sobota, 16 sierpnia 2014

Lekcje komedii z Asteriksów : Jak śmieszyć wielokrotnie tym samym (tzw. lekcja running gag') Część 2.


Vis Comica!

Ostatnio przeanalizowałem na ile sposób może bawić jeden dowcip, a konkretnie Kakofoniks dostający łomot za artystystyczne aspiracje.

Uznałem tym razem rzucić na warsztat inny przewijający się przez serię gag, tym razem jeden taki który moim zdaniem był zwykle dosyć "chybił-trafił"  :
Wódz Asparanoiks spadający z tarczy!  Wbrew pozorom jest to być może najbliższe "Chaplinowskiej skórce od banana" ze wszystkich stałych gagów w serii.

Dla "Asteriksowych laików" to często główny motyw z którym jest kojarzona ta postać... i znów brzmi jak jeden co powinien być przestać być zabawny po pierwszym-drugim razie. Mam na myśli na ile można śmiać się z tego, że ktoś upadł?

Jak pisałem w ostatnim artykule Goscinny jednak zasługuje na spore uznanie :
Wódz porusza się na tarczy, zawsze jest na niej widziany. Aż prosi się by zrobić ten dowcip na dzień dobry. Tym czasem motyw pojawia się po raz pierwszy dopiero... w czternastym albumie, czyli gdy seria jak i postać istniała już dobrą dekadę.
Oczywiście tu i tam zrobił drobne dowcipy wykorzystujące środek transportu wodza, wystarczyć choćby rzucić okiem na unikatowy sposób w jaki uprawia jogging :

Jednak to nie było w jego stylu rzucić coś banalnego zanim miał na to faktycznie dobry pomysł.

I rzeczywiście, pierwsze wykorzystanie tego motywu jest moim zdaniem jedym z najzabawniejszych w serii :
Obojętnie czy jest to pierwszy raz, gdy widzimy motyw jest to zabawne. Jeśli zobaczylibyśmy jak tragarze podnoszą wodza wewnątrz chaty, wybiegają, a ten wali głową w ścianę nie miałoby to tego efektu. Śmieszy nas to, gdyż zwyczajnie zostaliśmy wzięci z zaskoczenia, nie widząc sytuacji bezpośrednio, a sam skutek. Działa to, gdyż już bardzo dobrze wiemy w jaki sposób porusza się Asparanoiks.

Tu puenta z kolei nie działałaby bez powyższej sceny, dzięki której wiemy, że Asparanoiks ledwie co powrócił na tarczę...
(Swoją drogą przepraszam, że jakość skanów jest daleka od idealnej jednak nie chodzi mi tu o jakąś prezentację piękna rysunków Uderzo tylko zilustrowanie analizy którą przeprowadzą)

Motyw powraca wielokrotnie w kolejnym albumie pt. "Niezgoda" :
Niby ten sam dowcip jednak jest jeszcze zabawniejszy. Niby prosty obraz ale współgra tu wiele elementów : Po pierwsze pomaga czasowanie - nie tylko nie widzimy bezpośrendio uderzenia, jednak na efekt humorystyczny wpływa tak naprawdę jak szybko przeszkoczyła akcja między komendą wodza, a puentą, którą jest nonszalancka (a co za tym idzie komicznie nie adekwatna do sytuacji) wypowiedź wodza. Dodatkowo widzimy wszystko z punktu widzenia tragarzy, któży odkryli stratę wodza dopiero po wejściu. Humor podbija też wyraz twarzy żony wodza. Jest na niego tak wściekła, że wisi jej, że właśnie zrobił sobie krzywdę i traktuje to jako coś zupełnie normalnego.

 Tu trochę mniej śmieszne, jednak ciągle robi swoje : Wódz jest zbyt wkurzony by pamiętać o tragarzach, a ci zbyt lojalni by nie wyoknać swojej pracy. Naturalnie jak w przypadku Kakofoniksa miejmy na uwadze, że między tymi gagami upływa zwykle sporo czasu ("stron") Mamy więc czas by zapomnieć o tym i efektownie łapie nas to z zaskoczenia.
 Gag powraca znów. Tym razem bawi nas dzięki reakcji wodza w ostatnim kadrze. Nie ma już sił być wkurzony i tylko wzdycha ile razy go może to jeszcze spotkać w tej samej historii.
Zobaczymy?
Widzicie? Humor już nie czerpie się z upadku co z jego degustacji głupotą podwładnych i ile to razy mogą popełnić tę samą wpadkę. W pewnym stopniu mam wrażenie, że wykorzystano w tym albumie prawie wszystkie możliwe wariacje na temat tego gagu.

W sumie zapomniałem o innym ważnym elemencie dzięki któremu to działa : godności. Asparanoiks ma jej wiele - to w końcu wódz osady, zresztą budwał sobie ją w naszych oczach przez 14 wcześniejszych albumów serii. Gdyby spotkało to jakiegoś "wioskowego głupka" albo żebraka nie byłoby to zabawne. Jeśli ktoś jest przyzwyczajony do upokorzeń co z tego, że spotkało go kolejne? Aspranoiks próbuje wyglądać godnie i budzić szacunek, ale przez zwykły pech mu to nie wychodzi. Zwróćcie też uwagę, że powody przez które spada są coraz bardziej dobijające. Zaczęło się na konkretnych komendach, teraz nie może nawet użyć określenia związanego z pochyleniem by nie "paść" ofiarą swoich nosicieli. Pomagają towarzyszące temu żarty słowne.
W kolejnym albumie ("Asteriks u Helwetów") Asparanoiks zwalnia tragarzy i zatrudnia Asteriksa z Obeliksem na ich miejsce. Akcja przenosi się na bardzo długo (7 stron!) w inne miejsce, dzięki czemu pochłonięci mającą tam miejsce intrygą zapominamy o nowej profesji naszych bohaterów.
Więc, gdy akcja wraca do osady i Panoramiks oznajmia :
BAM! Bierze nas to z nienacka! Świetny przykład żartu który został zasiany o wiele wcześniej.
W albumie "Podarunek Cezara" ciągłe upadki działają, gdyż za każdym razem są pokazane z innej strony. Tu widzimy wpierw efekt, a potem dowiadujemy się co miało miejsce. Niby proste wizualnie urozmaicenie jednak dzieki temu nie czujemy monotonii i żart jest ciągle zabawny.
Tu z kolei widzimy sytuację bezpośrednio z puntku widzneia jendego z tragarzy. Wódz zobojętniały na obrót spraw i mniejszy nosiciel któremu sytuacja także nie wydaje się robić różnicy podbijają dowcip. Warto też zwrócić uwage na kurę przy hełmie- detal który może łatwo umknąć - towarzyszy gagowi ilekroć pojawia się w albumie.
A tu perspektywa wyłącznie wodza - znów sytuacja bierze nas z zaskoczenia.
Ten przykład jest z solowego albumu Uderzo. Zjednej strony trzeba dać mu plusik, że spróbował zastosować jakąś wariację. W teorii to działa : Asparanoiks chce uniknąć ciągłych upokorzeń, znajduje więc alternatywę, niestety kończy się jak zawsze. Niestety wykonanie nie jest zbyt efektowne. Pomysł z wozem jest zwyczajnie dziwaczny, a wcześniejsze upadki pojawiały się jednak z nienacka. Tu uniknięcie spadania z tarczy jest głównym problemem więc z góry wiemy jak to sie skończy. Komentarze tragarzy i Dobrominy z kolei są nieco na siłę, jakby autor wiedział, że to średnio zabawne, więc dorzucił coś na wszelki wypadek by rozbawiło czytelnika jeśli sam gag nie wypali.
Tu niestety też nie działa to specjalnie. Po prostu po raz kolejny widzimy jak wódz spada i się wścieka.Samo w sobie przestało być to zabawne już dawno, brakuje pomysłu (choć narysowane dynamicznie mimo wszystko)
Tu gag z kolei działa słabo... Nie tylko widzieliśmy go w prawie identycznej wariacji w "Niezgodzie" ale jest też zbyt wymuszy. Kiedy ostatni raz słyszeliśmy określenie "pochylmy się nad jej zawartością"? Podobnie ma się sytuacja w animowanym "Asteriks kontra Cezar", gdzie tragarze puszczają tarczę bo wódz powiedział [odwołując się do Obeliksa] "Straci grunt pod nogami". Nie ma sensu by odebrali te zdanie jako komendę więc nie jest to śmieszne.
 A tu kolejna wariacja Uderzo która niestety okazuje się niewypałem. Nie ma powodu dla którego Asparanoisk spada z krzesła, upadek sam w sobie nie jest zabawny... całość wydaje się na siłę wrzucona w tę scenę. Komentarz, że wódz teraz umie "ośmieszać się samodzielnie" niestety wydaje się na siłę, gdyż w tym albumie nie spadł wcześniej z tarczy ani razu więc nie mamy odruchowego skojarzenia między sytuacjami.

W przeciwieństwie do relacji Kakofoniksa z Automatiksa, spadanie z tarczy Asparanoiska nie jest niestety żartem pozwalającym na szczególnie kreatywną ewolucję. Jednocześnie w odróżnieniu od śpiewu barda i temperamentu kowala, NIE JEST to nierozłącznym elementem osobowości Asparanoiska. To raptem jego atrybut. Twórcy nie muszą więc obowiązkowo wysilać się w każdym albumie by wymyślać nowe sposoby na opowiedzenie tego gagu, a nawet mieć całą historię, gdzie wódz gra główne skrzypce, a fani zbyt skupieni na charakterze za który go lubią, nawet nie spostrzegą, że czegoś brakuje. Autorzy zaś mogą spokojnie czekać, aż coś godnego uwagi strzeli im pewnego dnia samo do głowy...

Pozdrawiam
Maciej Kur

piątek, 15 sierpnia 2014

Lekcje komedii z Asteriksów : Jak śmieszyć wielokrotnie tym samym (tzw. lekcja running gag'u)

 
Vis Comica!
 
Słyszy się czasem, że żart powtórzony dwukrotnie nie jest już śmieszny.

To tylko połowiczna prawda. Przypomnijcie sobie ile komedii znacie które jesteście wstanie oglądać w nieskończoność i za każdym razem bawią was równie mocno. Śmieszy was, a przecież znacie już te żarty, często nawet na pamięć. Zwykle jest to zasługa postaci. Kochamy bohaterów i ich barwne osobowości więc chętnie podziwiamy ich pakujących się w te same zabawne sytuacje po raz enty.

Skupmy się jednak na samym gagu. To, że ktoś poślizgną się na skórce od banana może bawić raz. Czy możliwe jest by rozbawiło nas ponownie? Cóż, jeśli jest jakaś lekcja którą wyciągnąłem z nagminnego czytania za młodu albumów „Asteriks” to fakt, że… Owszem! Można powtarzać ten sam żart w nieskończoność i za każdym razem będzie zabawny.
 
Z tym przecież zresztą kojarzy się ta seria :
 
- Wódz ciągle spadający z tarczy,
- Ciągłe rybne bójki,
- Piraci ciągle tracący statek,
- Obeliks ciągle próbujący dostać łyk magicznego napoju,
- Ciągle skrępowany bard w czasie finałowej uczty
- ...i wiecznie poobijani legioniści żałujący podjęcia się służby wojskowej ("Zaciągnij się do armi mówili...")   
 
Co ważniejsze, nie tylko owe motywy pojawiają się obowiązkowo w każdym albumie (to zaneguję wkrótce ale pozostawmy to dla dobra argumentu), a jednak nie tylko bawią wszystkich za każdym razem ale fani są wręcz rozczarowani jeśli czegoś zabraknie.
 

Jak tego Goscinny dokonał? Trik wbrew pozorom całkiem prosty. To wszystko kwestia drobnej wariacji.

Przeanalizujmy to na być może najbanalniejszym przykładzie w całej serii – Bard Kakofoniks śpiewa i dostaje za to (zwykle od kowala Tenautomatiksa) po głowie...

Pytanie brzmi : Czy to samo w sobie takie znowu śmieszne? 

Cóż, zabawne ekspresje w rysunkach Uderzo pomagają, podobnie jak wzmianka Goscinnego, że kowal był przodkiem krytyków muzycznych co dodaje temu brutanemu aktowi ironicznego wydźwięku.

Pomaga też kontekst. Czytając wiemy, że śpiew Kakofoniksa jest absurdalnie okropny, zwykle budzą spusztoszenie wszystkich w około (jego imię tylko podbija ten dowcip).

Autorzy zresztą doszukiwali się kreatywnych sposobów by pokazać jak ciężkie dla innych są jego melodie.

Jest więc zrozumiałe czemu, gdy oświadczy, że podzieli się z innymi swoim talentem mieszkańcy reagują tak, a nie innaczej.
Inną kwestią jest upór postaci. Kakofoniks jest święcie przekonany, że jest geniuszem muzycznym i do znudzenia będzie dręczyć mieszkańców swoimi nowymi kompozycjami. Nie tylko nie daje sobie powiedzieć, że wyje, ale wyzywa przeciwników swego głosu od "Barbarzyńców" i "Prostaków". Wiemy więc, że sam się oto prosi...
 
Wszystko pięknie, pytanie jednak brzmi : Ile razy musimy zobaczyć barda dostającego manto by nam to obrzydło? Teoretycznie przecież powinno przestać nas to bawić po drugim, max. trzecim razie.

Oczywiście miejmy też na uwadze (zwłaszcza jeśli czyta to ktoś komu komiks jest kompletnie obcy), że motyw ten widzimy średnio raz na album, a nawet gdy pojawia się to kilka razy w jednej historii zachowane są spore odsępy czasu. Czytając Asteriksy chronologicznie czuć zresztą, że Goscinny powracał do "stałych dowcipów" tylko jeśli miał na nie faktycznie dobry pomysł i rzadko robił coś na siłę "by było". Odbiorca ma więc czas na odpoczynek, dostając po drodze tony innych żartów, wszelakiej rozmaitości przez co, gdy wracamy do bicia barda nie jest to takie znowu monotonne.

Nie mniej jednak po przeczytaniu kilku "Asteriksów" pod rząd mamy wręcz wkodowane w mózgu, że za każdym razem, gdy ma miejsce jakieś większe poruszenie w wiosce zjawi się Kakofoniks chcąc uczcić okazję swoją nową kompozycją. Wiemy, że to nastanie i jesteśmy na to gotowi!
I tak jest i tym razem kiedy to nagle...

Ładna wariacja grająca na naszych oczekiwaniach, która by nie był nawet w połowie zabawna jeśli nie bylibyśmy świadkami tego motywu wielokrotnie wcześniej. Jesteśmy wręcz wdzięczni za wszystkie razy gdy widzieliśmy jak bard dostaje w zęby nawet jeśli robiło się to już nużące.
 
Tu nie musimy już widzieć całej scenki by wiedzieć co miało miejsce. Twórcy też wiedzą, że wiemy dlatego "skrót" działa humorystycznie, tym bardziej umieszczony gdzieś w oddali. Ot, rutyna...
A tu z kolei nawet nie musimy widzieć sytuacji bezpośrednio. 
I znów ciekawa wariacja. Zbędna jest już wzmianka o śpiewaniu, gdyż dowcip nabrał innej warstwy i przestaje być tylko o kwestionowaniu muzycznego talentu barda. "Dostawanie w gębę" zaczyna go prześladować przy każdej okazji i bawi nas, że nawet jak dla odmiany nic nie robi i tak spotyka go maltretowanie.
Naturalnie nie można też jechać wyłącznie na wariacjach. Od czasu do czasu trzeba czytelnikowi owy motyw przypomnieć by utrwalił się w kontekście. Można to załatwić dyskretnie. Wystarczy jedno spojrzenie od stojącego w tłumie kowala i wiemy o co chodzi. Jednocześnie żart dostaje tu kolejnej warstwy : Tenautomatiks jest już obsesyjny na punkcie Kakofoniksa. Gag staje się cześcią jego osobowości. 
Oczywiście przypomnienie bywa też mniej subtelne :
Lub jak w przypadku poniżej : Zrobiony tak jak zawsze, jednak urozmaicony sprytnym żartem słownym. Nie bawi nas samo uderzenie, a to co temu towarzyszy.

 (mniejsza o kontekst czemu Tenautomatiks drapie się nogą za uchem... długa historia)
Tu z kolei staje się to częścią innego żartu przewijającego się przez album ("Asteriks w Hiszpani"), gdzie ryba Achigeniksa wędruje od właściciela od właściciela...

Widzicie o czym mówiłem? 
On just jest zaprogramowany, że tłuczenie barda stało się tradycją, a tradycję trzeba szanować. Bawi nas ironia, że co by Kakofoniks nie robił nie może umknąć przeznaczeniu. To jak grecka tragedia.

Motyw towarzyszy ilekroć widzimy tych dwóch razem tylko w różnych wariacjach. Ewoluował stając się częścią ich codzienności i relacji... I to relacji przez duże "R" gdyż, gdy w jednym albumie Kakofoniks wyrusza z Asteriksem i Obeliksem na wyprawę...


 Lub gdy innym razem urażony postanawia opuścić osadę...
Piękne ironiczne odwrócenie ról jednocześnie pokazujące Tenatuomatiksa z zupełnie nowej strony, "uczłowieczając" jego postać. Gdyby miałoby to miejsce, gdy widzimy ich po raz trzeci czy czwarty byłoby to co najwyżej zabawne. Tu ma to miejsce w albumie 29 dzięki czemu jest to nie tylko efektowniejsze i śmieszniejsze, ale niezwykle satysfakcjonujące.
Widzicie? Jak w grę nie wchodzi granie można się nawet doszukać przyjaźni między tą dwójką, poprostu tak już przywykli do "rutyny", że stała się dla nich normaką.

Jednocześnie żart żyje własnym życiem i nie potrzebując nawet obecności Tenautomatiksa czy Kakofoniksa by spełnić swoją misję. Wystarczy samo skojarzenie :


Jak więc widzicie można opowiadać ten sam żart bez końca. Sztuka polega na tym by za każdym razem opowiedzieć go od innej strony, odpowiednio urozmaicić bądź wykorzystać fakt, że dobrze już jest odbiorcy znany by zaskoczyć go znienacka dodając coś nowego do kotła. Naturalnie inny ważny składnik o którym napomniałem to pamiętać by dać od gagu odpocząć i pozwolić zatęsknić za nim. Czasami wystarczy nieco pogłówkować i dowcip nabierze własnego życia...

....albo stanie się częścią "serdecznej przyjaźni" ;)


                                                      


Pozdrawiam
Maciej Kur

wtorek, 12 sierpnia 2014

TYTUS, ROMEK I A'TOMEK (serial 1989-1990) RECENZJA!


W eseju zamieszczonym w jednej z re-edycji pierwszej księgi "Tytusa, Romka i A'tomka" Papcio Chmiel… przepraszam. „Profesor T. Alent” pisze :

„(…)Niedawno Telewizja Polska pokazała dwa odcinki filmu animowanego, narysowanego jakoby na podstawie książeczek Papcia Chmiela. Papcio po zobaczeniu na ekranie Tytusa jako złośliwej, dzikiej małpy, Romka i A’tomka jako niesympatycznych brzydali, siebie zaś jako kopniętego staruszka kupił 10 litrów Nesopozaminy – środków uspokajającego… i wyjechał d wód czyi do sanatorium dla nerwowo chorych (…)”

UJ! No pojazd ostry! (w sensie „obrażanie”, nie mylić Nożolotem który A’tom zmontował w zeszły czwartek)   

Pomimo negatywnej recenzji autora przyznam, że przeczytałem to będąc chyba jeszcze w podstawówce zostałem zaintrygowany niesłychanie.
"JEST JAKIŚ ANIMOWANY TYTUS!?" (a było to jeszcze nawet przed "Tytusem, Romkiem i A'tomkiem wśród Złodzieji Marzeń" Leszka Gałysza)
 Śladów po owym serialu (w postaci powtórek) nie było, a ówczesny Internet milczał kompletnie. Miałem  jakieś przebłyski z wcześniejszych lat, iż istotnie widziałem w telewizji  jakąś krótką animację z udziałem Tytusa, jednak nawet wtedy pamiętałem, iż była to raptem reklama w której wykorzystano nasze ulubione trio Harcerzy.
                                           
Poza ową zagadką było coś w tekście Papcia/T.Alenta co nie grało mi do końca. Ma pretensje, że przedstawili go jako „kopniętego staruszka”.  Ale przecież czy właśnie nie w taki sposób przedstawia siebie w swoich książeczkach? Zresztą i poza nimi, Pan Chmielewski mi się jako taki Polski Stan Lee kojarzył (nie tylko za dorobek ale i za auto-kreacje) „Tytus jako złośliwa, dzika małpa” budzi równie podobne wątpliwości. Ciężko przecież odmówić Tytusowi złośliwości (aniołek on nie jest), a dziki był w pierwszej książeczce… A może autor miał o swojej twórczości inne mniemanie niż nam zwykłym czytelnikom wydaje?

Po latach wyciekło nieco więcej detali – jak chociażby to, że przy produkcji brał udział Król Polskiej animacji Witold Giersz ("Czerwone i czarne", "Koń", "Mały Western"), a owe dwa „shorty” trwał 10-12 min i stanowiły serial. Oliwy do ognia intrygi dodały historie które słyszałem od starszych znajomych po fachu, którzy mieli okazję przy owym serialu maczać palce (dla niewtajemniczonych :  zawodowo pracuję w animacji) Według nich Papcio Chmiel ponoć przychodził przez całą produkcję owych krótkometrażówek, wypowiadał się o tym co widział w samych superlatywach i, że sam prosił by powstało więcej.... Ze względu jednak na brak materianiejszych dowodów z mojej strony (i nie chcąc nikomu robić kłopotu) potraktujmy jednak owe informacje co mi się o uszy obiły jako plotki niż fakty...  nawet jeśli z pierwszej ręki naocznych świadków.

                                       
Kilka lat temu odcinki na reszcie zostały ponownie wyemitowane (na "TVP Kultura"), a teraz wreszcie znalazłem czas obejrzenia i zaznajomienia się z nimi. Nie spodziewałem się wiele. Być może to nastawienie wywołane przez Papcia, słaby pod względem adaptacji "Złodziejów Marzeń", a może – no cóż – fakt, że tyle lat o filmie było cicho…


Zacznijmy od początku czyli od czołówki :
Kto nas rozweseli dziś?
Ani kotek ani Miś,
- Tytus, który chce zostać człowiekiem!
- Od wygłupów jest On spec,
- Życie nudne jest bez hec!
- Pewnie przejdzie mu jednak to z wiekiem!
Już nie małpa, lecz nie ludź…
TYTUS! DOKĄD!? WRÓĆ!
- Słucham?
- Zaraz zaczyna się akcja,
bez ciebie to żadna atrakcja,
Tytus my kochamy Cię!
No to do was spadam,
No to do was spadam,
HEJ!


Szczerze powiedziawszy jestem zaskoczony pozytywniej niż sądziłem!  Animacja sama-w-sobie jest przyzwoita. Owszem,  to „Polskie standardy” (nie mylić z Disneyem) jednak nie mogę powiedzieć by modele bohaterów jakoś odbiegały od pierwowzoru, a ruch postaci nie jest „skaczący”. Przeciwnie całkiem to płynne i dynamiczne. Czołówka ma zresztą przyjemny „vibe' typowy dla rodzimych animacji tego okresu. No i fajnie, też zobaczyć Wannolot i parę innych pojazdów z komiksu…

To co jednak ugryzło mnie za pierwszym razem to piosenka. Nie chodzi o muzykę (o niej więcej wkrótce) lecz głosy. O ile Tytus brzmi w sumie podobnie jak wersja Marka Kondrata w "Złodziejach Marzeń", tak Romka i A’tomka… podkładają kobiety! I jasne, kobiety grające "chłopięce głosy" ale jednak to razi.
Ktośby powiedział : „Co się dziwię, przecież to dzieci?” Szczerze mówiąc, mam prawo do zaskoczenia. Papcio chyba nigdy nie definiował ich wieku. Obydwaj wypowiadali się zazwyczaj w bardzo dorosły sposób, prowadzili różne pojazdy i mieszkali sami (w każdym razie nigdy nie przypominam sobie nawet najdrobniejszej aluzji do rodziców czy opiekunów) Długa historia w skrócie : Zawsze myślałem o nich bardziej jako 14-15 latkach, czyli już po mutacji!

To pewnie kwestia osobistego nastawienia ale jakoś mnie to gryzie. Nie tylko brzmią jak klony "Bolka i Lolka", ale nie ma między nimi krzty zróżnicowania. W rezultacie kwestie w piosence „Ani kotek ani miś” czy tym bardziej „Tytus my kcohamy Cię!” brzmią infantylniej niż powinny. Szkoda, bo sam tekst piosenki jest nawet w klimacie humoru komiksu.

Ok., ale przejdźmy do treści. Przed nami łącznie 22 minuty "Tytusowej zabawy"...
                           

          <odgłos organów przy tej planszy brzmi jakby zapowiadali jakiś horror klasy B...>

Odcinek pierwszy się zaczyna i widzimy Papcia Chmiela w pełnym majestacie…


Albo przynajmniej tak mi się wydaje, że to ma być On. Wyglądem nie tyko odbiega od tego komiksowego, zwłaszcza w okolicach dolnej szczęki...



Ale i tego którego widzimy w czołówce :
 
Ok, więc szuka co narysować by stać się sławny (jak my wszyscy) i nie może nic wymyślić... Wali pięściami w głowe, a następnie maniakalnie głową w biurko, aż te te się rozpada… Em... Tiaaa... Szczerze powiedziawszy zaczynam rozumieć czemu Papcio miałby do tego obiekcje. Ten komiksowy był zdziecinniały i cudaczny ale tu zachowuje się jak skończony psychopata.  
Pomimo tej drobnej usterki jednak muszę wyrazić zdziwienie co do wypowiedzi Papcia, iż film jest „jakoby  na podstawie jego książeczki”. Fabuła pierwszego odcinka bowiem niezwykle wiernie trzyma się genezy komiksowego Tytusa. Papcio rozlewa atrament, przerabia plamę na małpę i ta (naturanie) ożywa. Wszystkie motywy, żarty i dialogi są bezpośrednio przeniesione z pierwowzoru. 
"Hurra! Niech żyję!"
                                      
Jak wspomniałem wcześniej – „dzikość Tytusa” jest także obecna.
Główna różnica taka, że całość jest rozbudowana i urozmaicona nowymi wątkami. Ale i to wydaje się być wierne komiksowemu duchowi. Tytus kąpie się w wodzie utlenionej przez co cały siwieje więc postanawia sam się pokolorować..

Wypala także (na raz) całą paczkę papierosów by poczuć się bardziej człowiekiem – znów nie odbiega od tego co wyprawiałby w komiksie, a samo w sobie zabawne i z pewnym złośliwym komentarzem. Choć zapewne dzisiejsza cenzura miałaby ogromny problem z tą sceną, nawet jeśli zachowanie Tytusa ukazane było w sposób (delikatnie mówiąc) negatywny...



                                                              "Teraz wyglądam jak człowiek"

I jak w oryginale Papcio wzywa na pomoc Romka i A’tomka przez coś co wygląda jak prymitywna wersja Skype…  Wiecie? Teraz dopiero zwróciło moją uwagę, że tak naprawdę nigdy nie było powiedziane skąd Papcio zna Romka i A’tomka w pierwszej kolejności i jaka jest ich relacja. To część uroku, jasne ale jednak daje nieco do myślenia…

                                                                "Będziemy za 523 sekundy..."

 NOTA : Romek widząc Papcia w kosmicznym hełmie (akwarium) zastanawia się czy Tytus jest "kosmiczną małpą". Czyżby ukłon w stronę naj-naj-naj starszego komiksu o Tytusie, gdzie został znaleziony w rakiecie gdzie robili na nim eksperymenty jacyś źli zachodni naukowcy? Pewnie nie, ale i tak śmieszny zbieg okoliczności...

 Romek i A’tomek ruszają z odsieczą. Podoba mi się, że zadali sobie trud z animowana jak wybiegają z domu, zbiegają po klatce, biegną przez miasto i docierają do Papciowej siedziby (Dekoracje są narysowane całkiem śliczne swoją drogą) Dziś pewnie by sobie to darowali nazywając sekwencję zbędnym wydatkiem.


Napis na drzwiach Pracowni Papcia widać tylko kilka sekund . Znów – fajnie, że im się chciało tak dopieścić detale.  Inny fajny żarcik to Romek komentujący "Ale wyje ta małpa" choć zza drzwi dobiegają Papciowe rozpaczania.


                                        „Zastęp baczność! Do akcji odomałpiania Papcia Chmiela przystąp!”
Romek i A’tomek wkraczają do akcji...
Wiecie? "Złodzieje Marzeń" mieli wiele problemów (z łopatologicznym dytaktyzmem natręntnego moralizatorstwa na pierwszym miejscu) jednak to co gryzło mnie najbardziej to jak zaprezentowano postacie Romka i A'tomka. A właściwie nie zaprezentowano bo nie tylko nie dostali nic do roboty ale jeszcze 
kompletnie olano ich cechy charakterystyczne. A'tomek jeszcze jako-tako sprawiał wrażenie mądrali (co nie jest jakimś hiper oddaniem komiksowego ale przynajmniej "coś") Romek zaś został kompletnie ogołocony ze swojego charakterku. Aby przez cały film nie pojechał ani razu po Tytusie? Bluźnierstwo! To naprawdę irytujące, gdy masz w filmie trzech tytułowych bohaterów, z czego dwóch okazuje się kompletnie zbędnych.

("Yheeee! Śpiewaliśmy piosenkę w ostatniej scenie więc ludzie będą pamiętać, że też byliśmy w tym filmie!")

Tutaj…? WOW! W kilka minuty czasu ekranowego oddano i scharakteryzowano ich tu lepiej niż w całych "Złodziejach Marzeń" razem wziętych. Prawda, nie umiem do końca oswoić się z kobiecymi głosami przez co Romek nie ma cynicznego wydźwięku z którym go sobie zawsze wyobrażałem (plus jak pisałem brzmią prawie identycznie) jednak nie zmienia to faktu, że są przedstawieni jak trzeba... A co za tym idzie fajnie!  Są zabawni w swojej harcerskiej poprawności, A’tom wyróżnia się jako przywódca-intelektualista, a Romek choć nie jest tak złośliwy jak w komiksie (choć swoje przekąsy ma) prezentuje się całkiem charyzmatycznie. 
Znów – nie rozumiem skąd u Papcia zarzuty o braku sympatyczności obu chłopców. Tu są całkiem przyjemni…
A’tom daje Tytusowi wyciętego z papieru banana, ten nadmuchuje go jak balon, obiera ze skórki i zjada…. Oto rodzaj absurdu i surrealizmu którego szczerze spodziewam się po animowanej adaptacji Tytusa, Romka i A’tomka. Komiks był tak abstrakcyjny (postacie czasem dosłownie łamały kadry) że wersja filmowa powinna odzwierciedlać i tę stronę. 
AAAAAAA!!!! Tytus grozi Romkowi i A’tomkowi nożem!!! To adaptacja z mrocznym zwrotem akcji!!!

Ok, spokojnie tylko się wygłupia, aczkolwiek nie zdziwiłbym się jakby to przyczyniło się do tak oschłej retrospektywy Papcia. Dzisiejsza Cenzura zapewne też by miała z tym problem, być może nawet z faktem skąd nóż się wziął w pierwszej kolejności - czyli był w pasie A'tomka. Dziecko noszące potencjalną broń i umiejącą obchodzić się z nią odpowiedzialnie? Skandal!!!!

 Swoją drogą całkiem klawo, że chciało im się umieścić logo ZHP na klamrze A'tomka (znów ciężko nie docenić zadbania o detale które widać tylko przez sekundę) plus mamy całkiem zabawny - i szybki - żart gdzie przerażony 'Atomek skacze Romkowi na ręce, ten go zwala i sam się perfidnie ładuje w ramiona kolegi. Mały akcent ale jak fajnie charakteryzuje Romka.





Odcinek puentuje się całkiem zabawnym dialogiem między trójką bohaterów. W pewnym momencie włącza się Papcio który słysząc, że z "Tytusa będą jeszcze ludzie" zaczyna lamentować z okna, iż wystarczy by był tyko jeden Tytus... "byle tylko mądrzejszy".  A'tom jest oburzony, że żądny uczłowieczania szympans mógł tak wymaltretować swojego twórcę jednak Tytus zapewnia kolegów, iż "Papcio sobie teraz odpocznie. Przecież dalszy ciąg dopiero za tydzień".
Znów - bardzo w Tytusowym stylu. Skoro w książeczkach był świadomy, że to wszystko komiks ma sens by w adaptacji "łamał czwartą ścianę" i nie ukrywał się z faktem, że to film animowany... i to serial w dodatku.
Drugi odcinek pt. „Edukacja” także trzyma się wydarzeń  z "Pierwszej Księgi" i pomimo drobnych inwencji "tu i tam" z tamtąd zaczerpnięta jest lwia część żartów.



Typowy dzionek chłopców :  Tytus ucząc się geografii nadmuchał za mocno globus-balon, ten eksplodował i teraz nasze trio leci przez niebiosa. Bardzo fajny, surrealny obrazek zainspirowany komiksem.
Lądują w Zoo czym A’tom jest podekscytowany bo mogą rozpocząć lekcję Zoologii. Znów, bardzo „Tytusowy” zabieg narracyjny.  


Skacząc od zwierzaka do zwierzaka Tytus ląduje między małpami, te rozbierają go do naga śmiejąc się, że "wujek udaje człowieka".  Podoba mi się jego nieszczęsny wrzask „RATUNKU! Nie chcę być małpą!”. Romek i A’tomek ratują przyjaciela. Romek proponuje odeskortować nagiego Tytusa na sznurku gdyż „Naga małpa nikogo nie zgorszy”.

Po drodze naturalnie wszyscy przechodnie częstują Tytusa słodyczami. Mamy też urokliwe akwarelowe uliczki (Warszawskie jak przypuszczam)
Wspomniałem o muzyce… O ile do  wykonania piosenki miałem pewne wątpliwości tak główny motyw muzyczny (którego niestety nie widać na tych screenach) jest całkiem przyjemny. Nawet rzekłbym, że świetnie pasuje do klimatu przygód Tytusa, Romka i A’tomka.

Tak czy siak, bohaterowie docierają do domu i...


Romek :Nas nikt nie pogłaskał, a ni niczym nie poczęstował, a przecież jesteśmy piękniejsi od Tytusa” Nie słyszałeś Papcia? Jesteście „niesympatycznymi brzydalami”!!!!

 Ale żarty na bok – Serio!? Ile ty masz mieć lat? Sześć!? (choć w sume sam już się w tej kwesti pogubiłem) Chcesz mi powiedzieć, że jesteś aż tak narcystyczny i niedowartościowany, że wymagasz by każdy napotkany obcy życzliwie Cię przytulił i dał łakocia? Czy rodzice nie mówili Ci, że... Ach! Zapomniałem! Ty nie ma rodziców. Tylko współlokatora drużynowego z którym spędzasz czas na edukowaniu gadającej małpy, którą nawiedzony staruszek ożywił z plamy tuszu.
Mózg mi się wykręca jak próbuje analizować logikę tego świata… WOW! To na serio jest zupełnie jak komiks!


Swoją drogą Romek i A'tomek mają ładne typowo Polskie mieszkanko. Harcerstwo musi być opłacalnym zawodem. A może jakieś dotacje za "uczłowieczanie" Tytusa?


Tytus dosłownie próbuje wykuć na blachę książkę… Znów – równie przekomiczne co w oryginale!



Wiecie? Jest taka teoria, że jakby zamknąć tysiąc małp w jednym pokoju z tysiącem maszyn do pisania, to po pewnym czasie nieświadomie zaczęłyby pisać cytaty z Szekspira…. A Tytus przepisał "Lokomotywę" Tuwina sto razy w niecałą godzinę, tworząc po cztery kopie jednocześnie. Co za małpa proszę Pana!


I pomimo, iż Tytus właśnie wykazał IQ tak wysokie, że zaczynam mieć obawy czy stanie się człowiekiem nie będzie w jego przypadku cofnięciem się w rozwoju, Romek i A’tomek serwują mu przyśpieszoną edukację pseudo-naukową metodą wymyślona przez A’tomka...

...Co naturalnie nie wypala i Tytus zaczyna bredzić od rzeczy. Jego monolog („A kwadrat plus B kwadrat równa się Jagiełło pod Grunwaldem, zawołał : Urszulko Ty Moja, a zbójców było dwunastu! Szpreche icz dojcz!” ) jest śmieszny jak diabli.












Co robić? Ależ naturalnie zawiadomić Profesora T.Alenta!
Uf! A już chciałem wytknąć, że choć ten pojawia się w czołówce…

…jest nieobecny w serialu. Ale nie! Dosłownie na ostatnie kilka minut ostatniego odcinka wkracza do akcji. Znów – zero kontekstu skąd się znają ale to bardziej wina oryginału niż adaptacji. Pragnę zwrócić też uwagę dwa screeny wyżej, że chłopcy używają jeszcze bardziej skomputeryzowanego wynalazku komunikacji niż Papcio.  Ot, wyobrażeneie sprzed 25 lat jak wyglądają komputery...
Profesor z kolei wygląda nieco creepy (czyt. "kripi" – czyi „upiornie”) W fajnym akcencie jak w komiksie biegają po nim myszki… Przez co nie jest już creepy tylko creepy jak cholera. Po raz pierwszy poważnie kwestionuję to, że chłopcy przybywają z nim sam na sam. Czy ten Instytut naukowy miał kiedyś jakichś innych pracowników? I od tak dają by robił eksperymenty na ich przyjacielu? To się robi poważnie niepokojące…
Profesor "wyjałowiał" Tytusowi mózg do zera robiąc z niego kompletnego tłuka który nawet czytać nie umie. „Wspaniale, kompletny analfabeta”, oznajmia T.Alent rad, że od jutra mogą zacząć naukę od zera.... I tak tym oto (ym…) optymistycznym akcentem i brakiem jakiejkolwiek reakcji ze strony Romka i A’tomka ostatni odcinek się kończy!

Szczerze mówiąc jestem rozczarowany… że nie powstało więcej. Serial problemów miał kilka ale to co dobre było bardzo dobre. Ba! W kontraście z moimi obawami jak bolesne to będzie, prezentuje się wręcz wzorowo! Całość trzyma się wiernie komiksu, nowe inwencje są w jego duchu, a postacie zachowują swoje charaktery, dynamikę i dowcip. Nawet dla tych co nie znali komiksu to miało potencjał na całkiem fajny serial. I plastycznie robiło się chwilami ciekawie i nie jest robione strikte pod dzieciaki. Jest z czego dorośli mogliby się uśmiać, animacja dobra i tworząca niezwykle przyjemny klimacik.
                                             
Naprawdę nie rozumiem większego wsparcia ze strony autora  i w sumie bardziej przychylam się plotką, że jego pierwsze reakcje nie były wcale takie zimne. Czyżby to podobna sytuacja jak z Allanem Moorem (autor „V jak Vendatta”, "Watchmen", "The Killing Joke" ) który choć uczciwie przyznaje się, że nie oglądał adaptacji filmowych swoich komiksów i tak miesza je z błotem „dla zasady”?



Jakby nie było oba odcinki stanowią dziś dla fanów Tytusa raptem ciekawostkę jednak uważam, że ci którzy odważą się na seans spotkają się z całkiem miłą niespodzianką. Oba odcinki byłby świetnym dodatkiem na DVD „Złodziei Marzeń”, bo niestety same w sobie są za krótkie na solowe wydanie (wspólnie mają dwadzieścia dwie minuty) ale pewnie przez to, że za projekty odpowiadają dwa (z tego co rozumiem) różne studia nie doczekamy się tego prędko.

Co najważniejsze – obydwa odcinki przypomniały mi za co lubię te postacie i klimat ich przygód. Aż chce się iść odświeżyć trzy-cztery księgi…

POLECAM! (Tytusomaniaką naturalnie)



Do usłyszenia
Maciej Kur