sobota, 22 października 2011

Recenzja : Melies the Magician (DVD)


Spragniony odświeżenia sobie początków historii kina postanowiłem zakupić jakieś kolekcję najstarszych ojców kina to jest Braci Lumiere i Georges’a Meliesa.

Wydawało mi się instynktownie oczywiste, że historycy filmowi zadbali o to by dorobki twórcze tych Panów były powszechnie dostępne na DVD (są w domenie publicznej do licha).  W jak najlepszej jakości (jak na te filmy ma się rozumieć), w obfitych zestawach zawierających nie tylko chronologicznie ułożony zbiorek filmów (niby mieli tego wiele, ale nie można zapominać, że większość tych filmów trwa zaledwie kilka minut), a także jakiś obfity film dokumentalny retrospektywa, komentarz audio-historyjków i ze dwa urozmaicające zakup bonusy.
Istnienie takich produktów powinno być oczywistą i oczywistością i obowiązkową lekturą na półce każdego prawdziwego miłośnika kinematografii...

Tymczasem na Amazonie nie znalazłem nic poświęconego Lumierom (!!!) Jest jeden czy dwa filmy dokumentalny o początkach kina, ale zero jakichś konkretnych kolekcji.

POWAŻNIE!? Ojcowie kinematografii, ludzie bez których nie mielibyśmy dziś kina (Ok., pewnie byśmy mieli bo tyle wtedy z tym eksperymentów robili, że pewnie ktoś by inny prędzej czy później wynalazł ale jednak) i zero DVD poświęconych ich twórczości?!

O! O takim Edisonie jest kolekcja! Całe cztery DVD z jego chronologicznymi filmami (i pewne jakimiś dodatkami) ale z tego co widzę drogie jak diabli i dostępne tylko z drugiej ręki bo wyprzedane. Ale o Lumierach? Nic! Zero!

Ale popatrzmy na kogoś kto o wiele bardziej mnie interesuje Gorgesa Meliesa. Bo fajnie, że Lumierowie umieli nakręcić pociąg jak przyjeżdża na stacje, ale Melies pewnie zrobiłby ten sam film tylko, że pociąg by zniknął zamieniając się w stado motyli albo coś w tę stronę.

                                                       
Ok.! Jest jedna kolekcja – „Melies the magician”! Z opisów wynika, że DVD zawiera kolekcję jego filmów i film dokumentalny (jako dodatek). Gdzieś mi coś mignęło o prawie czterech godzinach materiału. Wybornie. Być może nie będzie to  obfity zestaw ale przynajmniej główne smaczki jego dorobku...

Niestety! Zostałem zmylony. To film dokumentalny jest tu główną atrakcją, a dzieła twórcy stanowią dodatek/uzupełnienie. Jest ich raptem piętnastka (biorąc pod uwagę, że Melies zrobił ich ponad 500 to krople w morzu), w dodatku zlepione w formę retrospektywy z wnuczką Meliesa w roli narratora (jakby ją wyciąć, to całość trwałaby około 40 minut, tak trwa równo godzinę).

                                 
Rzecz jasna nie będę mieszał z błotem tego produktu gdyż sam w sobie jest bardzo dobry. Dokument trwa PONAD dwie godzinny, jest świetnie wykonany, doszczętnie wyczerpuje temat życia Meliesa, między innymi wyjaśniając jak wykonał część ze swoich efektów specjalnych. Jako bonusik kilka razy w paru momentach pojawia się słynny Meliesowski księżyc i kilknięcie go przenosi nas do filmu o którym właśnie mowa, ale są to niestety wyłącznie filmy z znajdującej się na płycie piętnastki.

Napomniana „kolekcja” jest zlepiona w jedną ciągłość, połączona w formę prezentacji w kinie, z wnuczką Meliesa w roli narratora i z pianistą grającym „na żywo” muzykę. To całkiem trafiony pomysł – z sympatycznym wprowadzeniem na początku prezentacji i krótkim przerywnikiem między filmami dodającym im kontekst. Dodaje to także atmosfery epoki w której filmy były puszczane. Moja jedyna uwaga to fakt, że wnuczka Meliesa okazyjnie komentuje W TRAKCIE filmów! Głównie wyjaśniając nam fabułę. Rozumiem, że „zewnętrzna narracja” grała rolę gdy te filmy były puszczane w kinach, jednak naprawdę bym wolał gdyby była opcjonalna. Taka „Podróż na księżyc” naprawdę świetnie się broni bez żadnych dopowiedzeń, pozostawiona wyłącznie interpretacji widza.

W kolekcji mamy :
1* Un Homme De Tetes  – Melies odrywa sobie głowę i te zaczynają śpiewać. Wyborne!
2* Le Voyage Dans La Lune – Najbardziej znany film Meliesa. Grupa naukowców zostaje wystrzelona z armaty na księżyc i następnie przystępuje do jego podboju. Pierwszy film science fiction, istnie bajeczny i miejscami bardzo zabawny (najwyraźniej opcja parasola zmieniającego się w grzyb po wbiciu go w powierzchnię księżyca kwalifikuje się jako nauka) Co istotne to pełna wersja, z scenami zagubionymi przez lata, a odnalezionymi stosunkowo niedawno.

                                
3* Le cake walk infernal – Piekło w interpretacji Meliesa. Strasznie jak na owe czasy spektakularne.
4* Le Tripot Clandestin – Grupa hazardzistów kontra Policja. Nic dodać nic ująć.
5* Le Melomane – Melies wraca do bawienia się głową, tym razem zamieniając je w nuty w dziwnym muzycznym świecie. Świetnie po prowadzony pomysł jak na film niemy.
6*Le chaurdon infernal – Pierwszy barwny film w zestawie. Melies jako diabeł wrzuca kobiety do kociołka (hum). Film niestety kończy się dosyć urwanym ujęciem diabła wskakującego do kociołka, przez co przeskakuje do ludzi w kinie zbyt gwałtownie z muzyką ciągle grającą w tle. Szkoda, że nie zakończyli tego po prostu kilkoma sekundami ciemności, bo wygląda tak jakby ucięli kilka sekund filmu.



7* L’homme a le tete en cauotchouc – „Egocentryk” Melies daje upust swojemu fetyszowi odcinania swej głowy w historii o człowieku który tworzy głowę z gumy, a następnie ją powiększa.
8* Les Cartes Vivantes – Melies robi sztuczkę karcianą na gigantycznych kartach do gry które zaczynają ożywać.
9*Les Affiches En Goguette – Satyryczna anegdota parodiująca ówczesne afisze reklamowe. Jak zostaje nam w między czasie wyjaśnione przez wnuczkę Meliesa jej dziadek wynalazł reklamy i product placement. A mamy mu za to dziękować gdyż... ?  
10*Le Locataire Diabolique – Drugi barwny film w zestawie. Pewien jegomość wyciąga z walizki całe umeblowanie mieszkania, a później pakuje wszystko powrotem gdy przychodzi kolej na zapłacenie czynszu.
11*Le Rois Du Maquillage – Melies rysuje karykatury, w które zaczyna się kolejno przemieniać.
12* Le Thaumaturge Chinos – Ten film mogę streścić – Melies biega przebrany za Chińczyka i robi niesłychanie dziwne rzeczy i magiczne sztuczki.

13*Barbe-Blue – Opowieść o Sinobrodym. Jak dla mnie istna perełka i najciekawsza rzecz na płycie, bo nie jest tak znany jak podróż na księżyc ale równie epicki w swoim wykonaniu. Definitywnie jest to także jedyny gdzie narracja wnuczki Meliesa jest świetnym uatrakcyjnieniem zamiast rozproszeniem.

 
14*Nouvelles Luttes Extravagantes – Siłujące się Panie i Panowie z wieloma świetnymi iluzjami tu i tam. Całość wydaje się wręcz prekursorem kreskówek ala Loony Tunes.
15*L’homme orchestre – Melies pokazał nam, że umie powielać głowy to teraz powiela całego siebie i tworzy nam niebywały koncert.

Szczerze mówiąc gdyby na płycie znalazło się z dziesięć filmów więcej (głównie z tych naprawdę epickich jak ten o królestwie wróżek, podróż na biegun czy Meliesowskie 200 000 mil podwodnej żeglugi), a DVD byłoby naprawdę wartę polecenia nie jako „Świetny dokument”, a jako „Całkiem przyjemny zbiór najlepszych filmów Meliesa”. Póki co DVD mogę polecić tylko jako to pierwsze i w tej kategorii jest warte swojej ceny, a kolekcja choć (obiektywnie patrząc) skromna jest mimo wszystko niezwykle sympatyczna.

Pozostaje nic innego jak wzruszenie ramionami i poczekaniu na moją wymarzoną kolekcję...  

                             

 ~Pozdrawiam
Pan Miluś

poniedziałek, 17 października 2011

~It’s Recenzja Time : Shrelock Holmes is Baffled!/ Sherlock Holmes jest Zaskoczony! (1900)


        Zauroczony „Sherlockiem Holmesem” Guya Ritchiego z niecierpliwością wyczekuję sequela nic nieznacząco zatytułowanego „A Game of Shadows”. Gdy człowiek tak cierpliwie siedzi i czeka w jego świadomości rodzi się pytanie... Czy kiedykolwiek istniała równie powalająca, wciągająca, prosząca się o sequel, a zarazem wierna duchem adaptacja dzieła Arthura Conanna Doyle’a?

           LEPIEJ! Istniała jedna kilkaset lepsza!

           Mowa rzecz jasna o wiekopomnym dziele jakim był „Sherlock Holmes Baffled”, Artura Marvina z 1900! Pierwsza w historii adaptacja przygód Sherlocka Holmesa, niewiele odbiegająca poziomem od Obywatela Kane’a swoich czasów jakim był zrecenzowany przeze mnie swego czasu "The Sick Kitten" (Matko i córko! To dopiero był kawał dobrego kina...)

             Na początek trzeba zachwalić Pana reżysera odważne podejście reżysera, który w żaden sposób nie wprowadza postaci wielkiego detektywa. Przeciwnie! Daruje to sobie z góry zakładając, że widz dobrze zna tę ikonę literatury. Ba! Sam intrygujący tytuł (w wolnym tłumaczeniu „Sherlock Holmes zaskoczony”) wydaje się być skierowany do wiernych fanów postaci. W dodatku nie jest to adaptacja żadnej znanej nam opowieści, a kompletnie nowa, tętniąca suspensem odsłona.
             


              Podobnie jak Guy Ritchi, Marvin od pierwszej sekundy bombarduje nas akcją, wrzucając nas w sam środek wydarzeń. Oto jesteśmy świadkiem zuchwałej kradzieży w wykonaniu tajemniczego zamaskowanego bandziora, o zasłaniającej twarz masce która dodaje mu nurki mistyczności budzącej w podświadomości obraz istoty paranormalnej. Bez dwóch zdań sam Hitckock oddałby pokłon Marvinowi.

                Nim jednak widz zdąży uronić pierwszą łzę, drąc się na ekran kiedy ta strzeliwa manifestacja bezprawia dobiegnie końca Holmes zjawia się w szóstej sekundzie, prędko bada sprawę swym przenikliwym spojrzeniem i nie biorąc większego namysłu wkracza do akcji,... Czy powala zbrodnialca jakimś zabójczym chwytem? A może zbulwersowany tym co się wyprawia w jego własnym domu w dzikim ataku szału przebije jego serce podręczną szablą?
                                
               NIE! Po prostu stuka go w ramie! Cóż za genialne zagranie w pełni demonstrujące nam nie tylko władzę nad sytuacją ze strony Holmesa, ale specyficzne poczucie humoru dodające bohaterowi nutki człowieczeństwa. Cóż, za czarujący bohater! A to dopiero jego trzecia sekunda na ekranie. Ciekawe jak rozwinie się akcj...

              ŁA!!!!! CO...  CO SIĘ STAŁO? Zło... złodziej zniknął!? Był sobie, a teraz go nie ma!? Co to do cholery jasnej za czarna magia!? Jak potężne będą moce którym Holmes będzie musiał stawić czoła!? Chciałbym wyobrazić sobie moment gdy Gorge Lucas po raz pierwszy obejrzał ten film. Bez dwóch zdań to właśnie to dzieło otworzyło przez nim cały świat efektów specjalnych.  Sam Sherlock Holmes jest jakby... Nie. Jeszcze nie jest zaskoczony. Sprytny Detektyw co prawda rozgląda się moment za złodziejem, jednak znany ze swojej przenikliwej dedukcji szybko uświadamia sobie jak absurdalne było wydarzenia i wnioskując, że owe spotkanie po prostu nigdy nie miało miejsca zapomina o tym co właśnie miało miejsce i  wyluzowany siada w fotelu.

                 Naprawdę gdy oglądałem to po raz pierwszy nie spodziewałem się, że będę miał do czynienia z tak głębokim studium psychologicznym postaci! Tu warto zaznaczyć, że w odróżnieniu od popularnego wizerunku Holmes zamiast fajki pali cygaro. Widać, że Marvin był awangardowym filmowcem który prędzej wydarłby ze swojej głowy wszystkie włosy niż pozwoliłby sobie na trzymanie się tak oklepanej kliszy.


               Podoba mi się relaksująca atmosfera, która nawet mimo oporów w ułamku sekundy utożsamiłaby nas z Holmesem. Ah! Być nim i od tak móc zapalić sobie cygaro i...     


 


             W MORDĘ JEŻA!

                Coś prysło niespodziewanie, a przed Holmesem pojawił się ponownie złodziej! Jak nigdy nic siedzi sobie zrelaksowany na stole, z towarzyszącą mu złowieszczą aurom, która jak nic podkreśla, że miał symbolizować Biblijnego szatana. Czyżby to właśnie to było tym szokującym wydarzeniem jaki zwiastował nam tytuł? Nie! Jeszcze nie! Holmes jako człowiek akcji szybko powstaje i wyciągając pistolet (albo wytykając złodzieja palcem, jakość obrazu jest tak dupna, że ciężko to stwierdzić) oddaje strzał, jednak złodziej ponownie znika by pojawić się raz jeszcze za Holmesem. No diabeł wcielony! Gdyby tylko Doyle mógł przewiedzieć do do jak pobudzających wyobraźnię, demoniczych dziwów zainspiruje jego seria...


          Jeszcze nie zaskoczony Sherlock wie, że ta szaleńcza gra w kotka i myszkę nie może dłużej trwać bez wpędzenia go w niewątpliwy obłęd. Gdy zły omen znika ponownie dzielny detektyw zabiera ze stołu worek ze skradzionymi przedmiotami (fakt, że nie zainteresował się nim po pierwszym zniknięciu swojego nowego największego wroga jest świetną symboliką pokazującą, że nikt nie jest idealny) Chcąc pozbawić złodzieja satysfakcji Holmes odkłada worek do konta, jednak...
  
                                 
        ŚWIĘTA ANIELCIO!  Gdyby nie to, że mój organizm zdążył się przyzwyczaić po wcześniejszych dwóch szokach zmarłbym w tym momencie na zawał serca. Oto worek ze złodziejem pojawia się nagle w drugim końcu pokoju i nim Holmes ma okazję rzucić się w morderczym pościgu złodziej znika.
                               
          Wreszcie! Stało się! HOLMES JEST ZASKOCZONY! Stało się! Nie wie co o tym myśleć. Pokonany wzrusza tylko rękami i odchodzi  z porażką. Jego zdolności intelektualne okazały się bezużyteczne. Czy mu się to podoba czy też, nie jest tylko zwykłym śmierlenikiem. Teraz pozostaje mu tylko rozwiązać zagadkę, która po oczywistej mimice nie tylko pojawiła się w jego umyśle, ale i w głowach każdego uważnie śledzącego film widza. Czy złodziej był prawdziwy? Czy możliwe, że ciągłe zagadki i sprawy uczyniły Holmesa paranoika, który nawet kiedy nie ma sprawy do rozwiązania jest przez nią świadomie rozwiązany? Czyż znikający złodziej nie wydaje się manifestacją wszystkich jego najpodstępniejszych wrogów, a także osobistych lęków i słabości? Czym jest rzeczywistość która nas otacza? Co tak naprawdę jest urojieniem, a co tak zwanym światem realnym? A jeśli my sami tak naprawdę jesteśmy tylko wytworem czyjejś fantazji? A co jeśli ten ktoś... Nie istnieje także?


               Sherlock Holmes Baffled” to prawdziwie satysfakcjonujący smaczek, nie tylko dla wielbicieli Holemsa oferując im intrygę przerastającą kreatywne zdolności samego Artura Conanna Doyle’a (na swój sposób dodaje książką nowej głębi, perspektywy i sposobu postrzegania postaci wielkiego detektywa), ale jest to prawdziwa uczta dla najwybredniejszych fanów mocnego kina, oczekujących od filmu czegoś więcej niż akcje, barwne postacie i zawiłe intrygi, ale odpowiedzi na tak odwieczne pytania jak przyczyna sensu życia.




               Oburzenie ogarnia mnie, że dzieło nie doczekało się jeszcze wydania DVD (z tak należytymi dodatkami jak dwugodzinna retrospektywa, i trzy-cztery commentarze audio różnych historyków kinematografii) Póki co polecam kopię dostępną na you-tubie która do czasu wydania dwu-płytowej edycji specjalnej, będzie musiała nas zadowolic... 



Pozdrawiam
~Pan Miluś 

czwartek, 13 października 2011

HALLOWEEN Z ZIOMALEM!!!

Do "Halloween" jeszcze sporo czasu ale uznałem, że wrzucę jakiś Halloween tematyczny smaczek (zwłaszcza, że jak zobaczycie takie rzeczy się wyprawiają, że strach wyjść z domu)

MIŁEGO CZYTANIA!




Pozdrawiam
Pan Miluś
BUHAHAHAHAHAHA!!!!

środa, 12 października 2011

Lis w Warszawie...

Idę sobie ulicami Warszawy...Tup, tup, tup!
Ulica Żwirki Wigury...
Tup, tup, tup...
Idę... Patrzę... A tu lis mi wyskakuje! Spory, rudy, najeżony i syczący agresywnie. Odskoczyłem, na szczęście nim mnie zwierz dziabnął, a na szczęśnie nie ruszył za mną w dziki pościg, tylko przy choniku przysiadł i syczy na każdego kto przechodzi sobie.

Stoję więc, tak w odległości z 10-20 metrów i patrzę co porabia. Nawet jak wścieklizny nie ma to pewnie rozdrażniony, bo Warszawa do jego środowisk naturalnych się nie zalicza, od aut, hałasów i świateł głupawki pewnie dostał i co gorsza ciężko tu o zatrudnienie. Jak ja go rozumiem.
Trudno! Trzeba po jakiegoś hycla dzwonić... albo przynajmniej na straż miejską albo na Policję, to coś zaradzą. W przeciwieństwie do reszty kraju mam o nich pozytywne zdanie...

Dzwonię pod jeden numer...
Zajęte!
Dzwonię pod drugi numer...
Proszę czekać... Proszę czekać... Zajęte!
Trudno! Kolejny numer...
Zajęte nie jest, ale nikt nie odbiera.
I znów pierwszy, znów drugi... i znów któryś tam... Jakaś równie zmartwiona Pani zasugerowała mi jakiś tam inny numer. Dzwonię. Włącza się jakaś Pani z taśmy i nawija i nawija...

No zajebiście! Jakby mnie napadli i gonili, to nim bym się dodzwonił zdążyli by mnie dopaść, pobić,  zgwałcić, przeprosić, zaprzyjaźnić się, zadość uczynić, zbratać i zaprosić na imieniny.
WRESZCIE!!! Odebrali, wezwałem ich, jednak nasz fantastyczny Pan lis znudzony monotonią siania lęku i potencjalnej wścieklizny zdążył pognać gdzieś w głąb parku. Ba! Może nawet złożył już jaja w czyimś żołądku!

Trudno! Przjechali ze straży miejskiej, pokierowałem gdzie lis się udał i gdzie ostatno widziałem, poszli szukać, dalsze losy lisa nie są mi znane. Albo wrócił do swego domu w lesie, gdzie czeka kochająca żona i trójka pięknych dzieci, albo dalej grasuje i kąsa jadowicie napotkane ofiary, albo został zabity i zlinczowany (kolejność dowolna), albo... Kto wie? Jest teraz w twoim mieszkaniu!

Także tak. Jako wzorowy obywatel zrobiłem co w mojej mocy by pohamować potencjalną plagę lisów, nie musicie mi dziękować... [tj. się nie obrażę ale jednak]

I to by było na tyle!

Pozdrawiam
~Pan Miluś

poniedziałek, 10 października 2011

Recenzja - Król Lew... w 3D!!!!

Zaintrygowany tradycyjnie animowanym filmem w technologii 3D, na wielkim ekranie poszedłem pewien czas temu na "Króla Lwa" i... było Ok.
Nie wyglądało źle, ale też bez rewelacji. Bez większej różnicy prawdę mówiąc. Niby wszystko bardziej przestrzenne, postacie w kilku momentach wyglądały dziwnie, ale ogółem dodatek w postaci 3D ni ziembi ni grzeje.

To ciężka spowiedź jeśli jest się hardcorowym fanem Disneya ale "Król Lew" nie zaliczał się nigdy do moich ulubionych filmów tego studia. Choć film cieszy się niewątpliwym kultem, jeśli miałby zrobić szczerą listę nie był by w mojej top piątce, a być może nawet w top dziesiątce. NIE dlatego, że jest zły ale dlatego, że poprostu znam całą masę filmów Disneya które uważam, za o wiele lepsze bądź poprostu bardziej trafiły mi w gusta.

Choć wszyscy zawsze pamiętają przekomicznych Timona i Pumbę i ich "Hakunę Matatę", dla mnie to był zawsze najsłabszy fragment filmu. Znów - to NIE jest zła piosenka, poprostu o wiele bardziej wolę "Przyjdzie czas", "Krąg życia" czy "Strasznie już być tym Królem chcę"...

Mam także mieszane odczucia co do przesłania... Niby mówi o tym by nie uciekać od swoich obowiązków, ale jest coś dziwnego w tym całym "Musisz pamiętać kim jesteś". Simba urodził się w monarchii, więc musi zostać królem czy mu się podoba czy nie. Nie może od tak powiedzieć sobie "Walę to" i i iść, cieszyć się beztroskim życiem  z kumplami. Nie, nie może bo wtedy rozlatuje się "Święty Krąg Życia" i zaczyna panować chaos. Niby ma to ręce i nogi w kontekście filmu, ale poprostu jest to dosyć mało uniwersalne przesłanie.
No bo co nam próbuje powiedzieć ta opowieść? "Jak nie zajmiesz rolę którą narzuca ci odgórnie społeczeństwo to ucierpi dobro ogółu"?
Nie posunął bym się co prawda do mówienia, że film jest o komuniźmie (bądź socjaliźmie czy kapitaliźmie) jak to jedni...



...poprostu jest w tym wszystkim coś nie do końca halo. Z drugiej strony ile z was widziało ten film tuziny razy i ani razu nie zastanawiało się nad tym jakie jest ogólne przesłanie tej historii?

Także z hipokryzji filmów muszę wytknąć fakt, że przez pierwsze pół godzinny filmu Zazu jest co rusz przez coś zgniatany, rozdeptywany (w tym przez słonie) i nie tylko jakoś ma się dobrze, ale cierpienie które zaznaje przedstawiane jest jako zabawne... Fajnie, jednak gdy Mufasa spada ze skały i zostaje zadeptany przez stado antylop jest to nagle smutne i tragiczne. Zastanawiam się czy dzieci śmiałyby się gdyby Ta scena miałaby miejsce PO śmierci Mufasy :

Nie to bym krytykował. Tak tylko gdybam..



Cieszy mnie pomysł by Disney wznowił w kinach więcej swoich klasycznych filmów. "Mała Syrenka" i "Piękna i Bestia" to były pierwsze filmy jakie zobaczyłem w kinie i było by frajdą zobaczyć je ponownie na wielkim ekranie.
Kurcze, bym był nawet za trendem by regularnie wznawiać w kinach stare filmy (niekoniecznie w 3D) Kto by nie był za zobaczeniem na wielkim ekranie "Milczenia owiec", "Dobrego, złegoy i brzydkiego", "Lśnienia", "Lotu nad kukułczym gniazdem", "Ben Hura" czy być może coś z naprawdę starych filmów jak "Nietolerancja" czy coś z Chaplina.
To by dopiero byłaby gratka...

Pozdrawiam
~Pan Miluś

wtorek, 4 października 2011

MFKiG Łódź 2011

Cóż moje motylki jedwabne! Tego roczny festiwal komiksu (i z jakiegoś tam powodu gier komputerowych) uważam za całkiem udany. Nie obłowiłem się tyle albumami co w zeszłych latach, ale jak zawsze było przemiłe towarzystwo, cała masa znajomych mordek, maiłem okazje popodziwiać animefilów w kostiumach (najbardziej rozwalili mnie ci przebrani za bandę Drombo z Yattamana), uścisnąć dłoń samemu Kariemu Korhonen’owi i.. Cóż to?

Życie ma smak!

Pozdrawiam
         ~Pan Miluś

niedziela, 2 października 2011

O PÓŁNOCY W PARYŻU (Midnight in Paris)



W swoim najnowszym dziele „O Północy w Paryżu” Woody Allen zabiera nas w magiczną podróż po wyidealizowanym, barwnym i  tętniącym swą świetnością Paryżu... Nie, nie! Nie mówię o całym aspekcie podróżowania w czasie do lat 20’stych gdzie nie możesz zrobić dwóch kroków by Hemingway, Salvador Dali albo Scott Fitzgerald postawili ci piwo, tylko o ukazanym w filmie współczesnym Paryżu
– Bez chaotycznych tłoków,
– Bez cuchnących, brudnych slumsów na każdym zakręcie,
– Bez wiecznie zakorkowanych ulic;
– Bez hałasu,
– Bez zaniedbanych stacji metra (że o jazgocie który wydaje nie wspomnę),
– Bez naciągaczy, żebraków i kieszonkowców,
– Bez skandalicznych cen,
 – I bez najczęstszego widoku – narzekających, potwornie rozczarowanych tym miastem turystów...

 Słowem – nie ma tego co czyni współczesny Paryż, współczesny Paryżem.
Nie – Pan Allen wysila się jak może by ukryć wszystkie minusy  współczesnego miasta, skupiając się tylko na tym jakie jest piękne...  i faktycznie! Jeśli odrzucić na moment brud, smród  i warcholstwo, to miasto prezentuje się po prostu cudnie.  Bajecznie! Niestety zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony, komu marzy się podróż do Paryża z kompletnie innej epoki. Gil, Hollywoodzki scenarzysta, marzący o karierze pisarza zalicza się do takich osób. Jak chce los (bądź być może tylko fantazje bohatera?) marzenie Gila zostaje spełnione i zostaje przeniesiony w lata 20’ste, gdzie wszyscy jego wielcy idole i znane osobistości tylko czekają na niego z wyciągniętymi rękami..

Podoba mi się prostota filmu Allena. Nie bawi się w wehikuły, magię czy w ogóle jakieś próby uzasadnienia tego co ma miejsca... Po prostu –bohater przenosi się w czasie. Co tu dodawać? Sama opowieść to dosyć prosta (jak nie przewidywalna) anegdota, ale ogląda się ją z taką przyjemnością, że nawet nie myśli się w tych kategoriach.

Łatwo, jak nie banalnie zrobić film z przesłaniem „Oh, jak paskudny jest czas w którym  żyje... Buuuu... O! Przeniosłem się w czasie w przeszłość. Tu też jest beznadziejnie, wracam do siebie”. Allen choć sięga po podobny morał, dochodzi do niego w kompletnie odwrotny sposób. To nie tak, że każda epoka jest zła... Każda jest wspaniała.

Film jako komedia nie jest specjalnie mocny, ale wypada sympatycznie. Nie ma tu gagów przez które cała widownia ryknie śmiechem, głównie subtelnie żarciki i aluzje do znanych osobistości... Choć były może i ze dwie co choć zabawne swoim założeniu wypadły raczej blado. W jednej scenie Gil próbuje streścić Bunuelowi fabułę (jeszcze nie powstałych przez kolejne cztery dekady) „Aniołów Zagłady”, jednak treść filmu kompletnie do niego nie trafia... Pomysł sam w sobie śmieszny, jednak wykonanie mogło być o niebo efektowniejsze. Wszelakie qui-pro-quo w filmie także co najwyżej przyprawiają widza o uśmiech...

To jednak nie film który próbuje powalić widza na kolana fajerwerkami humoru, a po prostu zostawić mu refleksje i przyjemne uczucie. I tu spełnia się wyśmienicie! Pewnie gdyby nie to, że już byłem i zobaczyłem po wizycie w kinie miałbym ochotę wybrać się do Paryża...

Więcej takich filmów Panie Allen!


~Pozdrawiam
Pan Miluś


P.S.
Na projekcji w kinie miałem przyjemność siedzieć między...

- Jedną Panią z córką (ok.15 lat) której co chwila szeptała ilekroć pojawiła się jakaś znana osobistość próbując wytłumaczyć jej kto to taki, a ta agreswnie reagowała za każdym razem "MAMO! WIEM KTO TO!"
- Dwiema niezbyt roztargniętymi nastolatami, które z koleji nie jarzyły większości postaci, dopiero jak pojawił Salvador Dali zareagowały "O JA CIĘ! WIEM KTO TO!"

To tyle... ;)