ale nie ukrywam, że lwią część fanów ostro ponosi w ich wyrazach żalu. Podobnie jest zresztą z nową trylogią ”Gwiezdnych Wojen” i wieloma, wieloma innymi seriami filmowymi... i o tym jest właśnie ten odcinek!  
PLUS wątek poboczny z Cartmanem i jego Chińczyko-fobią – czego tu nie lubić?
9. You Have 0 Friends – Pomimo sprzeciwów Stana koledzy zakładają mu konto na Facebooku i... reszta obrotu spraw w odcinku to poprostu czysta rzeczywistość. Im bardziej chłopiec nie chce by konto miało jakikolwiek udział w jego życiu codziennym tym bardziej otoczenie wpływa na niego by stał się od niego uzależniony, aż ostatecznie wciąga go co łączy się z całkiem klawą parodią Tronu.
Wszystko tu dokładnie odzwierciedla powód dla którego nigdy nie będę miał dobrowolnie konta na owym serwisie... BA! Niechętnie zakładałem na Naszej Klasie (zresztą od roku prawie w ogóle nie korzystam). Moment gdy jakiś obcy facet pluje Stanowi w twarz bo nie dodał go do znajomych jest chyba najlepszym podsumowaniem... Ale mogło być zawsze gorzej! Mogłem wkręcić się w jakiegoś bloga... Oh, chwila moment...

8. Child Abduction Is Not Funny –  Rodzice z South Parku przewrażliwieni na punkcie raportów o nieznajomych porywających/molestujących dzieci postanawiają odgrodzić miasteczko od świata gigantycznym murem, ale sprawa się komplikuje gdy telewizja ogłasza, że wdłg. statystyk dziecko najczęściej pada ofiarą kogoś znajomego.
Odcinek jak się już domyśleliście jest o przewrażliwionych rodzicach i o tym jak programy typu „UWAGA” potrafią robić jednym pranie mózgu.  Poboczny wątek z Mongołami jest tak dobijająco absurdalny, ze... No trzeba to zobaczyć ;)
                                
7. Fun with Veal – Stan, Kyle, Cartman i Butters postanawiają się zabawić w Eco-terrorystów, kradną cielątka z rzeźni i zamykają się z nimi w swoim pokoju. Co jest pięknie uniwersalnego w tym odcinku, że po równi miesza z błotem wegetarianów i właścicieli rzeźni. Nikt nie jest od nikogo lepszy i nikt tu nie ma do końca racji. Której strony byś nie popierał powinieneś być usatysfakcjonowany tym jak ślicznie zjechali tą drugą.
Dobry odcinek czy oglądając zajadasz się gruszkami czy kanapeczkami z baleronem...
6.  Make Love, Not Warcraft – Szczerze wahałem się gdzie to umieścić.  To jeden z najzabawniejszych i najbardziej znanych odsłon tego serialu - sam jestem ździwiony ile znam osób które twierdzą, że to jedyny odcinek South Parku który widziały - jednocześnie satyra w całości skupia się na dosyć niewielkiej grupce, jaką sobą osoby wkręcone w Warcrafta...i tak wspaniale wyczerpuje temat, że ciężko go nie pokochać. Nie ma momentu nudy w tym odcinku, czy zbędnego gagu - wszystko na temat, wszystko trafione i wszystko bardzo, barzo zabawne.  Moment gdy Randy, tata Stana mówi mu (jak podkreśla) po raz pierwszy „I love you son” zawsze daje mi łezkę w oku – choć są to łzy wywołane lawinami śmiechu ma się rozumieć.
To w sumie ciekawe, że choć odcinek miesza z błotem "Warcrafta" w każdym calu twórcy gry pozwolili Mattowi i Treyowi wykorzystać ją w odcinku do woli. Co intrygujące po obejrzeniu mimo ostrej krytyki mam zawszę ochotę... kupić kopię!!! Paradoks? 

P.S. Trzymam z Buttersem w tym odcinku. "Hello Kitty Island Adventure" to o wiele fajniejsza gra od Warcrafta ;)
5. Go God Go (dwie części) – South Park miał swoje podśmiechujki z każdej możliwej religii -  Chrześcijan, Buddystów, Mormonów... CHYBA było nawet coś o Żydach. Ten odcinek jest o tyle ciekawy, że za obiekt żartów biorą... ATEIZM (choć mieli trochę polewki na jego temat na ramach odcinka „Red Hot Catholic love”)  i w kontraście z dosyć jednostronnym podejściem "Family Guya" nie oszczędzają i tego światopoglądu.
Pan Garrison po zmianie płci wchodzi w związek z Richardem Dawkinsem – wiecie, ten anty-religijny maruda z Anglii  co napisał równie marudnego "Boga Urojonego" – i zaczyna karać dzieci za bycie wierzącymi. W między czasie Cartman nie mogąc doczekać się kiedy wyjdzie nowa konsola przenosi się do przyszłości, gdzie jak się okazuje pod wpływem Dawkinsa i Garrisona wszyscy stali się ateistami. Czy jak przepowiadali w świecie bez religii jest mniej wojen? Owszem. Na świecie jest tylko jedna – Ale globalna! Nie ma religii więc ludzie tłuką się o byle drobnostkę ("Wielki Dawkins wiedział, że Rozum i logika to za mało... trzeba być skończoną pałą wobec każdego kto myśli innaczej od ciebie"), a radykalne akcje typowe dla fanatyków religijnych są popełninae dalej, tylko tym razem w imię "logiki" i "nauki".

Wszystko rewelacyjnie komediowe (fragment z Cartmanem wydzwaniającym do siebie w przeszłości - MIODZIO!) za razem to jeden z najładniejszych wizualnie i najbardziej epickich epizodów. Wszystko prowadz do jednego z najlepiej trafionych komentarzy jaki został wypowiedziany w ty serialu (nie będę spoilerował ale jeden dialog który pada pod koniec jest przepięknym podsumowaniem wszystkiego do czego zmierzała ta historia)
Cóż dodać? Odcinek po prostu Boski!
4. Douche and Turd – W szkole w South Parku rozpoczynają się wybory na nową maskotkę. Stan uważając obie opcje za głupie postanawia sobie je odpuścić... i rozpoczyna się prawdziwe piekło! Znam ten ból. Co wybory to samo – wszyscy desperacko chcą byś zagłosował, ale każdy robi to tylko we własnym interesie. Ale czy głos jednej szczerze obojętnej na wybory osoby może coś zmienić? Wszystko w tym odcinku...
Inny odcinek świetnie jadący reakcje ludzi na wyniki wyborów to „About last night” (nieco aktualniejszy bo dotyczy Prezydentury Obamy) jednak ten odcinek jest o wiele bardziej uniwersalny bo nie kręci się wokół konkretnych osobistości, a po prostu absurdów zjawiska samego w sobie.
3.   The Death Camp of Tolerance – Kolejny odcinek który uważam, że połowa świata powinna obejrzeć... choć pewnie nie dotarłaby do genialnego morału zbyt obrzydzona pewnym pobocznym wątkiem o epickiej wyprawie pewnej myszy przez jelita asystenta pana Garissona.
Przechodząc do głównego wątku – Pan Garisson odkrywa, że gdyby wyleciał ze szkoły za bycie gejem mógłby zażądać milionowego odszkodowania, więc desperacko odstawia coraz bardziej nieprzyzwoite widowiska przed swoją klasą. Chłopcy oczywiście donoszą o wszystkim rodzicom i ci oburzeni, że ich dzieci nie są tolerancyjne wobec odmienności seksualnej nauczyciela wysyłają ich do... „Obozu tolerancji” (który jak wskazuje tytuł nie różni się specjalnie od Nazistowskiego obozu koncentracyjnego)
Odcinek świetnie satyryzuje zjawisko poprawności politycznej i o tym jak pojęcia „tolerancji” i „akceptacji” są notorycznie ze sobą mylone. Cieszy mnie, że nie jestem sam wśród osób które widzą jak nasze społeczeństwo są ślepo zmuszane do tolerowania i akceptowania pewnych rzeczy nawet jeśli się z  nimi 100% nie zgadzają (jeśli mam być szczery ostatnimi czasy sytuacja pogorszyła się tylko)
"Nasz dom... Nie ma internetu!"
2. Over Logging – Pewnego dnia na całym świecie znika Internet... i przez kolejne 20 minut obserwujemy reakcje zdruzgotanych tę wieścią ludzi – Siostra Stana ryczy bo nie może rozmawiać ze swoim „chłopakiem” z innego miasta, Ojciec Stana rozpacza bo nie może wchodzić na strony pornograficzne, w telewizji nie ma wiadomości bo brali je z Internetu... każdy czuje się jakby stracił ręce i nie może się w bezinternetowym świecie odnaleźć. Znów - na największego desperata wychodzi Randy, który jest gotowy posunąć się do najbardziej radykalnych rozwiązań aby pobyć na internecie przez chociaż pół minuty. Ostatecznie rozwiązanie problemu jest takie sobie i fragment gdzie wszystko na moment zamienia się czarno biały film przyrównując poszikwania internetu do gorączki złota jest względem reszty odcinka nudnawy, ale zaufajcie mi - cała reszta jest poprostu genialna.
"Over Logging" - Historia tak smutnie prawdziwa, że zabawna...
1. Pinewood Derby – Nie będę ukrywał - Ja dosłownie płakałem ze śmiechu gdy pierwszy to oglądałem! Nawet nie wiem jak w kilku zdaniach streścić o czym jest ten odcinek bez zdradzania za wiele, gdyż tak obfituje w każdej scenie w zwroty akcji, a humor w 90% wynika z tego jak coraz bardziej absurdalna robi się sytuacja. Zaczyna się na czymś prostym  - Stan i jego ojciec postanawiają oszukać w wyścigu modeli drewnianych samochodzików, a kończy się na między galaktycznej aferze w którą są zamieszani - dosłownie - wszyscy mieszkańcy naszej planety.

Tym razem "South Park" za ofiarę nie bierze sobie konkretną osobę czy zjawisko, a po prostu to jacy są ludzie – na swój sposób jedzie po całej planecie – i do jakich proporcji może urosnąć najmniejsze kłamstwo. Obok „Make love not Warcraft” odcinek ma najpiękniejsze momenty Randy’ego (chyba moja ulubiona postać w tym serialu).

I na koniec jako BONUSIK, no bo jakże mógłbym nie wspomnieć o :
„The Return of the Fellowship of the Ring to the Two Towers” – Doskonała parodia “Władcę Pierścieni” która ma się do niego jak “Make love not Warcraft” ma się do "Warcrafta". Jeśli jesteś fanem książek czy filmów – lektura obowiązkowa! Ba! Nawet w komentarzach audio na DVD „Dwóch Wierzy" o nim wspominają - w samych superlatywach się rozumie. Przygoda także o tyle wciągająca, gdyż przypomina różne zabawy które się miało jako dziecko - South Park przenosi w świat dzieciństwa? Kto by przypuszczał...
Nie do końca odcinek z jakimś satyrycznym przesłaniem ale nie zmienia faktu, że zabawny, że boki zrywać. Istny skarb. Skarb... Skarb...

~Pozdrawiam
Pan Miluś

piątek, 4 lutego 2011

Najgorsze Polskie filmy

Top 10 momentów gdy byłem najbardziej zażenowany naszą Polską kinematografią –  a w każdym razie takie przykłady co mi zawsze do głowy przychodzą, gdy myślę o tym co takiego „Polskiego” spowodowało u mnie walenie się głową o ścianę. Taka wyliczanka wspominek z przeszłości, a rusz może kogoś zaskoczę podając jeden z jego ulubionych filmów... choć wątpię


10. Zemsta (Andrzej Wajda)
Do tego dzieła mam trochę sympatii – obsada była dobra (no w większości... Klaro), kostiumowo ładne i... Hej! To Fredro! Do scenariusza i do dialogów przyczepić się nie można... Można za to się uczepić braku wyobraźni reżysera, który robiąc ten film zapomniał o tym co czyni Fredrę, Fredrą – O humorze!  Nie chcę tu mieszać z błotem dorobku Pana Wajdy, ale pokazał tu tylko, że nie ma zbyt wielkiego pojęcia o komedii, bezsensownie klepiąc zdanie w zdanie tekst Fredry (który nie jest śmieszny, jeśli się go odpowiednio nie wygra), nie próbując dodać nic od siebie, ani jakoś ciekawie pobawić się materiałem.
Dziełu może nie wywołuje takiego  żenowania jak pewne inne pozycje na tej liście, ale jest nie mniej frustrujące jako naprawdę zmarnowana szansa, gdyż teraz gdy już istnieje jedna kinowa adaptacja Zemsty, ciężej będzie by dali komuś zrobić jeszcze jedną, poprawną i dobrą.


9. Wiedźmin (Marek Brodzicki)
Nie rozpiszę się bardzo, bo nie jestem fanem Sapowskiego... ale nie trzeba być, aby się skręcać w zażenowaniu na tym filmie. Wystarczy być fanem „Fantasy”, czy nawet ogólnie kinematografii.  Znów – twórcy nie mieli pasji ani pomysłu za to się zabierają
– O! Jest taki i taki projekt! Dobra, bierzemy go i może coś dobrego wyjdzie...
Film ma zero atmosfery, efekty specjalne wywołują zażenowanie, a postacie są nudne jak diabli! Z drugiej strony to jeden z tych filmów, który gdy się obejrzy w gronie kumpli można się pośmiać z tego jaki jest głupi... No i hej! Autor książki, słusznie podsumował film mówiąc, że po przejrzeniu odsłon Polskiej kinematografii z ostatnich dekad... Ten film się trzyma ;)


8. Gulczas a jak myślisz... i Yyyreek kosmiczna nominacja (Jerzy Gruza)
Do tych filmów mam pewną dawkę politowania, bo to trochę jak pastwienie się nad niepełnosprawnym, który być może był chamem i zapracował sobie na brak sympatii z mojej strony... ale jednak.  Ot durne komedie wyprodukowana by się wzbogacić na sukcesie mega-popularnego Big Brother. Wyprodukowane na siłę, w pośpiechu, ociekające kiepskimi żarcikami, wulgarnością i odwołaniami do rzeczy które za dekadę nikt nie będzie pamiętać, choć w sumie już „wtedy” przyprawiały człowieka o klepnięcie w czoło („O matko! Jakie to nieaktualne!”) Nie kwestionuję czy gwiazdy Big Brother były czy nie były zabawne w swoim programie, ale nie były aktorami, a tym bardziej jak grają parodię samych siebie wypada po prostu żenująco.  O ile „Gulczas” był po prostu kiepski, o tyle „Yyyreek” wyjątkowo ociekał kretynizmem. Choć filmy te wołają o pomstę do nieba, czepiać się ich to trochę jak kopanie leżącego...  
Są jednak dwa powody dla których ręce i nogi opadają wyjątkowo nisko, na samą myśl, że te abominacje istnieją :
1) Za sam pomysł zrobienia tych filmów – Bo co winić wykonawców i aktorów skoro musieli pracować z czymś co było z góry skazane na bycie jedną wielką żenadą;
2) JERZY GRUZA! Myślałem, że włosy wyrwę sobie z głowy (a trochę tego mam) jak usłyszałem, że On był reżyserem i scenarzystą tych rzeczy! Człowiek który był współtwórcą 40-LATKA (patrz lista moich ulubionych komedii Polskich) za równo serialu jak i pełnometrażówki , czy też paru innych świetnych komedii jak np. „Dzięcioł”!!!! ALE JAK TO!? Samego „Gulczasa” bym jeszcze przebolał – każdy popełnia błędy i  ma prawo mieć jakąś jedną mizerotę na koncie – ale „Yyyrka”!? Co On myślał? Może w jakimś stopniu wyjaśnia się to z pierwszym punktem, bo hej – złota to On by z tego materiału nie zrobił, ale tym bardziej powinien wiedzieć, że nie jest to coś do czego powinien się dotykać, a tak zaplamił sobie karierę...  SZKODA! Po prostu szkoda!
7. Kajko i Kokosz (ten animowany)
Znów na zażenowanie wpływa tu głównie poczcie zmarnowanego potencjału. Wzięli całkiem fajny komiks (Asteriks może to nie był, ale jednak sympatyczny, inteligentny i dowcipny)  i wzięli Bartosza Wierzbiętę autora dialogów Polskich do Shreka, Misji Kleopatra czy Madagaskaru. Brzmi jak coś z czego powinno wyjść coś przynajmniej przyzwoitego...
Tymczasem :  Uroku komisu – zero, Shrekowej błyskotliwości – zero! Co mamy w zamian? Pierwsza minuta – ktoś pierdzi komuś w twarz. Dziękuję....
Rozpisywałem się o tym dziele tu i tam – w Kazecie miałem o nim artykuł nawet – więc ile to można bluzgać na coś co trwało tylko piętnaście minut, ale boli mnie jak widzę jakie prymitywne podejście Króluje w tym kraju (Nie mówiąc już, że przerwali pracę do o niebo ciekawie zapowiadającego się filmu „Złote Krople” aby stworzyć to dzieło) a myśl, że chcą z tego pełny metraż zrobić napełnia mnie trwogą...


6. Lejdis  (Tomasz Konecki)
Nie wiem co mnie bardziej żenuje – ten film, czy kobiety które potrzebują tego aby się dowartościować.  Ktoś tu obejrzał odcinek „Niani” i powiedział „O! Właśnie takich bohaterek nam trzeba! Frywolnych, dziarskich i umiejących facetowi dogryźć” – Niestety wyszło im to kompletnie bez polotu, tworząc postacie drażniące, mało sympatyczne  i co tu wiele mówić... puszczalskie! Film w dodatku ciągną się w nieskończoność, dorzucając co rusz nowe wątki jakby niezręcznie skleili siedem odcinków jakiejś telenoweli w całość.
Film przyprawia mnie o zażenowanie głównie wzorcami jakie daje Polskim nastolatką jakie są zapatrzone w te bohaterki. Bawiąc się w adwokata diabła, mogę lekko obronić ten film mówiąc, że pamiętam, że miał jakiś fragment w środku (10-15 minut ale jednak), gdzie faktycznie był zabawny/ciekawy i gra aktorska była całkiem porządna. I oczywiście spotkałem się z argumentacją „Oh! Ty tego filmu nie zrozumiesz, bo jesteś facetem”
Ok.!  Zgoda! BYŁBY to argument, gdyby nie, to, że do reszty nie rozumiem kolejnego filmu którym był...
5. Testosteron (Tomasz Konecki)
ALE CHAŁA! Pierwsze 20 minut nie było takie złe, przynajmniej wprowadziło jakiś klimat i może dwa razy się nawet zaśmiałem.... Niestety! Reszta to jeden wielki kocioł żałosności w który wrzucono siódemkę nieprzyjemnych bohaterów (żeby to jeszcze były jakieś stereotypy typów mężczyzn, ci po prostu albo są chamscy albo anemiczni), paradę niskolotnych żartów, mrowie drażniących przerywników i krótki występ  Kuby Wojewódzkiego (brrrr...) Wulgarności się nie czepiam, bo to film o seksie w czym wypada dosyć bezpłciowo.  Co gorsza – był nudny!  


4. Haker (Janusz Zaorski)
AŁA!  Nic tak nie razi jak gdy ktoś o kilka dekad za stary, próbuje robić coś o/dla dzisiejszej młodzieży i  na siłę być „hip”, nie mówiąc już o robieniu filmu o hackerstwie mając o hackerstwie zerowe pojęcie i znów kolejna z „po-Kilerowych”  prób zrobienia kolejnej komedii z fabułą „O! Jakieś zero wplątał się w aferę z gangsterami, tego nie widzieliście jeszcze, co?”  Aluzje do „Matriksa” czy do „Powrotu do Przyszłości”  były tak beznadziejne, że oglądając to bardziej czułem jakby obrażali te filmy niż robili ukłon w ich stronę.
Ech, szkoda sobie strzępić języka – to było marne i co gorsza drażniące...

3. Dzień Świra (Marek Koterski)
Tak, nieprzeczytaliście się! „Dzień Świra”! O wiele więcej o Polakach mówi fakt, że bawi ich ten film, niż film sam w sobie!

Film widziałem wiele razy i Mnie nigdy nie bawił a zwyczajnie męczył swoim marudzeniem. Nie wiem! Może po prostu życie codzienne autora tego filmu (i najwyraźniej świat w jakim się obraca) ma się ni-jak do tego mojego i dlatego jego frustracje wydają mi się zwyczajnie błache bądź dziwne. 
Oczywiście  wszyscy podniecają się "Oh, On wstaje i mu się nie chce! Jaki genialny komentarz" ale dla mnie równie dobrze można się zaśmiewać "Oh, patrzcie! On je śniadanie! Ja jem śniadanie! Ale fenomenalna obserwacja!"

Fakt-faktem film usiłuje być satyrą tylko to nie działa, gdyż to co widzimy to nie jest satyra... To jest propaganda.

Pomijam fakt, że tak naprawdę nie było nic co przyprawiło mnie o uśmiech
- O hej!  To wygląda znajomo...
a wręcz przeciwnie o skrzywienie nosa
– Czy to miało być zabawne?

ale film od początku do końca bombarduje komentarzami politycznymi „O patrzcie! Tak beznadziejnie jest u nas w Polsce” które - zgodzić się czy nie zgodzić - były po prostu nachalnie wykonane, a co gorsza nie miały za grosz obiektywizmu w swoich obserwacjach. Autor ignoruje wszystkie pozytywy koncentrując się na samych negatywach, pesymistycznych wizjach i przykro mi ale to nie jest obiektywne myślenie - to  jest manipulacja i co gorsza ze strony osoby która nie umie ani trochę cieszyć się życiem. A ja niestety potrafię - nawet w chwilach depresji umiem znaleźć jakieś pozytywy a i w moim Państwie choć ma wiele problemnow widzę wiele dobrego i zapominanie o tych plusach jest pokazywaniem tylko jednej strony medalu. Znów - zero obiektywizmu czyli propaganda...

Być może czuję, że posiadam dojżalszy punkt widzenia od autora filmu i stąd moja niechęć. Całość kojarzy mi się ze stękaniem "Nananana jak w tej naszej Polsce niedobrze, nananananana" - bez ani jednego pozytywu co kojarzy mi się z wywodami jakiegoś nadąsanego smarkacza niż faceta po 40'stce i prawdę mówiąc nie widzę w czym tkwi cały fenomen filmu. Oczywiście, można argumentować, że to NIE MIAŁO być komedią o życiu kogoś przeciętnego, a bardziej przykrą analizą poczynań jakiegoś chorego psychicznie człowieka... tylko niestety film jest wyłącznie marketingowany jako to pierwsze i za to większość ludzi go wychwala.

Ktoś powie "Ale to są prawdy o życiu, nie można ich pokazać innaczej". Nie prawda - można! Popatrzmy na takie Czeskie Komedie czy "Clerks" Kevina Smitha. Ba! Co by nie powiedzieć o "Świecie Według Kiepskich" serial ten potrafi przedstawić 10 razy lepszy i sympatyczniejszy komentarz o Polakach w 20-minutowym odcinku bez potrzeby marudzenia widzowi jak naburmuszone dziecko... W sumie "Propaganda Pesymizmu" byłoby trafniejszym komentarzem do tego filmu...

Cóż dodać? Mam jak największy szacunek do ludzi którzy to lubią bo jest wśród nich sporo moich znajomych (nawet jeśli im współczuję, że tak to widzą), ale jeśli ktoś miałby mnie spytać o szczerą opinię, to z przykrością stwierdzam, że „Dzień Świra” zwyczajnie obrzydził mnie, zażenował, być może nawet nieco ogłupił, ale i tak do pięt w tym nie dorasta kolejnej pozycji jaką jest...
 
2. Ryś (Stanisław Tym)
AAAaaaaaah!!!!!
Dodałem tę pozycję po jakimś czasie bo mózg mój bokował wspomnienia o tym filmie. Sam pomysł prosi się pomostę do Nieba. Robić kontynuację "Misia"!? Jednej z najwybitniejszych Polskich komedii!? To nie to, że pomysł jest taki znowu zły, ale poprostu to strzelanie sobie kolano na dzieńdobry! Bo jasne - "Rozmowy Kontrolowane" to niby sequel ale przynajmniej nie miały tytułu który krzyczy "O, hej! Robimy kontynuację Misia", więc większość osób ogląda ten film nie mając zielonego pojęcia, że te filmy są jakoś powiązane. Tu niestety ów karygodny błąd został popełniony. Nawet jakby film wyszedł niezły zostanie zjechany przez krytyków jako tania próba zbijania kasy na jednej z umiłowanych klasy rodzimmego kina, a wszelakie wady będą tylko potęgować się w zestawieniu z poprzednikiem.
Cóż - film wypadł marnie!
Nie tylko żarty są żenujące [Hehe! To ten aktor co grał Litonosza w "Złoto Polskich" więc będziemy do upadłego ciągnąć żart, że każdy kto go widzi bierze go za listonosza! Hehe!] choć prawdę mówiąc większość czasu nawet nie byłem pewny czy tekst który usłyszałem miał być napewno żartem. To było bardziej przygnębiające w tonie... Ta! "Miś" też miał smutne dno, ale jednak przez większość filmu się śmiałem. Tu byłem znudzony i miałem dosyć po pierwszych 30 minutach...
Aż przykro mi się robi, że scenariusz pisał ten sam Stanisław Tym. Może brak Barei i Chęcińskiego u jego boku? A może zabrakło magicznego świata PRL-u?
Film nie tylko nieśmieszny, ale wręcz zasmucający....
1.Włatcy Móch (Nawet nie chciało mi się sprawdzać kto to robił)
A co innego? Odcinków widziałem garstkę, ale za to miałem PRZYKROŚĆ obejrzeć pełnometrażową odsłonę – Klozetowość i wulgarność humoru przekracza wszelakie pojęcie, animacja i kreska obskurne, postacie prezentującą sobie zero pomysłowości, drażniące głosy i  wszechobecna bezmyślność. W dodatku żenuje mnie ilekroć ktoś próbuje bronić, że twórcy nie inspirowali się „South Parkiem”  (Tak, ponieważ Polscy i Amerykańscy „Milionerzy” to też przypadek) ale przyrównywanie tego do „South Parku” też we mnie coś skręca.
Co by nie powiedzieć o „South Park” prawie każdy odcinek opiera się na jakiejś satyrze (odcinki o Warcrafcie, Internecie czy Facebooku są genialne), a twórcy oferują sporo ciekawych i nieprzewidywalnych pomysłów. W dodatku w ich kresce pomimo prostoty panuje jakaś estetyka, a postacie jak trzeba pokazują emocje i są sympatyczne.  
„Włatcy” (nawet z moją dysleksją źle się czuję pisząc to z celowym błędem) nic sobą nie reprezentują, ponad humor kierowany do dresiarstwa, co by nie było takie złe, gdyby nie ogromny rozgłos serialu, przez który przez pewien okres na każdym roku skądś Czesio wyskakiwał. Serial na szczęście dobiegł końca i jak liczę późniejsze pokolenia puszczą go w niepamięć jak puścili swego czasu popularne filmiki z „4 fun TV”.
To tyle! A teraz uciekać bo gryzę!


~ Pan Miluś