Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 sierpnia 2014

IT'S RECENZJA TIME : "DZWONECZEK I TAJEMNICA PIRATÓW!"


AAAAAARRR!!!! KAPRAWE SZCZURY LĄDOWE! WCIĄGAĆ KOTWICĘ! CZAS NA KOLEJNĄ HO-HO-HO-I-BUTELKA-RUM-O-WATĄ RECENZJĘ Z SUSH!

DO STU TAJFUNÓW SIEDMIU MÓRZ! DZIŚ ZRECENZUJĘ WAM NAJLEPSZY FILM W HISTORII ŚWIATA ZATYTUŁOWANY „DZONWECZEK I TAJEMNICA PIRATÓW!

KU PRZYPOMNIENIU FILMY TE OPOWIADAJĄ O MOJEJ ULUBIONEJ BOHATERCE DZWONECZKU!!!!! (KTÓRA JEST WRÓŻKĄ, JAK JA!!!)

PIERWSZE TRZY CZĘŚCI „DZWONECZEK”, ”DZWONECZEK I ZAGINIONY SKARB”, „DZWONECZEK I UCZYNNE WRÓŻKI” BYŁY BARDZO FAJNYMI I INTELIGENTNYMI FILMAMI DLA CAŁEJ RODZINY!


CZWARTA CZĘŚĆ „DZWONECZEK I SEKRET MAGICZNYCH SKRZYDEŁ”… JEST.


MOŻECIE O TYM CUDZIE KINEMATOGRAFI PRZECZYTAĆ W MOJEJ RECENZJI SPRZED DWÓCH LAT!

HEJ SUSH!

GOSYPI? CO TU ROBISZ?

CZY WIEDZIAŁAŚ, ŻE DZWONECZEK POJAWIA SIĘ TAKŻE W FILMIE „PIOTRUŚ PAN” ORAZ W KSIĄŻCE „PIOTRUŚ PAN I WENDY”?


TAK GOSYPI, DZIĘKUJEMY.


PRZEJDŹMY LEPIEJ DO RECENZJI TEJ CZĘŚCI...
DOBRA, WIĘC NA POCZĄTKU BYŁ ZWIASTUN KOLEJNEJ CZEŚCI DZWONECZKA, KTÓRY ZASPIOLEROWAŁ NAM FILM BO POJAWIA SIĘ W NIM DZWONECZEK I JELONKA, WIĘC WIEMY, ŻE W TEJ CZĘŚCI NIE ZGINĄ WIĘC SCENY SUSPENSU SĄ BEZ SENSU. ALE POTEM TEN FILM SIĘ ZACZĄŁ I POZNAJEMY W NIM NOWĄ WRÓŻKĘ IMIEINIEM ZARINA! W PRZECIWIEŃSTWIE DO INNYCH LUBI SPACEROWAĆ ZAMIAST FRUWAĆ, JEST CHŁOPIĘCA, ZAFASCYNOWANA WSZYSTKIM I MA COŚ CO SIĘ NAZYWA TRÓJWYMIAROWA OSOBOWOŚĆ!
PRACUJE Z INNYMI WRÓŻKAMI PRZY TAŚMOCIĄGU GDZIE JEST PRODUKOWANY MAGICZNY PYŁEK, JEDNAK JAKO PIERWSZA POSTAĆ W TYCH FILMACH ZACZYNA KWESTIONOWAĆ LOGIKĘ TEGO ŚWIATA I ZADAWAĆ PYTANIA (NP. CZEMU WŁAŚCIWIE PYŁEK SPRAWIA, ŻE MOGĄ LATAĆ) INNE WRÓŻKI REAGUJĄ NA TO SZOKIEM I KILKU SEKONUDOWYM MILCZENIEM BO TO NAJWYRAŹNIEJ NIE JEST NORMALNE ZACHOWANIE, A POTEM TAKI WRÓŻEK CO NIMI DOWODZI OPIEPRZA JĄ OD GÓRY DO DOŁU BY PRZESTAŁA MYŚLEĆ SAMODZIELNIE I BYŁA TRYBIKIEM W MASZYNIE JAK JEJ KOLEŻANKI! (ALBO MIESZKAŃCY KOREI PÓŁNOCNEJ)
NIE MAMY CO PRAWDA SCENY W KTÓREJ SIĘ DOWIADUJEMY, ŻE WRÓŻKI KTÓRE ZADAJĄ ZBYT WIELE PYTAŃ ZNIKAJĄ BEZ WYJAŚNIENIA I JĘZYKA, ALE ZAMIAST TEGO MAMY BARDZO FAJNĄ SEKWENCJĘ W KTÓREJ ZARINA PODKRADA NIEBIESKI PYŁEK (Z KTÓREGO ROBIĄ TEN ZŁOTY DZIĘKI KTÓREMU SIĘ LATA) I WYNAJDUJE COŚ CO SIĘ NAZYWA „ALCHEMIA”
(nawet nie żartuję, jest taka kwestia w tym filmie) WIĘC ROBI SERIĘ EKSPERYMENTÓW NA PYŁKU I TWORZY RÓŻNOKOLOROWE PYŁKI I KAŻDY KOLOR DAJE INNĄ NIESAMOWITĄ MOC! O JAK TEN TUTAJ :


ALE ZARINA COŚ TAM SKNACA I ROBI GIGANTYCZNĄ ROŚLINĘ CO DEMOLUJE POŁOWĘ PRZYSTANI ELFÓW I TEN JEJ WRÓŻEK PRZEŁOŻONY JĄ OPIEPRZA JESZCZE OSTRZEJ ZA EKSPERYMENTOWANIE Z PYŁKIEM, ZABRANIA GO WIĘCEJ DOTYKAĆ I ROZKAZUJE ODEJŚĆ I…

(Chwila! Czy skazanie kogoś na banicje nie powinno być technicznie decyzją Królowej Clarion? Facet tylko nadzoruje wróżki pyłkowe, to raczej nie powinno być w jego mocy... A tak swoją drogą Clarion stoi w tej scenie kilka metrów od niego więc raczej powinna mieć tu coś do powiedzenia i… Dobra, nie ważne!)

WIĘC ROZKAZUJE JEJ ODEJŚĆ I DZWONECZEK I INNE WRÓŻKI STOJĄ I NIC NIE MÓWIĄ ZAMIAST SIĘ WSTAIWĆ ZA KOLEŻANKĄ, TYM BARDZIEJ, ŻE DZWONECZEK WIDZIAŁA CO TA ODKRYŁA, ALE JEDNAK MILCZĄ, A ZIRANA ZABIERA SWÓJ PYŁEK, ODCHODZI NA ZAWSZE I JEDNA ŁZA ŚCIEKA JEJ PO POLICZKU.. . A POTEM EKRAN ROBI SIĘ CZARNY I POJAWIA SIĘ NAPIS „ROK PÓŹNIEJ”.

HUH.... TO BYŁO NIECHARAKTERYSTYCZNIE DRAMATYCZNE I MOCNE JAK NA TĄ SERIĘ… NIE, SERIO. WPROWADZILI TĘ DZIECIĘCO-NIEWINNĄ, CHARYZMATYCZNĄ I SPRAGNIONĄ CZEGOŚ WIĘCEJ OD ŻYCIA POSTAĆ, A POTEM W JEDNEJ SCENIE ZGNIETLI JEJ MARZENIA I AMBICJE, WSZYSCY ODWRÓCILI SIĘ DO NIEJ PLECAMI I JESZCZE NIE JEST MILE WIDZIANA W KRAINIE KTÓRA JEST JEJ DOMEM!
TO JAK GENEZA ZŁOCZYŃCY Z BATMANA!

CIEKAWE CO TAKIE COŚ ROBI Z PSYCHIKĄ?
ZOBACZMY!!!


OK., WIĘC INNE WRÓŻKI ŚWIĘTUJĄ ŚWIĘTO... BO JA WIEM? ŻE MINOŁ ROK A ICH DECYZJA JESZCZE NIE UGRYZŁA JE W DUPĘ PETUNIĘ, ALE NIESPODZIEWANIE ZARINA POWRACA, TYLKO WYGLĄDA TERAZ JAK ANNE BONNY, MA MROCZNIEJSZĄ, NIENAWISTNĄ OSOBOWOŚĆ, PODPORZĄDKOWAŁA SOBIE ZAŁOGĘ PIRATÓW (W SENSIE LUDZI) I PRZEPROWADZA BARDZO PRECYZYJNY PLAN W KTÓRYM USYPIA WSZYSTKIE WRÓŻKI NA ZAWSZE (!!!), KRADNIE BŁĘKITNY PYŁ Z SEJFU I POSTANAWIA UŻYĆ GO DO MASOWEJ PRODUKCJI PYŁKU LATANIA BY WRAZ ZE SWOJĄ ZAŁOGĄ LATAJĄCYCH PIRATÓW ZGRABIĆ CAŁY ŚWIAT!!!! (MÓWIŁAM,ŻE JEST JAK CZARNY CHARAKTER Z BATMANA?) DZWONECZEK I JEJ KOLEŻANKI (KTÓRE JAK TO BYWA JAKO JEDYNE UNIKNĘŁY ZAŚNIĘCIA) PRÓBUJĄ JĄ POWSTRZYMAĆ ALE ZARINA TRAKTUJE JEJ PYŁKIEM SWOJEGO WYNALAZKU, DZIĘKI KTÓREMU TYM CZASOWO OBEZWŁADNIA JE I ZAMIENIA MOCAMI.
TAK WIĘC TERAZ DZWONECZEK MA MOCE WODY, MGIEŁKA (KTÓRA NIEWIADOMO CZEMU NAGLE JEST ROBIONA NA IDIOTKĘ ZESPOŁU) MA MOCE WIATRU, ISKIERKA KONTROLUJE ROŚLINY, RARITY RÓŻYCZKA PRZYCIĄGA DO SIEBIE ZWIERZĘTA, JELONKA MA MOCE ŚWIATŁA , A WIDJA JEST CYNKĄ...
 
EM… MOMENT! CZYLI WIDJA MA „MOCE” DZWONECZKA? ALE PIERWSZY FILM SPĘDZIŁ CAŁY SWÓJ CZAS EKRANOWY TŁUMACZĄC, ŻE DZWONECZEK NIE MA ŻADNYCH MOCY TYLKO UMIE "MCGIVEROWAĆ" RÓŻNE PRZEDMIOTY Z ŁUPINEK OD ORZECHA I ŚMIECI ZNALEZISK! I OK, NIECH, BĘDZIE! CZYLI TERAZ WIDJA NAGLE UMIE MAJSTERKOWAĆ? NIE, NIE TYLE MAJSTERKUJE, CO TRYSKA GENIALNYMI POMYSŁAMI… DOBRA, ALE SKORO W TAKIM RAZIE „MOCĄ” DZWONECZKA JEST JEJ NIENATURALNIE WYSOKIE IQ, TO SKORO JĄ STRACIŁA TO CZY TECHNICZNIE NIE POWINNA BYĆ TERAZ GŁUPSZA? NIE! WYDAJE SIĘ MIEĆ TEN SAM POZIOM INTELIGENCJI! FILM ZUPEŁNIE NIE PORUSZA TEGO TEMATU… ALE MOMENT!!! SKORO ZIELONY PYŁEK DAJE NADPRZYRODZONEJ INTELIGENCJI CZEMU ZARINA NIE UŻYJE GO NA SOBIE? ALBO DLACZEGO NIE DA SOBIE RÓŻNYCH MOCY? CZEMU TE FILMY BUDZĄ TYLE PYTAŃ?

A, MIEJSZA! WIĘC WSZYSTKIE WRÓŻKI ZOSTAŁY UŚPIONE POZA DZWONECZKIEM, JEJ BRYGADĄ I KLANKIEM - WIELKIM PRZYJACIELEM DZWONECZKA, KTÓRY JEST NAJWIĘKSZĄ I NAJSILNIEJSZĄ Z WSZYSTKICH WRÓŻEK, WIĘC DZWONECZEK MÓWI MU BY ZOSTAŁI PILNOWAŁ ŚPIĄCYCH WRÓŻEK! BO JAKI MA UŻYTEK W TEJ MISJI SIŁA FIZYCZNA? TYM BARDZIEJ, ŻE ZARINA NI Z GRUCHY, NI Z PIETRUCHY PREZENTUJE NADLUDZKĄWRÓŻKOWĄ KRZEPĘ (JEST W STANIE WALCZYĆ SWOIM TYCIM MIECZYKIEM NA SZABLE Z LUDŹMI, A W INNEJ SCENIE OD TAK CISKA DZIESIĘĆ RAZY WIĘKSZYM OD SIEBIE NOŻEM PRZEZ PÓŁ STATKU, CHOĆ WE WCZEŚNIEJSZYCH CZĘŚCIACH WRÓŻKI Z TRUDEM PODNOSIŁY LUDZKIE PRZEDMIOTY TYPU GRZEBIEŃ) ALE MNIEJSZA O LOGIKĘ, BO TEN FILM W PRZECIWIEŃSTWIE DO WCZEŚNIEJSZYCH NIE TYLKO MA DRAMATYCZNIEJSZĄ FABUŁĘ ALE MA TEŻ CAŁĄ MASĘ SCEN AKCJI!

I TO WIELE!!! I WRÓŻKI NAGLE UŻYWAJĄ SWOICH TALENTÓW W WALCE JAK SUPER MOCY! I SĄ NAGLE ODJECHANE I DZWONECZEK JAKO WODNA UMIE TWORZYĆ GIGANTYCZNE FALE, ISKIERKA JAKO ROŚLINNA SPRAWIAĆ, ŻE WODOROSTY WYSKAKUJĄ SPOD WODY I ŁAPIĄ PRZECIWNIKÓW NICZYM MACKI OŚMIRONICY, JELONKA UŻYWAĆ ŚWIATŁA BY PRZEPALAĆ LINY… JEJU! DAWNIEJ TE MOCE TO BYŁO TAKIE SŁODKO-POETYCKIE "OOOOO… TA UMIE SPRAWIAĆ BY KWIATKI SZYBCIEJ ROSŁY"! TU, TO JEST JAK „AVENGERSI” Z WRÓŻKAMI!

WIĘC - NIE SPOILERUJĄC ZA WIELE - RESZTA FILMU JEST O TYM, ŻE WRÓŻKI PRÓBUJĄ PRZECHYTRZYĆ I POKONAĆ ZAŁOGĘ ZARINY, W TYM JEJ PRAWĄ RĘKĘ JAMESA, KTÓRY JAKO JEDYNY PIRAT ROZUMIE JĘZYK WRÓŻEK (I KTÓRY PRZYPOMINA, ALE NAAAAA PEEEEEWNO NIE OKAŻE SIĘ KAPITANEM HAKIEM), JEST JEDEN GŁUPAWY NUMER MUZYCZNY, BARDZO ŚMIESZNY SŁODKI KROKODYL, KTÓRY BIERZE RÓŻYCZKĘ ZA SWOJĄ MAMĘ I NIGDY NIE ODKRYWAMY JAKA JEST „TAJEMNICA PIRATÓW” BO FILM W ORYGINALE MA TYTUŁ „THE PIRATE FAIRY”, A POLSKI TYTUŁ NIE MA SESNU!

PODSUMOWUJĄC „TAJEMNICA PIRATÓW” JEST NIE TYLKO NALEPSZYM Z CAŁEGO CYKLU, ALE GENERALNIE JEST BARDZO DOBRYM FILMEM O WRÓŻKACH! HUMOR JEST SUPER, SCENY AKCJI SĄ SUPER, WYKORZYSTANIE POSTACI JEST SUPER, MAMY WIELE, WIELE FAJNYCH ODWOŁAŃ DO „PIOTRUSIA PANA” I JEST COŚ CO SIĘ NAZYWA „CHARACTER DEVELOPMENT”!

DZIESIĘĆ MAGICZNYCH PYŁKÓW, NA DZIESIĘĆ!


ARRRRRRR!!!!! I TO WSZYSTKO NA DZISIAJ MOJE SZKORBUTNE MORSY! IDĘ ZATAŃCZYĆ NA SKRZYNI UMARLAKA!

CZEŚĆ!

BY. SUHS!

środa, 5 marca 2014

Recenzja : "Pod Mocnym Aniołem" (Wojciech Smarzowski) i "Ratując Pana Banksa" (John Lee Hancock)

UWAGA-UWAGA! Ten post był napisany kilka tygodni temu ale potem o nim zapomniałem i nie wysłałem więc przepraszam za spóźnienie... 


Jakoś (o ironio) obejrzałem te dwa filmy pod rząd i uznałem za niezbędne zrecenzować je robiąc za razem pewne małe przyrównanie. Jeden trafił mnie w serce, wydał mi się najlepszym sposobem na rozmawianie o problemie alkoholizmu i sprawił iż pod koniec jak i po wyjściu płakałem (Tak jest), drugi zaś  wydał mi się manipulacyjną i przerysowaną opowieścią....

I tu was pewnie zaskoczę, że hej ale tym pierwszym był właśnie "Ratując Pana Banksa".

By nie było - nie sądzę, by "Pod Mocnym Aniołem" był złym filmem. Przeciwnie, uważam, że obok "Wszyscy jesteśmy Chrystusami" Koterskiego to przekraczający perfekcję obraz aby puścić na przysłowiowej wytrzeźwiałce grupie dochodzących do siebie alkoholików. Pomęczą się, zobaczą obraz siebie i może nie koniecznie nawróci ale na pewno pomoże przy dalszym kroku do lepszego życia.  Jest jednak coś w podejściu reżysera co wydało mi się zwyczajnym kiczem i to nie wiele lepszym od tego co stosują Amerykanie.

Wielu zarzuca produkcją Hollywoodzkim brak realności. Wszystko jest za wesołe, za kolorowe, za "czyste"... Naturalne zwykle mam ochotę pokusić się na stwierdzenie, że tylko nam się tak wydaje bo życie w Ameryce jest zwyczajnie lepsze niż w Polsce i to co dla nas przejaskrawione, dla nich jest szarą codziennością... ale zostawiam tę dyskusję na inną okazję.
Owszem! Zgadzam się! Kino Amerykańskie jest manipulacyjne i przerysowane jak diabli. Problem polega na tym, że nasze nie jest w niczym ani trochę lepsze. Podczas gdy Oni idą w estetykę i barwność, my z kolei idziemy w bidę i ponuractwo. Wszystko w obrazie Smarzowskiego ocieka przygnębieniem, brudem i śmieciami. Każda postać jest za przeproszeniem zapita, zarzygana, zasrana i wiodąca zasmucającą widza egzystencję.

Tak, to gorzka prawda - pełno na tym kraju menelstwa, żulerstwa i ulicznego dziadostwa ale to przecież obraz kierowany do Polaków. My już bardzo dobrze wiemy i mamy świadomość jak to wygląda. Niestety według Pana reżysera wiemy za mało, gdyż eksponuje to do bólu, wcierając w nas niekomfortowy świat w każdym kadrze. Tak jakby sam alkoholizm był zbyt nikłym problemem by szokować widza... ale, ale chwila! Osobiście znam osoby które obracają się luksusach, zarabiają kokosy i są z wyższej półki klas społecznych... a mimo to swoją liczbę regularnych wizyt na Kolskiej (najbardziej znany zakład wytrzeźwień w Warszawie) miały. Czemu więc świat nie wylewających za kołnierz ma się ograniczać wyłącznie do marginesu!? Film co prawda pokazuje jedną postać na luksusowym przyjęciu ale to taka kropla w oceanie, że szkoda używać jej jako argument na obronę obrazu pod tym względem.

"Pod mocnym aniołem" spędza zatem drąc się na widza "PATRZ JAK BEZNADZIEJNE ŻYCIE MAJĄ CI LUDZIE PRZEZ ALKOHOL" i niestety owe pouczanie zaczyna szybko być drażniące dla odbiorcy.


Co "Ratując Pana Banksa" robi zatem dojrzalej? A no po pierwsze przez pierwszą 1/3 opowieści nawet nie domyślamy się,że będzie to opowieść o alkoholizmie. Poznajemy bohaterkę, poznajemy jej codzienne problemy i poznajemy jej niesmacznie trudny charakter. Jest cyniczna, zdystansowana do świata, zmanierowana, uważająca swoje racje za święte, z dumą i na swój sposób nieco ekscentryczna ale... DOBRY PANIE ciężko nie czuć do niej sympatii. Bawią nas zabawne docinki które rzuca każdemu co chwila i mamy respekt do sposobu w jaki manipuluje światem dookoła siebie. Co ważniejsze z jej problemem łatwo się nie utożsamić. Nie chce by książka którą napisał - jej najcenniejszy dorobek - została zniszczona przez wielką korporację, która za wszelką cenę chce położyć na niej łapska (choć mówimy tu o Disneyu, a zatem "próbuje położyć wielkie białe puchate rękawice") Widzimy z jakim trudem walczy o dobro swojego dzieła, a z czasem poznajemy cała masę faktów z jej przeszłości. Dowiadujemy się stopniowo skąd w jej charakterze wzięły się takie, a nie inne cechy, traumy, a o tyle działa to brutalnie gdyż wszystkie są pokazane z punktu widzenia niewinnego dziecka.

W owych retrospekcjach poznajemy też jej ojca, który jest alkoholikiem...

I co? Pewnie na dzień dobry pokażą go zapitego na chodniku? Nie! Przeciwnie. Jak wspomniałem mija duża dawka czasu nim dowiadujemy się jaki ma problem. Poznajemy go człowiekiem. Ma prace, ciepłą relację z córką, jest optymistą i wizjonerem...

I co? Pewnie będzie strasznym, agresywnym pijaczyną? A gdzie! Jest wesoły, dobrze się bawi będąc pijanym i chwilami jest wręcz "kochanym tatusiem". Z punktu widzenia dziewczynki nie wadzi jej czy tatuś jest spity czy trzeźwy jak świnia. Widzimy natomiast jak rani to całą rodzinę w około. Jak przeżywa to żona, jak cierpi na tym jego praca, zdrowie i  z czasem relacja z dzieckiem...

Co najważniejsze widzimy jak wpłynęło to na osobowość jego dziecka gdy dorosło. To naprawdę wzruszający i mocny obraz o D.D.A. który w pełni szanuje inteligencję swojego widza. Pozwala nam polubić i pokochać bohaterów nim przydarzy się im krzywda i nie ujawnia zła alkoholu pokazując jak niszczy człowieka, a ludzi w około.

Dociera do nas, że bohaterka tak naprawdę nie chce by ekranizowano jej książkę bo uważa, że zrobią z tego kiepski film. To tyko pretekst. Nie chce by dzieło powstało bo nie chce kolejnej rzeczy która przypomni jej o tym, że nie udało się uratować jej ojca.
- Jest dramat,
- Jest głębia
- Jest subtelność,

W przypadku "Pod Mocnym Aniołem" niestety te pierwsze dwa punkty gdzieś się pogubiły z braku tego trzeciego.

Gdy poznajemy bohaterów już są zapici. Nie widzimy dnia w którym alkohol w darł się w ich życie, tylko patrzymy jak dobija to co już jest zniszczone. Akcja skacze tak szybko od jednej "ofiary" do drugiej, że nie mamy czasu nikogo poznać i się z nim utożsamić. Znów - samo szokowanie smutnymi obrazkami nie wystarczy.

Główny bohater ma się nieco lepiej choć niestety kuleją postacie w okół niego. Weźmy na ten przykład jego narzeczoną. PRAKTYCZNIE NIC O NIEJ NIE WIEMY! Jakaś wzmianka, że studiuje to czy to za mało na trzy wymiarową postać. Nie poznajemy jej prywatnie, nie znamy jej marzeń, pragnień czy co jej siedzi w głowie. Jest tylko dodatkiem, a romans pary jest wręcz symboliczny.

- Widzimy jak znalazła go spitego pod bankomatem i zaczął za nią łazić...
PYK!
- W innej scenie Już są parą.

Gdzie chemia? Gdzie romans? Co ich połączyło? Jakie mają wspólne pasje? Przysłowiowe plany na przyszłość? Dwa ujęcia jak się z czegoś-tam śmieją to za mało. Jak mamy być przejęci losami tej pary, skoro kompletnie nie obchodzi ich związek? Jak może skoro na ekranie jest prawie nie istniejący?

Moim zdaniem twórcy sami nie zauważyli co powinno być sercem opowieści. Jak mocniej obraz trafiłby do widza gdyby poczuł jak wielka miłość łączy te dwie osoby, a później zostaje rozszarpana przez słabość jednej strony?


Naprawdę nie chcę by wyglądało, iż sądzę by "Pod Mocnym Aniołem" był filmem zasługującym na mieszanie z błotem. Jest przesłanie, jest dobra obsada... ale też nie ma co ukrywać, że obraz kuleje. Nadmiar ambicji sprawia, że bombardowanie dołującymi obrazkami w pewnym momencie przyprawia widza o emocjonalne zobojętnienie. Co za dużo to nie zdrowo.

Tym czasem "Ratując Pana Banksa" subtelniej i sprawniej załatwia sprawia. Widz bawi się, śmieje a na koniec płacze. Tak, poryczałem się na tym filmie i nie wstydzę się do tego przyznać!
Być może dla tego przekręcam oczami gdy ktoś wytyka, że film pokazuje w przekoloryzowany sposób postać Walta Disneya. TO NIE JEST FILM O ŻYCIU DISNEYA!!!! Tak! Gdyby to był film biograficzny zjechałbym go po całości.
Film koncentruje się na życiu osoby w której życiu Disney akurat odegrał taką, a nie inną rolę (z punktu widzenia jego biografii był to średnio istotny epizodzik) , a tak naprawdę jest to film o D.D.A. To prawdziwa historia kobiety której całe życie ukształtowała trauma po ojcu alkoholiku.


Kto by przypuszczał, że Disney odwali lepsza robotę opowiedzeniu nam kromki życia niż film Wojciecha Smarzowskiego?  


Jest także pewna INNA kwestia którą pragnę poruszyć...

Przyzna się, że po obejrzeniu obu filmów miałem poważne wątpliwości czy dobrze robię mieszkając w tym kraju, a nie w innym. Na "Ratując Pana Banksa" jako jedyny śmiałem się z niektórych żartów. Ale co się dziwić? Film jest biografią pisarki P.L. Traves, a ku ścisłości jeden z głównych wątków koncentruje się na ekranizacji jej książki "Mary Poppins". Choć wszędzie indziej na świecie to wielki klasyk dzieło to ciągle coś mało znanego w Polsce. Puszczali to w telewizji tu i tam ale nie jest to coś na tyle rozpoznawalnego by przeciętny Kowalski rozpoznawał cytaty i aluzje. Pamiętam nawet jak kiedyś chciałem puścić mojej byłej odcinek "Simpsonów" który był parodią "Mary Poppins" i jak dowiedziałem się, że nie ma bladego pojęcia co to takiego specjalnie kupiłem tego wieczora film na DVD i zrobiliśmy sobie seansik przed wspomnianym odcinkiem. Tak czy siak "Ratując Pana Banksa" zawiera sporo odniesień (chwilami BARDZO ironicznych) do owego filmu i niestety jak po swoim śmiechu zauważyłem byłem jedyną osobą w sali dla której one trafiały.

ALE TO PIKUŚ! Ale to pikuś, gdyż będąc na "Pod Mocnym Aniołem" była odwrotna sytuacja, gdyż jako jedyny nie zaśmiałem się ani razu podczas gdy połowa sali rżała jak głupia. Czyżby jakieś mega-błyskotliwe odwołania do literatury? A gdzie! Wszyscy śmiali się ilekroć padło "Ch*j", "Pie***ol się" czy ktoś pierdnął. O tyle to dla mnie dezorientujące ponieważ nie licząc może dwóch wypowiedzi, film nie próbuje być ani trochę dowcipny w tonie. To naprawdę ponura i przygnębiająca opowieść o ludzkiej nędzy więc z czego za przeproszeniem do jasnej cholery się oni śmieją? Wiele Polskich komedii mnie nie bawi gdyż uważam, że są zwyczajnie zbyt wulgarne. Ktoś mi kiedyś zarzucał, że po prostu nie rozumiem "tej Polskiej groteski", tylko z chwilą gdy widzę rodaków zaśmiewających się na dramacie bo pokazali jak Więckiewicz sika na chodnik to coś już nie halo.

Przeciwnie teraz dowcip w tych Polskich komediach które nie bawiły mnie do tej pory dewaluuje się tylko bardziej i bardziej...



Pozdrawiam
Maciej Kur 

wtorek, 13 marca 2012

MUPPETY (2011)

             Nie jestem może jakimś największym fanów Muppetów na świecie ale sympatię mam do nich, że hej! Jako dzieciak oglądałem "Muppeciątka" ("...są z każdym za Pan brat...), "Muppet Treasure Island" była jedną z pierwszych gier jakie miałem na kompie (jej scenariusz kompletnie innaczej poprowadzony od filmu i wiele gagów lepsze) i bardzo lubię filmy "Great Muppet Caper" i "Muppet Christmas Carol". Naturalnie także lubię show, podobnie jak późniejszy remake "Muppets Tonight"...  

           Od filmu niestety odstraszył mnie -  co tu wiele-  mówić marny i nieśmieszny zwiastun... czy dobrze zrobił? A skąd! Film całkiem udany, poprostu to nic "niewiadomo jak powalającego" jak to zachwala część fanostwa. Ot, barwna, sympatyczna historyjka, trochę zabwnych gagów, ładne piosenki (swoją drogą kocham "We build this city"), Amy Adams (coraz bardziej lubię tę aktorkę), a dla fanów miłe nostalgiczne uczucie. Film ku mojemu zaskoczeniu ma także bardzo dorosłe przesłanie.

Niestety są dwa zasadnicze minusy :

- Troszkę nie równy pod względem... Mhhh... Jak to ująć? Powie tak : Albo idą na full poważnie z opowieścią ("Muppet Christmas Caroll"), dzięki czemu skutecznie grają na emocjach albo robią od początku do końca pastisz ("Great Muppet caper") tu był taki misz-masz miejscami, przez co pewne wątki które powinny grać na emocjach tracą na sile i wydają się niedopracowane...

-  Za mało samych Muppetów.!!!! Przez pierwsze 20 minut prawie ich nie ma tylko nowe postacie (z których tylko jedna jest kukiełkom, reszta to ludzi. Później co prawda powraca cała paczka i choć widać, że twórcy się starali by każdy z gromadki miał swoje 5 minut, niestety nie ukrywam, że odniosłem niedosyt co do części postaci (Gonzo, ta dwójka komentujących wszystko cynicznych dziadków) W sumie rola wielu postaci została ogranczona do jednego czy dwóch gagów poprostu się tego nie czuje bo cały czas widać je w tłumie. Nie jest może tu tak tragicznie jak w filmie "Muppety na Manhattanie" gdzie przez 3/4 filmu podziwiamy tylko Kermita i Piggy ale jednak nie da się ukryć, że tylko oni, Zwierzak i Fuzzy dostali przyzwoitą dawkę czasu... Ten sam problem mam z niektórymi  nowymi odsłonami "Loony Tunes" - jak słyszę te nazwę to oczekuję, że będą wszystkie moje ulubione postacie, a nie tylko Bugs, Duffy, a reszta pojawiająca się tylko na moment...  Przynajmniej "nowsze" Muppety jak szczur Ritzo czy Pepe Krewetka pojawiają się tylko na moment (nie to bym ch nie lubił, poprostu wolę podziwiać starą brygadę)

Ale ogółem film oceniam pozytywnie. Takie 4 w skali szkolnej. Pewnie trzeci czy czwarty najlepszy film w serii...

Pozdrawiam
~Pan Miluś

czwartek, 5 stycznia 2012

RECENZJA : Tytus, Romek i A’tomek – Księga XXXI „Tytus Kibicem”

Natchnięty tą piosenką :


....jakiś czas temu, poczułem ochotę na odświeżenie sobie ksiąg  Tytusa, Romka i A’tomka”. Nie chowałem się co prawda na „Świecie Młodych” ale od małego miałem kilka książeczek (jeszcze moich rodziców) dzięki którym zakochałem się w serii i budzą we mnie ostrą nostalgię.

Nie da się ukryć, że Tytus był produktem swojej epoki i  nie chodzi nawet oto, że bez znajomości realiów PRL’u się go nie załapie, a bardziej był czymś co zrodziło się w danej mentalności. Dziś dzieciaki żyją Internetem, mają komórkę i tysiąc kanałów, wtedy miały tylko podwórko i kolegów, więc kompletnie inny wydźwięk miały dla nich opowieści o przygodach trójki chłopaczków (no dwóch i pół powiedzmy) którzy chcą skonstruować sobie samym rakietę , urządzić oddział wojskowy, biorą udział w jakichś (aktualnych wtedy) akcjach społecznych czy po prostu wstępują do harcerstwa.  Tak, o ile dawniej harcerstwo budziło podziw i było to „COŚ”, dziś kojarzy się tylko ze sprzedawaniem zniczów i pakowaniem torb w supermarkecie.Jak to ujął kiedyś z żalem kolega który w zastępie spędził swoje – „Kiedyś harcerstwo to był idea, dziś co drugi Harcerz ćpa i chleje...”

Choć Papcio dzielnie tworzył nowe książeczki niestety wypadały w oczach czytelników coraz marniej. Moim zdaniem nie jest tak źle. Szczerze się bawiłem czytając „Tytus gangsterem” czy (pierwszą połowę) „Ślubu Tytusa” (to z piekłem) ale fakt, faktem komiksy te zatraciły sporo na klimacie. Znów – nie chcę na siłę bronić Papcia, ale po części winię zmieniające się czasy. Łatwiej mu było odnaleźć się tym co żył teraz, więc ciężej na siłę wymyślać dowcipy o czym co jest teraz aktualne.

Ostatecznie z ciekawości zakupiłem wczoraj najnowszą księgę (Trzydziestą pierwszą) Ostatnia jaką czytałem jakieś sześć lat temu „Tytus Piernikarzem” pamiętam po prostu jako słabą, nie licząc może dwóch-trzech lepszych żartów od których się uśmiechnąłem.
- A idobrze!  – myślę sobie – Odpocząłem tyle lat od tej serii, będę miał świeżą perspektywę...
Zresztą jedną rzeczą przez którą byłem ciekaw rzuceniem prędzej czy później  na nowe „Tytusy” (ciekawe , że nikt nigdy nie mówi nowe „Romki” czy nowe „A’tomki”) były dochodzące mnie słuch, że Tytus  w najnowszych odsłonach zrobił się niesmacznie pro-prawicowy, że to o propagandówkę zahacza... Cóż, Papcio jak to autor ma prawo wyrażać w swoim dziele swoje poglądy, o ile nie robi tego natrętnie, atakując drugą stronę, a ponieważ sam po stronie prawicy w większości

spraw jestem nie powinno mi to popsuć lektury...
CÓŻ! Dobre wieści! Jakiejkolwiek propagandy nie odczułem... Niestety książeczka sama w sobie uboga! Dawniej historie Papcia wydawały się naprawdę rozbudowane, bogate i tętniące pomysłami. Mógł mieć jakiś główny temat przewodni ale zawsze znalazł tonę miejsca na wciśnięcie jakichś pomniejszych przygód które ubarwiłyby by całość. Tu wszystko trzyma się jednej naprawdę prostej fabuły – Tytus poszedł na mecz, ma po nim ataki nerwicy,  chłopcy poddają go różnym terapią związanym z różnymi zwierzątkami (owca, foka, koń, miś koala). Tytuł zresztą to jeden wielki „fals adwersajting” bo o wątku kibicowania więcej gadają niż się pojawia. Jest tak naprawdę tylko na pierwszych kilku stronach i jako-tako w końcówce. Naturalnie „Tytus na terapii” być może nie brzmiałby tak ciekawie, ale to trochę jak nazwanie „Tytus na dzikim zachodzie”, „Tytus w kinie”. No i hej! Czy już nie było aby księgi, gdzie Tytus pospędzał sobie czas kibicując na stadionie, a co za tym idzie wdając się w bójki?

Humor niby obecny i żarty same w sobie są przysłowiowo „Ołkej”, po prostu jakoś tu tego mało. Rozbawił mnie między innymi dosyć dziwny żart t z którego wynika, że profesor T.Alent spędza cały czas obserwując na monitorze co robią chłopcy... A no właśnie! Chwilami jest to bardziej dziwne niż zabawne, jak chociażby scena z miotującym misiem Koala. Widać też, że Papcio stara się też wykorzystywać księgi by powrzucać jak największą ilość biograficznych elementów (By przetrwały dl potomności...”) jak tu różne wtrącenia  o swojej babci. Sympatyczne choć wiadomo, my czytamy te księgi dla Tytusa, Romka i A’tomka... i tu mój inny zarzut – No właśnie prawie w ogóle nie ma ich tu jako trio! Niby Tytus był zawsze gwiazdą serii, jednak Romek i A’tomek też mieli swoje barwne osobowości, zawsze byli równie aktywni (w każdym razie próbowali nadążyć) i jednak było czuć, że opowieść nakręca nie sam Tytus, a dynamika między całą trójką kompanów. Tu Romek i A’tomek wydają się po prostu dodatkiem w postaci obserwatorów. Niby nie jest tak źle jak w animowanym Tytusie Leszka Gałysza gdzie równie dobrze mogłoby ich nie być (Romek przynajmniej rzuca jeszcze jakieś typowo Romkowe komentarze) ale naprawdę chwilami niewiele brakuje.  Nie ma tu tak naprawdę przygód, po prostu seria drobnych epizodzików z życia chcącego wyleczyć się z depresji (a może nerwicy, w sumie się pogubiłem o co chodziło) człowiekokształtnego.


Także rzucił mi się inny powód dla których Tytus niestety nigdy nie znajdzie zainteresowania za granicą, a i zestarzeje się szybko. Nie chodzi tu o to, że za bardzo Polskie (Asteriks jest ultra-francuski, a Simponowie ultra-Amerykańscy a jednak jak się sprzedają) Seria jest jednak zbyt bardzo „świadoma siebie” i ewentów z nią związana. W jednym momencie bohaterowie spotykają „Pana Andre” który zbudował „prawdziwy” wannolot i zaczynają nagle nawijać o obchodach 50’sięciolecia serii które miały miejsce w Opolu. Niby ładnie, że Papcio chciał to wydarzenie upamiętnić ale jednak „łamanie czwartej ściany”(jak to się teraz mawia) czyli bohaterowie którzy są świadomi, że żyją w kmiksie to jedno, ale wrzucanie takich nawiązań do niedawnych wydarzeń związanych z serią tylko po to by „było, że były” to coś co samo w sobie nie bawi, a najwyżej służy za ciekawostkę po latach,. Z drugiej strony serię czytają w tej chwili tylko prawdziwi Tytusocholicy więc im to nie będzie robiło różnicy.

Tak czy siak , „Tytus kibicem” prezentuje się poprostu słabo. Jednocześnie nie śmiałbym powiedzieć, że książeczka wydaje się "odwalona". Nie miałem jakichś momentów zażenowania, czy skrzywienia nosa „Tytus na którym się chowałem nigdy by tak nie powiedział!!!”, ale po prostu za mało tu się dzieję. Jakby 1/3 czy nawet 1/4 porządnej "Tytuosowej" książeczki... Prawdę mówiąc czułem się bardziej jakbym czytał jakąś krótką historyjkę o Tytusie (jak te zamieszczone w księdze 80’lecia) niż kolejną, porządną księgę. W sumie z takim podejściem całość wypada nawet sympatycznie, choć bez rewelacji...


Z drugiej strony... Ja pierwsze księgi Tytusa kocham bo choć dotyczą innego pokolenia niż moje wywoływały przyjemne nostalgiczne uczucie i klimat czegoś z "dawnych czasów". Może za dwie-trzy dekady ktoś przeczyta "ostatnie" Tytusy z taką samą sympatią?


Pozdrawiam
~Pan Miluś

niedziela, 1 maja 2011

TOP 10 satyr w South Parku

Dla wielu South Park kojarzy się z wulgarnością i szczeniackim dowcipem... i są to zwykle osoby które obejrzały max jeden odcinek się mądrzą jakby wszystkie rozumy pozjadały. Kto jednak zna South Park dobrze wie, że jest to jeden z najgenialniejszych seriali satyrycznych ostatnich dwóch dekad. Pomimo swojej dawki grubiaństwa i humoru toaletowego jego twórcy Trey Parker i Matt Stone potrafią strzelić taki komentarz o naszym społeczeństwiie, że boki zrywać - nie tylko bardzo trafiony, ale krytykujący zwykle obie strony.
Ale które z komentarzy socjalnych w South Parku są najbardziej udane? Z którymi zgadzam się całym sercem i duszą, w przedziwny sposó odzwierciedlają moje życie codzienne i podpisuję się pod tym co mają do powiedzenia rękami i nogami?

Oto TOP 10 Najlepszych satyrycznych odcinków South Parku :

10. The China Probrem – Jeśli ktoś chce dobry odcinek South Parku jadący Spilberga i Lucasa polecam „Free Hat”. Tam Matt i Trey ostro wyżyli się na twórcach Indiany Jonesa i ich obecnym podejściu do kinematografii. "The China Probrem" jest jednak o wiele bardziej uniwersalny,  jednocześnie obśmiewający nie tylko filmowców jak i samych fanów. Stan, Kyle i reszta paczki są tak wstrząśnięci nowym Indiana Jonesem, że ich retrospekcje z wizyty w kinie przemieniają się w wspomnienia o molestowaniu seksualnym i chłopcy nie mogąc dłużej udawać, że nic się nie stało postanawiają pozwać autorów filmu.
Też uważam, że nowy „Indiana Jones” nie dorasta do pięt starej trylogii ale nie ukrywam, że lwią część fanów ostro ponosi w ich wyrazach żalu. Podobnie jest zresztą z nową trylogią ”Gwiezdnych Wojen” i wieloma, wieloma innymi seriami filmowymi... i o tym jest właśnie ten odcinek!  
PLUS wątek poboczny z Cartmanem i jego Chińczyko-fobią – czego tu nie lubić?
9. You Have 0 Friends – Pomimo sprzeciwów Stana koledzy zakładają mu konto na Facebooku i... reszta obrotu spraw w odcinku to poprostu czysta rzeczywistość. Im bardziej chłopiec nie chce by konto miało jakikolwiek udział w jego życiu codziennym tym bardziej otoczenie wpływa na niego by stał się od niego uzależniony, aż ostatecznie wciąga go co łączy się z całkiem klawą parodią Tronu.
Wszystko tu dokładnie odzwierciedla powód dla którego nigdy nie będę miał dobrowolnie konta na owym serwisie... BA! Niechętnie zakładałem na Naszej Klasie (zresztą od roku prawie w ogóle nie korzystam). Moment gdy jakiś obcy facet pluje Stanowi w twarz bo nie dodał go do znajomych jest chyba najlepszym podsumowaniem... Ale mogło być zawsze gorzej! Mogłem wkręcić się w jakiegoś bloga... Oh, chwila moment...

8. Child Abduction Is Not Funny –  Rodzice z South Parku przewrażliwieni na punkcie raportów o nieznajomych porywających/molestujących dzieci postanawiają odgrodzić miasteczko od świata gigantycznym murem, ale sprawa się komplikuje gdy telewizja ogłasza, że wdłg. statystyk dziecko najczęściej pada ofiarą kogoś znajomego.
Odcinek jak się już domyśleliście jest o przewrażliwionych rodzicach i o tym jak programy typu „UWAGA” potrafią robić jednym pranie mózgu.  Poboczny wątek z Mongołami jest tak dobijająco absurdalny, ze... No trzeba to zobaczyć ;)
                                
7. Fun with Veal – Stan, Kyle, Cartman i Butters postanawiają się zabawić w Eco-terrorystów, kradną cielątka z rzeźni i zamykają się z nimi w swoim pokoju. Co jest pięknie uniwersalnego w tym odcinku, że po równi miesza z błotem wegetarianów i właścicieli rzeźni. Nikt nie jest od nikogo lepszy i nikt tu nie ma do końca racji. Której strony byś nie popierał powinieneś być usatysfakcjonowany tym jak ślicznie zjechali tą drugą.
Dobry odcinek czy oglądając zajadasz się gruszkami czy kanapeczkami z baleronem...
6.  Make Love, Not Warcraft – Szczerze wahałem się gdzie to umieścić.  To jeden z najzabawniejszych i najbardziej znanych odsłon tego serialu - sam jestem ździwiony ile znam osób które twierdzą, że to jedyny odcinek South Parku który widziały - jednocześnie satyra w całości skupia się na dosyć niewielkiej grupce, jaką sobą osoby wkręcone w Warcrafta...i tak wspaniale wyczerpuje temat, że ciężko go nie pokochać. Nie ma momentu nudy w tym odcinku, czy zbędnego gagu - wszystko na temat, wszystko trafione i wszystko bardzo, barzo zabawne.  Moment gdy Randy, tata Stana mówi mu (jak podkreśla) po raz pierwszy „I love you son” zawsze daje mi łezkę w oku – choć są to łzy wywołane lawinami śmiechu ma się rozumieć.
To w sumie ciekawe, że choć odcinek miesza z błotem "Warcrafta" w każdym calu twórcy gry pozwolili Mattowi i Treyowi wykorzystać ją w odcinku do woli. Co intrygujące po obejrzeniu mimo ostrej krytyki mam zawszę ochotę... kupić kopię!!! Paradoks? 

P.S. Trzymam z Buttersem w tym odcinku. "Hello Kitty Island Adventure" to o wiele fajniejsza gra od Warcrafta ;)
5. Go God Go (dwie części) – South Park miał swoje podśmiechujki z każdej możliwej religii -  Chrześcijan, Buddystów, Mormonów... CHYBA było nawet coś o Żydach. Ten odcinek jest o tyle ciekawy, że za obiekt żartów biorą... ATEIZM (choć mieli trochę polewki na jego temat na ramach odcinka „Red Hot Catholic love”)  i w kontraście z dosyć jednostronnym podejściem "Family Guya" nie oszczędzają i tego światopoglądu.
Pan Garrison po zmianie płci wchodzi w związek z Richardem Dawkinsem – wiecie, ten anty-religijny maruda z Anglii  co napisał równie marudnego "Boga Urojonego" – i zaczyna karać dzieci za bycie wierzącymi. W między czasie Cartman nie mogąc doczekać się kiedy wyjdzie nowa konsola przenosi się do przyszłości, gdzie jak się okazuje pod wpływem Dawkinsa i Garrisona wszyscy stali się ateistami. Czy jak przepowiadali w świecie bez religii jest mniej wojen? Owszem. Na świecie jest tylko jedna – Ale globalna! Nie ma religii więc ludzie tłuką się o byle drobnostkę ("Wielki Dawkins wiedział, że Rozum i logika to za mało... trzeba być skończoną pałą wobec każdego kto myśli innaczej od ciebie"), a radykalne akcje typowe dla fanatyków religijnych są popełninae dalej, tylko tym razem w imię "logiki" i "nauki".

Wszystko rewelacyjnie komediowe (fragment z Cartmanem wydzwaniającym do siebie w przeszłości - MIODZIO!) za razem to jeden z najładniejszych wizualnie i najbardziej epickich epizodów. Wszystko prowadz do jednego z najlepiej trafionych komentarzy jaki został wypowiedziany w ty serialu (nie będę spoilerował ale jeden dialog który pada pod koniec jest przepięknym podsumowaniem wszystkiego do czego zmierzała ta historia)
Cóż dodać? Odcinek po prostu Boski!
4. Douche and Turd – W szkole w South Parku rozpoczynają się wybory na nową maskotkę. Stan uważając obie opcje za głupie postanawia sobie je odpuścić... i rozpoczyna się prawdziwe piekło! Znam ten ból. Co wybory to samo – wszyscy desperacko chcą byś zagłosował, ale każdy robi to tylko we własnym interesie. Ale czy głos jednej szczerze obojętnej na wybory osoby może coś zmienić? Wszystko w tym odcinku...
Inny odcinek świetnie jadący reakcje ludzi na wyniki wyborów to „About last night” (nieco aktualniejszy bo dotyczy Prezydentury Obamy) jednak ten odcinek jest o wiele bardziej uniwersalny bo nie kręci się wokół konkretnych osobistości, a po prostu absurdów zjawiska samego w sobie.
3.   The Death Camp of Tolerance – Kolejny odcinek który uważam, że połowa świata powinna obejrzeć... choć pewnie nie dotarłaby do genialnego morału zbyt obrzydzona pewnym pobocznym wątkiem o epickiej wyprawie pewnej myszy przez jelita asystenta pana Garissona.
Przechodząc do głównego wątku – Pan Garisson odkrywa, że gdyby wyleciał ze szkoły za bycie gejem mógłby zażądać milionowego odszkodowania, więc desperacko odstawia coraz bardziej nieprzyzwoite widowiska przed swoją klasą. Chłopcy oczywiście donoszą o wszystkim rodzicom i ci oburzeni, że ich dzieci nie są tolerancyjne wobec odmienności seksualnej nauczyciela wysyłają ich do... „Obozu tolerancji” (który jak wskazuje tytuł nie różni się specjalnie od Nazistowskiego obozu koncentracyjnego)
Odcinek świetnie satyryzuje zjawisko poprawności politycznej i o tym jak pojęcia „tolerancji” i „akceptacji” są notorycznie ze sobą mylone. Cieszy mnie, że nie jestem sam wśród osób które widzą jak nasze społeczeństwo są ślepo zmuszane do tolerowania i akceptowania pewnych rzeczy nawet jeśli się z  nimi 100% nie zgadzają (jeśli mam być szczery ostatnimi czasy sytuacja pogorszyła się tylko)
"Nasz dom... Nie ma internetu!"
2. Over Logging – Pewnego dnia na całym świecie znika Internet... i przez kolejne 20 minut obserwujemy reakcje zdruzgotanych tę wieścią ludzi – Siostra Stana ryczy bo nie może rozmawiać ze swoim „chłopakiem” z innego miasta, Ojciec Stana rozpacza bo nie może wchodzić na strony pornograficzne, w telewizji nie ma wiadomości bo brali je z Internetu... każdy czuje się jakby stracił ręce i nie może się w bezinternetowym świecie odnaleźć. Znów - na największego desperata wychodzi Randy, który jest gotowy posunąć się do najbardziej radykalnych rozwiązań aby pobyć na internecie przez chociaż pół minuty. Ostatecznie rozwiązanie problemu jest takie sobie i fragment gdzie wszystko na moment zamienia się czarno biały film przyrównując poszikwania internetu do gorączki złota jest względem reszty odcinka nudnawy, ale zaufajcie mi - cała reszta jest poprostu genialna.
"Over Logging" - Historia tak smutnie prawdziwa, że zabawna...
1. Pinewood Derby – Nie będę ukrywał - Ja dosłownie płakałem ze śmiechu gdy pierwszy to oglądałem! Nawet nie wiem jak w kilku zdaniach streścić o czym jest ten odcinek bez zdradzania za wiele, gdyż tak obfituje w każdej scenie w zwroty akcji, a humor w 90% wynika z tego jak coraz bardziej absurdalna robi się sytuacja. Zaczyna się na czymś prostym  - Stan i jego ojciec postanawiają oszukać w wyścigu modeli drewnianych samochodzików, a kończy się na między galaktycznej aferze w którą są zamieszani - dosłownie - wszyscy mieszkańcy naszej planety.

Tym razem "South Park" za ofiarę nie bierze sobie konkretną osobę czy zjawisko, a po prostu to jacy są ludzie – na swój sposób jedzie po całej planecie – i do jakich proporcji może urosnąć najmniejsze kłamstwo. Obok „Make love not Warcraft” odcinek ma najpiękniejsze momenty Randy’ego (chyba moja ulubiona postać w tym serialu).

I na koniec jako BONUSIK, no bo jakże mógłbym nie wspomnieć o :
„The Return of the Fellowship of the Ring to the Two Towers” – Doskonała parodia “Władcę Pierścieni” która ma się do niego jak “Make love not Warcraft” ma się do "Warcrafta". Jeśli jesteś fanem książek czy filmów – lektura obowiązkowa! Ba! Nawet w komentarzach audio na DVD „Dwóch Wierzy" o nim wspominają - w samych superlatywach się rozumie. Przygoda także o tyle wciągająca, gdyż przypomina różne zabawy które się miało jako dziecko - South Park przenosi w świat dzieciństwa? Kto by przypuszczał...
Nie do końca odcinek z jakimś satyrycznym przesłaniem ale nie zmienia faktu, że zabawny, że boki zrywać. Istny skarb. Skarb... Skarb...

~Pozdrawiam
Pan Miluś