środa, 8 grudnia 2010

ILUZJONISTA (Sylvain Chomet, Jacques Tati 2009)







Przyznam szczerze – na film nie szedłem oczekując, że będzie to kolejne „Trio z Belleville” bo jak wiedziałem nie było to intencją autora. Liczyłem, jednak, że będzie to dzieło trzymające mimo wszystko naprawdę dobry poziom.
Być może nawet miałem gdzieś z tyłu głowy lekką obawę, że po wyjściu z kina ilekroć będę nawijał o Chomecie   
 Geniusz nad geniusze, zrobił moje dwa ulubione filmy! – będę zmuszony dodawać – A tak. A potem zrobił „Iluzjonistę” <pauza 5 sekund> Ta...  Zmieńmy temat! JUŻ!!!

Ciężko się dziwić. Scenariusz nie jego, a Jaquesa Tatiego (dla tych którzy o kinie nic nie wiedzą – francuski reżyser i aktor komediowy) , realizowany pośmiertnie ponad pół wieku później,  a co za tym idzie nie dający Chometowi zbyt wiele miejsca na popis jego własnej wyobraźni (choć swoje dwa grosze zrobił bo zastąpił kurę królikiem i takie tam), abstrakcyjnemu stylowi czy czarnemu jak smoła humorowi.
I faktycznie. „Iluzjonista” to było coś kompletnie innego... Ale zarazem  niezwykle czarującego!!!

Przez film panuje dziwna nostalgiczna atmosfera, dzięki której miałem wrażenie, że de facto oglądam coś co powstało kilka dekad temu.   W duchu epoki z jakiej wywodzi się scenariusz wszystkie sceny w filmie to, niekiedy długie, master-shoty (zero zbliżeń na twarze postaci ect.) i nic nie zostało na siłę „updatowane” jeśli o tępo historii czy scen chodzi. Wszystko posuwa się wolno i spokojnie – jak to w starych filmach bywało – a zarazem dzięki temu świetnie buduje poszczególne postacie, świat, przez co wydaje się bogatszy. I tu lekki problem, gdyż dla widza nie obeznanego z klasycznym kinem, a żyjącego obecnymi tworami film ten będzie... Po prostu nudny! Nie można winić reżysera – trzymał się scenariusza. Nie można winić widza – „Iluzjonista” jest to dzieło innej epoki.

To ciekawe, ale choć Tati znany jest głównie z pociesznych komedii, tu dominuje przede wszystkim melancholia. Scenariusz co prawda z założenia kwalifikuje się na komedię, jednak jeśli ktoś oczekuje na jakąś bogatą w huragan gagów scenę to się rozczaruje –  Humor jest tu zepchnięty na trzeci czy nawet czwarty plan i są to głównie żarty delikatne, proste i  subtelne.  W sumie zaśmiałem się głośno tylko w jednym momencie i (o ironio) był to dowcip o samobójstwie. Film pokazuje „zabawiaczy” jako najbardziej zmarnowanych życiem ludźmi, a im dalej w film tym coraz więcej przygnębiających akcentów.  Na szczęście po końcu seansu  człowiek nie wychodzi „pusty w środku” gdy wszystko podane z odpowiednią dawką serca i uroku – trochę jak gorzkie lekarstwo z mieszane z ociupinką cukru – i dobre dla ducha i satysfakcjonujące. 



 Przechodząc do animacji – Jest z pierwszej półki! Dobra bo ręczna! Chomet znalazł idealną równowagę w animacji groteskowego świata z swoich wcześniejszych filmów i bardziej realistycznej historii. Przez co z jednej strony wpasuje się idealnie w jego kanon czy uniwersum (nawet dwie postacie z jego wcześniejszych filmów robią cameo’sy), a zarazem jest to coś zupełnie nowego i unikatowego (Ba! Fajnie dla odmiany zobaczyć u Chometa postać młodej, ładnej dziewczyny jako bohaterkę – zamiast typowych starych babć czy głodujących anorektyków)


Zaciekawiło mnie pokazanie magicznych sztuczek tytułowego bohatera. Wiadomo – gdy mamy w jednym ujęciu filmu aktorskiego iluzjonistę który zakrywa  pustą szklankę chustką po czym odkrywa i jest pełna, myślimy
- Choróbsko! Jak on to zrobił?
(odkładam na bok dzisiejsze możliwości efektów specjalnych)
W animacji? To już nie jest to tak samo imponujące.
Tu sztuczki są stałą manierą postaci. Choć wykonuje je z diabelną precyzją i nie są wyjaśniane, są one wykonywane w sposób, dzięki któremu są na tyle wiarygodne, że jestem w stanie kupić, że są to sztuczki, które ktoś mógłby wykonać w prawdziwym świecie. Oglądając odniosłem wrażenie, że animatorzy rozpracowali logikę każdej (konsultacje z prawdziwymi iluzjonistami?)  by postać pomimo profesjonalizmu swojego fachu miała pewną nutę „niedbałości” przez co można na spokojnie dociec, co w którym rękawie chowa...



Podobnie jak "Trio" film jest prawie niemy, jednak o ile w tatym dziele postacie nie mówiły wogóle, od czasu do czasu padały w tle tylko jakieś pojedyńcze zdania/mruknięcia, tu Chomet poszedł trochę w inną stronę. Postacie ciągle mówią rzadko jednak jak już to robią jest to kompetnie nowy język. Tu i tam padają znajome słowa jednak większość brzmi jak coś między gadką z gry "The Sims" a Boomhowerem z "King of the Hill". Słowem - bełkot. Niestety, jest to nieco rozpraszające, gdy w paru momentach padają prawdziwe zdania, ponieważ człowiek do reszty się gubi - po jakiemu oni wkońcu gadają. Tyci wada - ale jednak.

Cóż rzec?
Fani Tatiego powinni być zachwyceni. Film nie tylko opowiada jedną historię której on nie zdołał, ale posiada parę przyjemnych mrugnięć okiem które dodadzą dodatkowego smaczku (jest jeden spory ale go nie zaspoileruję)
Fani Chometa także powinni być zaspokojeni – i nawet dobrze, że będzie ma teraz w swoim dorobku coś zupełnie odmiennego i nikt mu nie zarzuci, że jak Burton wszystkie filmy ma w tym samym stylu (Na swój sposób to taki jego „Ed Wood”)
Widownia masowa? To jednak nie jest film dla nich. Jak wspomniałem - dla nich "Illuzjonista" będzie za wolny, za mało dynamiczny i za mało zabawny. To obraz który próbuje być „w zupełnie starym stylu” za równo pod względem opowiadania jak i atmosfery. Wychodzi mu to koncertowo, ale obawiam się, że bez odpowiedniego nastawienia i kontekstu do każdego widza nie trafi. Niby szkoda, ale czasem nie każde filmy mogą być dla każdego.

To dzieła Panie Chomet! Chcemy więcej! :)

1 komentarz:

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń