niedziela, 30 sierpnia 2015

ANNECY - REVIEWS! (recenzje)

Hejka

Tego maja po raz kolejny byłem na festiwalu animacji w Annecy i napisałem dla zaprzyjaźnionej strony (One of Us.net) serię recenzji filmów które tam widziałem - w języku angielskim rzecz naturalna. Do każdej recenzji poza zwiastunami zostały załączone zwiastuny oraz dodatkowe komentarze recenzenta Scott'a Johnson'a. Chłopaki byli tak fajni, że załączyli też nieco info o innych projektach nad którymi pracuję (nie, nie prosiłem o to) Aż krępująco się czuję,że mój film magisterski widnieje w okolicach zwiastunu geniuszu jakim był "Long way North"... ale niech im będzie ;) Stronę One of us.net samą w sobie polecam, gdyż zawiera tony świetnych podcastów, jajcarskich recenzji i tony świetnych osobowości (po części stanowiących weteranów Świętej Pamieci Spill.com)


Tak czy siak oto linki do artykułów. Mam nadzieję, że zaintrygują, gdyż z wyjątkiem jednego filmu, który pozostawił w moich ustach sporo złego smaku w tym roku seansy festiwalu stanowiły głównie same perełki :

- WPROWADZANKA
- APRIL AND THE EXTRAORDINARY WORLD (znany także jako "Alice and the Extrodinary World" i "April and the Twisted World") 
- EXTRAORDINARY TALES  (Ostatnia rola Christophera Lee!!!) 
- POSSESSED
THE CASE OF HANNA AND ALICE
- LONG WAY NORTH 

To tyle...

Miłej lektury i
Pozdrawiam serdecznie
Maciej Kur

niedziela, 23 sierpnia 2015

*Inteligencja jest względna*

Taka mała rozprawka o religii, ateizmie, inteligencji i głupocie...


Przemierzając ocean Internetu natknąłem się na informację na temat pewnej nastolatki z Wielkiej Brytanii\, która uciekła ze swojej ojczyzny do Syrii w celu zostaniu żoną dżihadysty z ISIS. Historia przykra i mogę współczuć tylko jej rodzinie i przyjaciołom jednak o ile ta informacja mogła mnie co najwyżej zasmucić, tak w stan lekkiej irytacji wprowadził mnie komentarz Pana Richarda Dawkinsa, wykładowcy z Oxfordu, profesora ewolucji i znanego anty-religijnego pieniacza (taki Ojciec Rydzyk ateizmu)

Cóż Pana Dawkinsa tak poruszyło w artykułach piszących o tej tragicznej historii? A no podkreślenie faktu, że nie mówimy tu o jakiejś tępej bibmie co zwiała zostać Islamistką w ramach jakiegoś młodzieńczego buntu (nie, to się zwykle przejawia akurat ateizmem) tylko o bardzo ułożonej uczennicy, z bardzo dobrym GCSE (w Anglii taki rodzaj wcześniejszej matury)  i aspiracjami by zostać lekarzem. Niestety bynajmniej informacja ta nie dotknęła go z tych samych powodów co możemy myśleć :

16-yr-old who ran away from UK to be a “jihadi bride” is called “intelligent” as per usual cliché. “Intelligent”?
If a girl as manifestly stupid as this gets good grades at school, is it time we examined our grading system?

(„16latka która uciekała z Anglii by być „żoną dżihadysty” zostaje określona „inteligentną” to zwykłu stereotyp. „Inteligentna”? Jeśli dziewczyna tak jawnie głupia dostaje dobre oceny, czy nie pora by zbadać nas system oceniania?”)

I dalej wyżywa się pisząc, że u nich na Oxfordzie jakby przyjęli ucznia o poglądach kreacjonistycznych to by znaczyło, że coś nie tak z ich systemem, że jeśli osoby które są uważane za „inteligentne” mogą należeć do ISIS to jaki poziom głupoty muszą wykazać by tego tytułu uniknąć i nawet posuwa się tak daleko by nie określać pozycji jaką przyjęła dziewczyna jako „żony” co „niewolnicy od seksu”.

Wypowiedzi Pana Dawkinsa same w sobie nie mnie zirytowały. Umówmy się paplał już o wiele gorsze nosnesny, czy to gdy oznajmił, że pedofilia i gwałt powinny być dzielone na łagodne i surowe, że kobiety które świadomie rodzą dzieci z zespołem downa zamiast iść do aborcji są niemoralne bo sprowadzają je na świat (poczym na pytanie człowieka z autyzmem, który spytał czy to źle się urodził zapewnił, że to ok. ponieważ ludzie w jego kondycji odróżnienia od tych z zespołem downa przynajmniej mają coś do zaoferowania dla społeczeństwa), że czytanie dzieciom bajek jest szkodliwe, czy nawet takie proste palnięcia bez namysłu jak, gdy skrytykował Papieża Franciszka zdaniem : „Papież Franciszek wierzy, że każdy z nas ma anioła stróża. I On jest głową Państwa który ma głos w światowych radach”. Czoło of przysłowiowego facepalmu ciągle mnie boli. No niesamowite odkrycie Panie Dawkins! Papież wierzy w Anioły! Mam równie szokującego newsa : Dali Lama wierzy w reinkarnację!!! Kto by przypuszczał, że głowa jakiejś religii… jest wzorowym przedstawicielem jej wierzeń i doktryn. Ten człowiek dla własnego dobra powinien na serio odseparować się tweetera bo z uczonego ci pisał książki o genach i ewolucji, zmienia się w ramola co papli co mu ślina na język przeniesie nie przetwarzając nawet ile w tym racjonalności.

Ale to co mnie zirytowało to nie kolejne mundrzenie Dawkisna tylko przykry fakt (o tyle przykry, że wypływający z ust człowieka uczonego), że ludzie ciągle mylą proste pojęcia na temat tego czym jest głupota, a czym jest inteligencja. Widzicie, pułapka w jaką łatwo wpaść do przekonanie, że świat ma czarno-biały podział. Ludzie albo są inteligentni, albo są głupi. Ewentualnie dzielimy to czasem trochę bardziej stopniowo : ktoś ma jakiś stopień inteligencji, ale ktoś inny nieco wyższy, niższy bądź równy. Być może najlepiej ilustrują to kreskówki „Looney Tunes”, gdzie kaczor Daffy zawsze będzie sprytniejszy od otępiałego myśliwego Elmera ale jakby nie wytężał umysłu zawsze będzie przechytrzony przez Królika Bugsa. Ludzie przyjęli  jako normę i nikt tego nie kwestionuje. Zapewne, gdyby we wspomnianych animacjach nagle pojawił się odcinek w którym Daffy wychodzi w jakiejś sytuacji na inteligentniejszego od Bugsa 90% widzów wybuchły by mózgi… bo przecież jak to możliwe, „on jest od niego mniej sprytny”? Równie dobrze kojot mógłby złapać i pożreć Strusia Pędziwiatra, a Sylwester Tweety’ego. Ziemia by się zatrzęsła, z nieba zleciały meteoryty i  eksplodowały by wulkany.

Jeśli jest jednak coś czego nauczyło mnie życie to fakt, że rzeczywistość bywa inna niż kreskówki (wiem, szok) Ludzie lubią myśleć o inteligencji trochę jak o wzroście. „Albo jesteś dryblasem albo karłem”. To wszystko fizyczne i nie ma tu miejsca na jakieś złudzenie optyczne i ciężko wyobrazić sobie obraz kogoś kto by jednocześnie kwalifikował się jako jedno i drugie, chyba, że na zasadzie – „tak, dla nas jest wysoki, ale przy nim jest niski”. Nie pomaga też, iż wielu osobą towarzyszy ich wewnętrzna pycha. Często też osądzamy co głupie, a co nie głupie wyłącznie z punktu widzenia własnej świadomości i to ona jest dla nas wyłącznym wyznacznikiem. Tu niestety w grę może wchodzić osobista pycha i narcyzm. Nie ukrywajmy tego, „EGO” każdy z nas ma i nie mówię tu w psychologicznym sensie. Pokażcie mi choć jedną osobę co otwarcie uważa się za głupią i przyznaje się do faktu, że nigdy nie ma racji. Nie, a ten rodzaj pokory nieliczni mogą sobie pozwolić. Przeżyliśmy już kawał życia, przeczytaliśmy dawkę książek i artykułów na Internecie, obejrzeliśmy trochę filmów i… zakładamy, że już dysponujemy wiedzą, która pozwala nam ustawiać do pionu tych u których spostrzeżemy braki w zdobytej wiedzy.  Niestety, jak bardzo byśmy się nie zginali, zawsze będą tuziny informacji i doświadczeń życiowych na które zwyczajnie nie mieliśmy czasu. Czy więc osoba, która już je poznała, a której z kolei obok nosa przeszła znana nam wiedza jest teoretycznie głupsza?  Ostatecznie lubimy wnioskować, że jeśli ktoś przejawia inne poglądy polityczne/życiowe niż nasze musi wynikać to z braków w edukacji bądź niskiego ilorazu inteligencji.

 Chyba, wielu z nas spotkało się z tą anegdotką – jest sobie Pan majsterklepka. Z zachowania co tu wiele mówić, stereotypowy chłopek ze wsi, co wszystko łapie powolno, nie ma problemu ze splunięciem na chodnik i strzelić sobie piwko na ławce to szczyt jego rozrywek kulturalnych. O polityce z nim nie pogadasz bo „to wszystko wina Tuska” to szczyt jego wiedzy o tym co się w kraju dzieje, a każda ambitniejsza dyskusja o życiu i śmierci ograniczy się do prostych przytaknięć… ale poproś takiego by naprawił ci samochód albo zepsuty telewizor  i facet zamienia się w Stevena Hawkinga, co w pięć sekund znajdzie problem z usterką, w drugie pięć rozwiązanie, a ty siedzisz na krześle ogłupiony bo nawija z taką precyzją, że przysłowiowa kopara opada.

Ale i w drugą stronę – ktoś może być super wykształcony z kilkoma magistrami w kieszeni i doktoratem w przedniej kieszeni, co na dobranoc poczytuje książkę o fizyce kwantowej… ale na co mu to wszystko, gdyż w życiu socjalnym ma opinie (co tu wiele mówić) kompletnego idioty. Może i ma wiedzę, ale co z tego, bo jest tak zadufany i zachłyśnięty własnym IQ, że nie jest wstanie mieć normalnej konwersacji bez natarczywego pouczania, niema bladego pojęcia jak rozmawiać z ludźmi by ich nie urazić, bądź przeciwnie jego zdolności socjalne leżą tak nisko, że nie jest wstanie nawet należycie rozpocząć prostej pogadanki.

Z jednej strony wydaje się to banalną oczywistością : „Ktoś może być geniuszem w biologii, ale mieć blade pojęcie o historii”, ale to posuwa się o wiele dalej niż wykształcenie i edukacja. Ktoś w jednej dziedzinie życia może być encyklopedycznie obyty, w innej wykazywać się rażącymi brakami. Lech Wałęsa człowiekiem o wielkim wykształceniu nie był, a umiał całą Polską zawojować. Anders Behring Breivik jest sprawcą masakry ale uważany jest równocześnie za geniusza (to, że obłęd i geniusz idą w parze to inna kwestia, na która powinienem poświęcić osobny artykuł) Ktoś może w życiu nie czytał książki ale ma rewelacyjne zdolności dedukcyjne. Ktoś może być wzorowym studentem nauk humanistycznych czy przyrodniczych, ale wieczory będzie spędzał na paleniu zioła i upijaniu się do oporu. Etc. Etc. Ect.


Daję tu jednak same skrajne przykłady. Moje spostrzeżenie tyczy się czegoś nieco mniej oczywistego. Mianowicie – spryt i inteligencja potrafią być kompletnie względne. Czasem staniemy w jakiejś sytuacji, kompletnie nam nowej, wymagającej szybkiego ale delikatnego myślenia. I… będzie dobrze! Zadziałamy, zrobimy co właściwie we właściwej chwili i nic tylko cieszyć się z naszej błyskotliwości. Ale oto kolejna sytuacja w której nie poszło tam dobrze. Jakiś chwilowy moment zaćmienia umysłu, mylne oszacowanie sprawy… Klapa! Jesteśmy upokorzeni, jak nie zewnętrznie to wewnętrznie. Daliśmy ciała, wyszliśmy na debili i na osłów i pozostaje nam mieć tylko do siebie samych pretensje. Co istotnie - Otóż obiektywnie patrząc – to dwie identycznie takie same sytuacje, po prostu raz – czy to kwestia wyspania czy popatrzenia we właściwą stronę – mogliśmy działać mobilnie, innym razem akurat nie. Tyczy się to wszystkiego w życiu. Raz popiszemy się zabawnym docinkiem, raz palniemy coś, że ręce opadają. Raz w dziedzinie nam obcej zachowamy się jak ekspert, innym razem w tej w której mamy obycie wyjdziemy na laika. Umysł działa w bardzo abstrakcyjny sposób i czasem to zwyczajna loteria na co wypadnie i jak wypadniemy w danej sytuacji.


Idą dwie osoby i widzą stary most linowy. Pierwsza uznaje, że na pewno się zarwie więc poszuka innej drogi. Druga wyciąga wniosek, że skoro do tej pory most się nie zarwał i to prawdopodobieństwo, że zarwie się teraz jest znikome i rusza śmiało. Obojętnie jaki będzie rezultat racjonalność obu stron jest… słuszna. Może most się zarwie, może nie, ale oboje mieli słuszne argumenty za swoimi konkluzjami. Ktoś jest optymistą, ktoś inny pesymistą. Ktoś realistą, a ktoś lubi eksperymentować…  nie ma jednak to nic wspólnego z tym, która pozycja jest inteligentniejsza. Są po prostu różne.  Raz popełniamy dobre decyzje, raz złe, czasem wyciągniemy z tego wnioski, a czasem przelecą nie zauważone – tak właśnie działa życie.

Rzekłszy to wszystko nie znam osoby, o której jednoznacznie mógłbym powiedzieć, że jest 100% inteligentna. Każdemu zdarzają się złe osądy, błędy logiczne i braki w zdrowym rozsądku... i wracając na reszcie do początku mojego artykułu : Nie widzę jakby się wykluczać mogło by ta nastolatka może chcieć wspomaga ISIS, a jednocześnie być osobą o bardzo szerokim oczytaniu, wiedzy medycznej i złożonym światopoglądzie. Być może dla tego przekręcam oczami, gdy po raz kolejny słyszę, że  człowiek oczytany jak Dawkins robi problem właśnie z takiej (jak uważa) „sprzeczności” i sugeruje, że osoby, które mają odemine od niego poglądy na pewno muszą prezentować kiepski stopień edukacji .


A przecież jest tylu naukowców, w tym i biologów, i w tym takich po Oksfordzie, którzy otwarcie przyznają się do silnych wierzeń religijnych, w tym Islamiści czy kreacjoniści. Ba! Obecny Papież studiował Chemię, Psychologię i zna siedem języków, a jakoś nie stoi to na drodze by wierzył w anioły (Och, nie!). Dla Pana Dawkinsa to oczywiście się wyklucza i zarzuca w swoich książkach, że żyją oni w zaprzeczeniu… A może po prostu umysły ich działają w inny sposób, umożliwiający wyciągnąć wnioski, dzięki, którym te dziedziny się nie kłócą, a przeciwnie działają ręka w rękę?

W pewnych kwestiach Dawkins idealnie wpisuje się we wszystko co tutaj pisałem. Tak, może i ma wszechstronne wykształcenie, ale nie powstrzymuje go to w popełnianiu głupotek. Z jednej strony nawija o tym, że religia to „korzeń całego zła”, który trzeba wytępić (ale zarzuć, że Komuniści byli ateistami i będzie się zaklinać, że poglądy o Bogu nie mają zawsze wpływu na to czy ktoś jest dobry czy zły) i będzie szukać każdej okazji by szkalować wyznawców. Z innej jednak sam nie zdaje sobie sprawę, że sam przyczynia się do szerzenia agresji. Jak wielu ateistów przyjął taktykę „Ja nie wierzę w to co ty więc nie musze okazywać twoim poglądom szacunku bo to tak jak gdybym dawał ci broń. Przeciwnie będę dowolnie z nich drwił, umniejszał ich znaczeniu i kwestionował twój intelekt”. (Abstrahując naturalnie od faktu, że argumentacje wymieszane z cynizmem i złośliwością, działają na niekorzyść tego co ich używa bo pokazując tylko brak pewności we własne racje… jakby tak nie było nie byłoby potrzeby na cyniczność)

Pytam się : Kto dałby się przekonać drugiej stronie pod presją bycia wyzwanym od idiotów? Pan Dawkins na pewno nie, ale jednak to metoda, której notorycznie używa, podobnie jak niewiele lepsi mu komediant Bill Myher czy Świętej Pamięci Christopher Hitchens.  Lubię słuchać debat na tematy religijne i często słyszę prześmiewcze rozumowanie ze strony fanatyków, jednak o wiele bardziej przekręcam oczami, gdy siada jakiś napuszony ateista-mądrala, co bardziej brzmi jakby chciał dowartościować własne ego niż de facto przekazać coś motywowanego autentycznymi zmartwieniami. Nie tylko jak zaczynają wypowiadać się o Bogu pokazują, że ich pojęcie kompletnie mija się z tym jak ludzie wierzący go widzą, ale nie są wstanie pojąć, że dla ludzi wierzących relacja z Bogiem to sprawa wyjątkowo intymna i delikatna. „Ja nie mam takich uczuć, więc muszą być zbędne i głupie” – ot ich racjonalizm w pigułce.

Nie chcę tu oczywiście generalizować ateistów czy agnostyków bo znam wielu w życiu codziennym (może wielu to zbyt silne słowo bo to jednak Polska więc stanowią marginalną mniejszość ale wiecie o co mi chodzi) i mam wielu takich z którymi mogę mieć bardzo sympatyczną rozmowę na temat wiary czy poglądy polityczne bo w pełni odnosimy się do wzajemnych idei z szacunkiem, bez potrzeby zniżania się do sarkazmu i cynizmu, co zabawne nie rzadko mają o Panu Dawkinsie jeszcze gorszą opinię. Nie dla tego, że nie podoba im się to co mówi, tylko, gdyż podoba im się JAK to mówi. 


Niestety, na świecie jest sporo Dawkinsów – co nie zdają sobie sprawę z własnych nonsensów, ale są pierwsi by unosić się swoją domniemaną wyższością intelektualną (i zwykle przypisując sobie od razu też i tę moralną) i we dług własnych kryteriów lubiący dzielić ludzi na inteligentnych i głupich.  Rozum to jednak zbyt abstrakcyjna sprawa by tak uproszczać sprawę. Dwie osoby mogą kończyć te same studia, jedna zostanie lewicowym radykałem, druga prawicowym. Ktoś zostanie świeckim pacyfistą, a ktoś z tym samym wynikiem IQ wstąpi do ISIS. Ludzie są bardzo różni i bardzo nieprzewidywalni w kierunkach życia jakie sobie obiorą. Może zamiast szukać kto ma rację, a kto nie zaczniemy szukać mostów jak współżyć ze sobą. Nie chcę mechanicznego świata, gdzie wszyscy myślą i żyją tak samo. Chcę świat, gdzie każdy jest inny unikatowy ale nie wadzi to byśmy żyli w sobą w zgodzie...

Może jeśli znów usłyszysz, że ktoś nie wierzy w ewolucję (jeśli oczywiście sam w to wierzysz) i odruchowo wyciągniesz wniosek, że jest głupi może zastanowisz się chwilę nie co to mówi o tej osobie, lecz co ta reakcja mówi o Tobie samym?



~ Maciej Kur

sobota, 3 stycznia 2015

ANGRY VIDEO GAME NERD THE MOVIE - Recenzja!


Zacznę od faktu, iż piszę tu jako ktoś kto lubi Jamesa Rolfe - znanego lepiej jako Angry Video Game Nerd - internetowy recenzent kiepskich gier z przeszłości.  Nie porwał mnie co prawda nigdy tak jak powiedzmy Nostalgia Critic czy Cinema Snob i prawdę mówiąc preferuję jego"show" w małych dawkach ale miał swój urok. Z innych projektów Rolfe pamiętam, że bawiłem się dobrze przy pseudo-horrorowym filmiku w którym atakuje go nawiedzony zabawkowy telefon i lubię słuchać jego serii "Monster Movie Madness" gdzie recenzuje różne klasyczne horrory. Seria o Godzillii definitywnie podziałała mi na nostalgię.... *Chlip!*


Patrząc w retrospektywie uświadamam sobie, że cały przyjemny klimacik jego filmków tkwiła w ich wykonaniu. Było to krótkie, efekty specjalne wykonane "domowymi środkami" z własnej kieszeni, no i widać, że było to robione bardziej dla niego samego... być może gdyby James zrobił film właśnie tymi metodami i zachował urok kompletnie amatorskiej zabawy osłabiłoby to żenujący efekt, gdyż seans kinowej wersji Angry Video Game Nerda był po prostu bolesny!


Dla niewtajemniczonych projekt kinówki Angry Video Game Nerda został kompletnie sfinansowany z Kickstartera (czy jakiegoś innego klona) czyli innymi słowy z dotacji od fanów. Miał więc profesjonalny sprzęt, aktorów i efekty specjalne (na poziomie TV filmu z FoxKids ale jendak) Wszystko pięknie tylko niestety to, że ktoś umie robić zabawne filmiki na yout-tubie nie znaczy, że jest gotów robić pełnemetraże, to, że ktoś jest recenzentem nie znaczy, że potrafi pisać scenariusze filmowe, a już na pewno, to, że ktoś umie robić śmieszne miny, nie znaczy jest profesjonalnym komikiem bądź aktorem. Te oto prawdy są jedyną lekcją z filmu Rolfe'a..


Zacznijmy od scenariusza... Jest przedewszystki nudny jak diabli! Całość trwa DWIE GODZINY (sic!) i niestety nie przekłada się to obszerność i rozmaitość fabuły. To coś co widziałem w "Simpsonach" czy "South Parku" opowiedziane w 20 minut, rozciągnięte na chama, przez co poszczególne sceny ciągną się niemiłosiernie długo. Co gorsze sceny dialogowe zwyczajnie nie są zabawne. Tu i tam pojawiają się zabawne pomysły (generał któremu odrywa rękę, a mimo to chodzi z wielką ropiejącą raną jakby nigdy nic) jedak jakby je skleić może mielibyśmy czterominutowy filmik. Słowem - za mało dobrego, a to co jest tonie w oceanie wtórności.

Przejdźmy jednak do głównego problemu czyli do postaci samego Nerda...

Ta postać działa w kilku sekudnowym skeczu, bo nie mamy czasu się jakoś nad nim dogłębiej zastanowić. Ot jakiś zabawny recenzent co piłuje mordę na monitor i w da się nagle w bójkę z postacią która nagle wyskoczy z ekranu lub coś w tę jotę... Ot tyle! Niestety, jako bohater nie tylko nie jest wstanie  udźwignąć całego filmu ale jako protagonista wypada zwyczajnie niesympatycznie. Cały czas bluzga, krzywi nosa i ogółem sprawia wrażenie mało socjalnego palanta, a o tyle utrudnia to seans, gdyż jego postaci towarzyszy nieprzyjemna pretensjonalnośc. Co mam na myśli? Otóż fabuła filmu jest zwyczajnie o tym jak "ubóstwiany przez CAŁY internet" jest Angry Vidego Game Nerd, do tego stopnia, że firmy chcą celowo wypuścić złe gry, bo jak je zrecenzuje automatycznie jego fani rzucą się je kupić (eee...?)


Z odpowiednią dawką auto-ironi i przerysowania mogło to by być całkiem zabawne i przypuszczam, że taki był zamiar.... Niestety, Rolfe na dzień dobry zabija jakikolwiek efekt waląc montaż autentycznych nagrań na you-tubie zachwalających go fanów. Ciągłe podkreślanie jak kultowo wielbiony jest przez fanów i jak wszystkich bez wyjątku bawią jego tekściki niestety wygląda bardziej jakby James de facto tak to widział. W rezultacie człowiek czuje się jakby obejrzał dwie godziny kogoś klepiącego się po plecach jaki to jest popularny...To trochę jak oglądanie fantazji małego chłopca, który wciela się w super bohatera, który jest "czadowy" i to jego jedyna cecna. Fajnie, bo to dziecięca fantazja... tylko jednak, gdy dorosły mężczyzna robi taki film o sobie wychodzi na zakompleksionego.


Ciężko cokolwiek mówić o reszcie postaci bo jest zwyczajnie nijaka (ot, zlepek klisz bez pomysłu na urozmaicenie) To samo mogę powiedzieć o morale, który jest zbyt błahy by potrzebować dwóch godzin na opowiedzenie, zresztą najbardziej boli, gdy film próbuje udawać, że jest satyryczny, choć ewidentnie nie ma nic do powiedzenia. Nie oszukujmy się - cała fabuła to po prostu seria "bitów", które muszą być bo "zawsze są w filmach" niż de facto przemyślane pomysły.


Czuję się nieco okłamany przez Douga Walkera (Nostalgia Critica) który swego czasu umieścił recenzję, w której zapewnił, ze w pełnej obiektywności uważa, iż jest dobry i skupił się na wymienianiu samych zalet. Z drugiej czy można mieć do niego 100% pretensję? Ostatecznie nie tylko Rolfe to jego dobry przyjaciel ale sam Doug ma 5 sekundowe cameo gdzieś w ostatniej ćwiartce także nie wyobrażam sobie, że wyszedłby i powiedział, że jest to odwalona szmira, nawet gdyby szczerze tak myślał.


Gdyby była to jakaś anonimowa produkcja nawet nie zadałbym sobie trudu mówiąc cokolwiek o tym nudnym zlepku średnich geekowskich odwołań i wymuszonych wulgaryzmów. Tu niestety boli, gdyż po pierwsze przykro zobaczyć kogoś utalentowanego, kto pozwolił by jego zadufanie zdominowało największy owoc jego kariery, a po drugie.... CAŁOŚĆ POWSTAŁA Z PIENIĘDZY FANÓW! To naprawdę okropne wziąść od ludzi pieniądze i zamiast skupić się by dać im coś wartego ich wsparcia, autor postanowił udać się w kompletnie narcystyczną podróż, uważając, że najlepszym okazaniem wdzięczności będzie podkreślenie jak bardzo go muszą kochać.


"Angry Vidego Game Nerd The Movie" trzeba traktować tylko i wyłącznie jako przestrogę : Są projekty na Kickstarterze warte wspierania (gdy np. wychodzą od profesjonalistów z dorobkiem) i są ludzie o zbyt wielkim mniemaniu o sobie co zwyczajnie nie wiedzą co robią...



1/10...  
(może "2-3/10" bo jednak jakiś tam wysiłek musieli w to włożyć, przy czym mówię wyłącznie o stronie technicznej bo ani trochę trudu nie zostało włożone w scenariusz)

Pozdrawiam
~Maciej Kur

P.S.
Teraz się boję bo Linkara też film robi... uch... Brrr...

sobota, 6 grudnia 2014

"GRAVITY FALLS" - STAN ISN'T DIPPER'S UNCLE... HE IS HIS GRANDFATHER!!!!

Post po angielsku (darujcie) ale uznałem, że więcej osób angielsko języcznym zainteresuje się tym odkryciem (a mianowicie, że Stan nie jest wujkiem Dippera... TYKO DZIADKIEM!!!)
 

Ok, so I recently watch all "Gravity Falls" episode ("The love god" was the last one to air), I fallow the clues and I think I puzzled out one of show's main mysteries....

Gruncle Stan isn't Dipper's and Mabel's uncle... BUT GRANDFATHER!!!!


So let's fallow the clues :

- As many of you know, there where plenty of hints that Stan has a twin brother. For example : when they  time-travel we see a younger Stan in Mystery Shack but with diffrent hair and glasses, we see boy with same hair deading a book in a flash-back in another episode but his face is covered since he is seen reading a book, when Dipper discover a secret room Stan notice a pair of glases, like the ones from the flash back and hides them and plenty more. NOTE : Many detales in Stan's brother room pointed out for him to be some sort of a inventor.

- Bill mentiones he knows Stan but Stan doesn't know who Bill is.

- Since season two Stan is working on some myserious portal. What he want's to bring back? (Note that the three where Dipper found his book is metal sugesting whoever build it must have been some sort of an inventor)

- Stan also shown getting angry at people who are having good time with their grandchildren (see episode two) and wanted to have simialar conection with Dipper and Mabel.

- Stan hates the ways of Gravity Falls town, while his brother was shown living there decates ago (check the time travel episode agian)


So let's conect the dots...

Let's say it was Stan's brother got traped in some paraller dimention (or whatever the portal will revell) and Stan is trying to bring him back using the books his brother wrote. Tha'ts what most people speculate...

EXEPT!

Stan's name isn't "Stan"!  That's the name of his twin brother. When Bill is talking about Stan wee see a brief picture of younger Stan with diffrent hair (not Stan we know but his brother) So Stan isn't his name but the name of his brother!

Stan took over his identity! This would explain why he is still having hard time getting use to the town, despite being meant to live their for few decades.
Stan's brother got lost and Stan is trying to puzzle out how to get him back but since their twins he took over his identity to make thing less suspicion (he is a profesional con-man after all) Why Stan would start place like Mystery Shack? He dosen't care for paranormal. He brother who started the Shack did (he wrote the books and all)



But if the one named "Stan" is meant to be identity of Dipper's and Mabel grand uncle, that would make Stan.... their grandfather (!!!) This would explain why he was so hungry to have a conection with them in early episode (he didn't got angry on people who got good time with their nephews but with their grandchildren).


YHE!!!! I NAILD IT!!!

Or did I? We just have to whait and see... ;)



Yours
Maciej Kur

poniedziałek, 29 września 2014

„The Simpson Guy” – Recenzja!!!!!!


Więc oto i nastał. Długo oczekiwany crossover Simpsonów z Family Guyem!

Simpsonów kocham, gdyż to serial który ukształtował nie tylko moje poczucie humoru ale podobnie wpłynął na komediopisarzy w ostatnich paru dekadach. JASNE – nowe odcinki nie są w połowie tak dobre jak stare ale ciągle jest z czego się pośmiać. Dobrym tego przykładem jest ostatni odcinek, gdzie ojciec Krusty’ego umiera (um, spoiler?). Były zabawne momenty, ale była też dawka dosyć wtórnych. Nie będę ich na siłę bronił ale też nie uważam, że scenarzyści powinni na siłę próbować przeskoczyć własną poprzeczkę. Osiągnęli pewien poziom i naprawdę ciężko zrobić coś nowego bez wprowadzenia jakichś drastycznych zmian przez które Simsponowie stali by się zupełnie innym serialem.  

Family Guya lubię… w dawkach. To naprawdę kwestia, gdzie trzymam sztamę z Trayem Parkerem i Mattem Stonem autorami South Parku. Family Guy jak chce potrafi być zabawny jak diabli ale większość czasu scenarzyści popisują się ogromnym lenistwem. Zwyczajnie nie popieram metody pisania scenariuszy Setha McFarlena  - „Hej, wymyślimy całą masę gagów, a potem sklejmy je na chama w odcinek” zamiast popatrzeć na historię całościowo i dopieścić ją we właściwy sposób i pod względem fabularnym i pod względem samych żartów. I tak, te ciągle przerywniki potrafią być ultra irytujące.
                              

Crossover brzmiał jak fajny pomysł jednak miałem swoje obawy.

Po pierwsze oba seriale pomimo podobnych postaci różnią się jednak formami. Świat w Family Guy’u jest o wiele bardziej „luźny”. Nie tylko logika jest tu często kompletnie wyrzucona za okno, ale moglibyśmy mieć gag, że Peterowi odcinają rękę, ale w kolejnej scenie miałby ją z powrotem. Simpsonowie są jednak ździebko bardziej konsekwentni.  Są także w bardziej dobrym smaku. Family Guy jedzie po bandzie (co bywa plusem i minusem) i schodzi swoimi żartami w bardzo ponure terytorium.  A ma być to przecież odcinek pokazany z punktu widzenia Family Guya.   

Sęk w tym, że nie chcę godziny Petera i jego rodziny robiących żarty o Simpsonach – to mogę obejrzeć sobie w normalnym odcinku ich serialu. Dla mnie aby crossover się udał bohaterowie obu seriali musieliby być prezentowani we właściwy, „godny” sposób. Nie tylko żarty Simpsonów musiałby być typowo Simpsonowe, ale chcę jakąś naprawdę fajną chemię wygraną z kontrastów osobowości bohaterów. Interakcje nie muszą być jakieś mega-odkrywcze, ale niech chociaż oglądając scenę między Homerem, a Peterem mam wrażenie, że jest to coś mogło zajść tylko między tą dwójką, a nie między Homerem i którymkolwiek z ich kumpli.

PRZECHODZĄC DO SAMEGO ODCINKA…

UWAGA : SPOILERYYYYY!!!!!

[biorę notatki oglądając całość po raz drugi stąd rozpiska w punktach]

- Jak to „Family Guy” pierwsze sześć minut spędzamy wątkiem który ma się ni jak do reszty całości. Peter został rysownikiem komiksowym w gazecie. Rozumiem, że nie chcieli przejść od razu do spotkania z Simpsonami by wydawało się to jak każdy inny odcinek ale mogło być to spokojnie minutę-dwie krótsze. I by było jakby wycieli wszystkie zbędne retrospekcje i wstawki. A, tak. To Family Guy. Nie ważne…
                                   
- Szósta minuta i czterdzieści sekund odcinka – Griffinowie docierają do „Springfield”. Who-ho!  Brain komentuje,  że nie mogą powiedzieć w jakim są stanie… Ych! Wiecie? Naprawdę myślałem, że sobie rzygnę jak rok temu oglądałem panel z twórcami Simpsonów i ktoś zapytał „w jakim stanie jest Springfield?” Nie wiem czy ludziom naprawdę nie znudził się ten dowcip czy są może tak tępi, że ciągłe intrygowanie zagadkowością lokalizacji geograficznej tego miasta… JEST ŻARTEM”. Zresztą w serialu motyw o ile pamiętam nie pojawił się już od dawien dawna. Zmierzam do tego, że to mało zabawne.
                                
- Lois mówi, że powinni wpaść tu jeszcze kiedyś, a Brain odpowiada, że wydaje mu się, że to jedno razowa wizyta. Tak, kapujemy, że oglądamy crossover! Nie  musicie tego ciągle podkreślać i wytykać!

- Apu pojawia się jako pierwsza znajoma morda. Brzmi ciutek inaczej, ale fakt faktem, postaci ostatnio było mało w Simpsonach więc głos aktora nie jest tym co dawniej… 

- …i Peter nazywa go „śmiesznie brzmiącym Clevelandem”. Nie kapuję. W życiu nie maiłem skojarzenia między obiema postaciami. Czy Cleveland i Apu są w czym kolwiek podobni? Czy chodzi o to, że dla Petera każdy o ciemnej skórze z wąsami to Cleveland? Nie… nie kapuję…
                               
- I DO AKCJI WKRACZA HOMER! Podoba mi się scenka którą go wprowadzają eksponując jego osobowość. Jest śmieszna, w bardzo Homerowym stylu plus podoba mi się, że nazywa Griffina „albinosami”. I tak - fajnie zobaczyć te postacie na raz na ekranie!

- A tak! Jest fabuła, że Peterowi ukradli samochód i Homer próbuje mu pomóc. Dostajemy taką sobie scenę, gdzie idą we dwóch na Policję.
                           
- Bart także zostaje wprowadzony zabawną scenką.  Stewie podobają się powiedzonka Barta i Brain komentuje, że są na pewno popularniejsze niż te Stewie’ego… Och, do cholery! Czy tylko to będzie robił? Wyliczał wszystkie oczywiste żarty?

- Stewie robi się natychmiastowo zafascynowany wszystkim co robi Bart… Co jest z lekka naciągnięte ale cóż. Scena gdy dzwonią do Moe jest zabawna jak diabli.
                                
- I tu rodzi się oczywiste pytanie : czemu akurat dali wątek Bart/Stewie, choć bardziej oczywisty byłby Bart/Chris. Odkładając na bok fakt, że Stewie jest popularniejszy wydaje mi się to zwyczajnie ciekawsze. Chris jest tępawy i na tym się jego osobowość kończy. Prawdę wolę jak Crossover próbuje różne kombinacje zamiast ograniczać się do najbardziej oczywistych dopasowań. Czemu tylko Peter/Homer, a nie spróbować Peter/Lisa albo Peter/Marge? Zaszaleć ponad to co oczywiste…   Chris dostaje scenkę Maggie i na tym jakakolwiek interakcja z kimkolwiek z rodzinny Simpsonów się kończy.
                                   
- Brain z kolei dostaje scenkę z Marge której nie podoba się by pies jadł przy stole, co prowadzi do jego spotkania z Santas Little Helper’em (psem Simpsonów). Wydaje mi się, że każdy kto usłyszał, że będzie ten Crossover z góry wiedział, że będzie taki moment.

- Bob z "Bob Burgera" pojawia się na moment dla żartu… który zaspoilerowali w prawie każdej reklamie tego odcinka. Nieco bezsensu ale cóż.... (i nie, nie będzie screen do każdego punktu)

- Brain i Chris wyprowadzają Santas Little Helper’a  który ucieka i gonią go po Springfield, co prowadzi do kilku takich sobie cameosów. Nic szczególnie pomysłowego.  Prawdę mówiąc najwięcej sensu by miało gdyby Brain wpadł na Neda Flandersa i doszłoby do nich do wymiany światopoglądowej. Brain to stereotypowy przemądrzały, marudny ateista, Flanders to… Flanders. Wesołkowaty dewota religijny. Niestety aktor Flandersa  Harry Shearer był niedostępy.
                              
- Homer i Peter kombinują jak odnaleźć samochód Petera. Pomysł Homera „By odnaleźć samochód musimy myśleć jak samochód” prowadzi do bardzo zabawnej scenki, ale mimo wszystko mam silne wrażenie, że jest to bardziej logika Petera niż Homera. Mam też wrażenie, że twórcą zależało pokazać, że obaj są równi w swojej abstrakcyjnej głupocie, choć nie wiem… wolałbym jakąś grę na kontrastach, ale to co dostajemy jest zabawne.

- Montaż z Homerem i Peterem myjących auta, będąc ubranymi „sexi” jest śmieszny acz przydługi.
                               
- I teraz przejdę może do wątku, który moim zdaniem działa najlepiej… Lisa i Meg. Czemu? Bo po prostu siedzą w pokoju Lisy i rozmawiają. Mamy ładnie wygraną dynamikę wynikającą z różnicy osobowości. Lisa jest pomocna i entuzjastyczna, ale też co jakiś czas wymyka się z niej „zouzowata” strona plus to pedantka, a Meg z kolei jest pesymistyczna, zniechęcona do życia i ma patologiczny światopogląd. Dodatkowo ich wątek jako jedyny podchodzi pod coś co pokazuje jakieś „serce”. Relacja między dziewczętami wypada naturalnie i mógłbym uwierzyć, że mogłyby być przyjaciółkami. Prawdę mówiąc szkoda, że nie rozwinęli tego bardziej.

- Jak się można było spodziewać najmniej mają do robienia Marge i Lois. Szkoda, bo mam wrażenie, że jeśli daliby im więcej czasu mogliby z ich spotkania nieco więcej wyciągnąć. Mamy jeden dowcip o tym, że Marge jest bardziej świętoszkowata z dwójki i tyle.  NIE! Poco wykorzystywać tą okazję by jakoś się pobawić tymi dwiema ikonowymi postaciami, skoro możemy pociągnąć wątek, że Brain i Chris zgubili psa Simpsonów ale mimo tego udają, że wszystko jest ok!?
                                  
- Samochód znaleziony, więc twórcy postanawiają zwaśnić Homera i Petera. Homerowi nie smakuje ulubione piwo Petera i okazuje się być podróbką Duff. Prowadzi to do procesu o plagiat… i ogólny zamysł nie jest zły. Wytknąć wszystkie zarzuty, że Famiy Guy to podróbka Simpsonów, a Simpsonowie nie są „tak dobrzy jak dawniej” tylko przenieś je na gadkę o markach ulubionych piw bohaterów. Po prostu mam wrażenie, że mogło być to lepiej wygrane.

– Oczywiście twórcz wykorzystują tłum w sądzie by wytknąć jak najwięcej podobieństw między drugoplanowymi postaciami z Simpsonów i Family Guya ile się da. Wypada to chybił-trafił. Żart z Jamesem Woodsem jest zabawny, gdyż zagrał samego siebie w obu serialach.  
                                 
– Pomysł by Fred Flinstone był sędziom w procesie między Homerem, a Peterem jest zabawny, nawet jeśli to coś co nie ma racji bycia w uniwersum Simpsonów.

– O! Dobrze! Wreszcie jakiś konkretny dialog między Marge, a Lois.  Ta pierwsza dowala drugiej, że nie nosi stanika i to by było na tyle.
                                  
– Znów – sceny Meg/Lisa są najciekawsze i słodkie, nawet jeśli prześmiewcze.
                            
– Stewie choć ma Barta za idola okazuje się zbyt chory i sadystyczny na gusta chłopca. Odrobinkę przewidywalne ale było z czego się pośmiać.

– Homer chce się pogodzić z Peterem na co ten odpowiada, że „dawniej go uwielbiał i chciał cytować wszystkim swoim znajomym ale teraz znudzili mu się Simpsonowie”. Um… Subtelne. Te meta-nawiązanie byłoby zabawniejsze jakby nie zrobili go wcześniej dziesięć razy w odcinku.

                       
– …i to na co wszyscy czekali! Peter i Homer mają długą epicką walkę, w stylu tej Petera z wielkim kurczakiem, ale rozgrywa się w Springfield więc mamy kilka oczek i znanych lokalizacji dla fanów Simpsonów. Dla mnie najlepszy moment ma miejsce, gdy Homer robi nagle bez powodu głupią minę na co Peter reaguje dzikim rykiem. Wiadomo, że nikt oficjalnie nie wygra ale osobiście kibicuję Homerowi. Jako jedyny w crossoverze wykazał się empatią i dobrą wolą.
                    
- Ach! I Roger z „American Dad” pojawia się praktycznie bez powodu.

– I oczywiście mamy pseudo-wzruszającą scenę, gdzie się godzą. Jeeeej!

– I na dowidzenia mamy krótką scenkę w domu Griffinów, która puentuje się tym, że Stewie komentuje, że dobrze mu bez Barta i płacząc małpuje motyw rozpoczynający każdy odcinek Simpsonów. Prawdę mówiąc liczyłem, że zakończą żartem, że Griffinowie trafiają teraz w „South Parku” czy coś…
                        
Słowa podsumowania?  Fajnie. Było z czego się pośmiać ale (choć ciężko nie docenić samego faktu, że to powstało) mogło być ździebko lepiej. Przynajmniej miałem wrażenie, że potraktowano na równi oba seriale i ich style nawet jeśli ewidentnie przeważała Familyguyszczyzna. Odkładając dwa-trzy kwasy na bok, chyba najbardziej mnie gryzł zapychacz w postaci wątku „Brain i Chris szukający psa”, który wydawał się kompletnie oderwany od reszty, podczas, gdy relacja Marge i Lois została potraktowana po macoszemu. Naprawdę zaszaleliby 
by  z kreatywnością i zrobili, że np. Brain zaczyna się dowalać do Marge i Lois robi się zazdrosna... a może Chris zrobiłby się zazdrosny, że Stewie woli Barta jako starszego brata albo coś w tę jotę. A może scena Brain/Lisa? Oboje często pełnią jedynych widzących debilizm pozostałych postaci, ale jednocześnie wychodzą z nich przemądrzali przesadnie liberalni intelektualiści? Tylko mówię - można było to poprowadzić nieco ciekawiej.


Takie 7/10…


Pozdrawiam
Maciej Kur

poniedziałek, 22 września 2014

Nadchodzi sezon 18 "South Parku"...


 
To już niebawem! Tak jest…. Lada dzień nadejdzie nowy sezon „South Parku”! Twórcy – Tray Parker i Matt Stone - chcąc poświęcić się innym projektom niestety zmuszeni są do graniczenia się do tyko dziesięciu odcinków na sezon, jednak rok temu czekanie okazało się bardziej niż warte!

W zniecierpliwionych oczekiwaniach postanowiłem podsumować ostatni sezon :

 
Let Go, Let Gov” – Cartman robi się przewrażliwiony na punkcie tego, że rząd może go obserwować, a Butters z kolei zaczyna traktować rząd jak religię. 
Jedyny odcinek ostatniego sezonu który bym zakwalifikował jako słaby, w sensie – to jeden z tych, gdzie mieli fajny pomysł na jakiś komentarz satyryczny ale prawie w ogóle żartów które mnie specjalnie rozbawiły. Wątek Cartmana nudny, wątek Buttersa przyjemny ale bez rewelacji, choć zawsze lubię jak „South Park” komentuje religie jako zjawisko, gdyż o tej jak Ja twórcy mają zawsze super pozytywne zdanie.










 
Informative Murder Porn” – Rodzice w South Parku zaczynają się fascynować serią mieszającą porno z morderstwem więc dzieciaki blokują ich kanały telewizyjne.  
A tu z kolei odcinek kompletnie jajcarski, gdzie gag goni gag. Od „Boo Wendy!!!”  i odwróceniu ról rodzić/dziecko po wszystkie żarty o relacjach rodziców Stana i urywki z tytułowego porno. O tyle to niezwyke, że śmiałem się do łez pomimo, iż do oglądając nie miałempojęcia co to Minecraft.

World War Zimmerman” – Cartman popada w paranoje, że wszyscy murzyni w USA się zbuntują przeciw białym i całość zamienia się w parodię filmów o Zombie.
Kolejny odcinek który robi się tylko zabawniejszy z sekundy na sekundę i nie trzeba znać „World War Z” by go zrozumieć satyrę, wystarczy ogół amerykańskich filmów post-apokaliptycznych. Sen Cartmana (konkretnie piosenka) i scena gdzie koleś wyskakuje z samolotu śmieszą do łez! O  tyle odcinek do mnie trafia, bo pamiętam jak kilka miesięcy wcześniej będąc na nowym „Star Treku” widzieliśmy zwiastun „World War Z” i śmieliśmy się z faktu, że kompletnie nie pokazuje  przed czym ludzie uciekają tylko samą paranoję. Mam wrażenie, że twórcy mieli podobną inspirację.

Goth Kids 3 : Dawn of the Posers” – Henrietta udaje się na obóz który zamienia ją z gotki w Emo (tak, wbrew pozrom jest jakaś różnica) i  jej przyjaciele postanawiają wyruszyć  znaleźć sposób by „odwrócić klątwę”. Halloweenowy odcinek w sumie...
Uwielbiam dzieciaki – goty z South Parku i cały odcinek o nich uważam za zajebiste posunięcie, choć nie tak mocny jak dwa powyższe.  Liczę w przyszłości na więcej ich obecności (zwłaszcza, że Henrietta to jedna z nielicznych autentycznie śmiechowych postaci kobiecych w South Parku)


Taming Strange” – Ike przechodzi przedwczesną mutację i nakłania Foofę z  „Yo Gabba Gabba!” (Amerykańska seria dla dzieci, zadziwiająco bardziej odmużdżająca Teletubisiów) by rozpoczęłą karierę poza serialem.
Ogólnie spoko odcinek. Główny atut to wszystkie żarty o Kanadyjczykach, które jak zawsze są wypasione w swoim absurdzie.

Ginger Cow” – Jakby to ująć? Nowy dowcip Cartmana o pomalowaniu krowy na rudo, przypadkiem okazuje się spełnieniem, starożytnej przepowiedni, godzi Chrześcijan, Muzułmanów i Żydów i ponieważ Kyle boi się, że ujawnienie przywróci wojnę na Bliskim wschodzie zaczyna spełniać rozkazy Cartmana.  Ufff...
Drugi najlepszy odcinek w sezonie! Naprawdę świetna fabuła, która co chwila rzuca zaskoczenie, a absurd tylko się nasila. Normalnie nie cierpię dowcipów o pierdzeniu, ale tu jeden wątek był tak idealnie wkomponowany w fabułę, że ciężko się nie śmiać (plus co zadziwiające to jedyny tego typu dowcip w sezonie) Odcinek także jedzie po Gandim, także dodatkowy punkt za polewkę z czegoś czego jeszcze nie widziałem.


TRZY CZĘŚCIOWY ODCINEK :
Black Friday”, “A song of Ass and Fire” ,“Tities and Dragons – Historia z cyklu dzieciaki w coś się bawią, biorą to zbyt serio i wymyka się to spod kontroli (jak ten o „Władcy Pierścieni”), w tym przypadku parodii „Gry o Tron”… Oh, kogo ja oszukuję? To po prostu trzy częściowy zwiastun gry „South Park Stikc of Truth”.
Ogół bardzo dobry, na szczęście nie ograniczający się tylko do motywu “Gry o Tron” ale łączący ze sobą całą masę innych satyr. Niestety druga część jest równolegle drugim najsłabszym odcinkiem w tym sezonie. Jest co prawda z czego się pośmiać ale całe przedłużanie niestety robi się drażniące, zwłaszcza motyw, gdzie Cartman ciągle zabierający kogoś na rozmowę do ogrodu zdrady. Chyba mój ulubiony motyw jest gdy Cartman mówi Kenny’emu, że nigdy nie będzie prawdziwą księżniczką bo jest facetem i ten zaczyna to przeżywa i a propos… KSIĘŻNICZKA KENNY JEST BOSKA!!!! Wszystko inne w tym odcinku mogłoby nie wypalić ale cały wątek parodiujący anime jest rozkoszny. Nie mam bladego pojęcia czemu postać największego babiarza w gromadce nagle ma jakieś wahania co do własnej płci, ale to jednak rozwalające.

The Hobbit” –Podczas gdy Wendy rusza na krucjatę przeciw temu jak pokazywane są kobiety w mediach, Kanye West rusza na krucjatę powstrzymać ludzi przed przyrównywaniem jego żony do Hobbitów.
MÓJ ULUBIONY ODCIEK W TYM SEZONIE!! Sporo motywów co lubię : Panie pakujące na siłowni, „Hobbit” Tolkiena i jeszcze pojawia się mój idol Papież Franicszek, który jako jedyny Papież w tym serialu został pokazany jako fajny.  Odcinek jednocześnie krytykuje jak przedstawiane są kobiety w mediach, przerabianie zdjęć w photoshopie… jak i zjawisko feminizm. Także zastanawiałem się zawsze jaka jest relacja między moimi dwiema ulubionymi postaciami – Wendy i Buttersa (ok, ulubione nie licząc Cartmana i Radny’ego) Z całego sezonu historia najlepiej miesza satyrę z absurdem, a zakończenie jest zaskakująco gorzko-słodkie… i zawsze miło zobaczyć jak twórcy South Parku pokazują, że umieją też nadać opowieści głębi. Plus bajka którą Kanye czyta na koniec jest rozwalająca!


Słowem – nie licząc dwóch słabszych odcinków, całość jest konsekwentnie jednym z najzabawniejszych sezonów serii.  Czy nowy sezon dotrzyma kroku? Pożyjemy zobaczymy…


Pozdrawiam
Maciej Kur

środa, 17 września 2014

Have you heard of the All-American prophet? - MORMONI SĄ SPOKO!!!!

Hej!

Wczorajszego wieczora w okolicach Rotundy spotkałem dwie przesympatyczne dziewczęta z Kościoła Jezusa Chrystusa w Dniach Ostatnich. Jak na przybyszki z USA rewelacyjnie dobrze władały językiem Polskim (jedna była od roku, ale druga raptem od miesiąca). Ich imiona mi co prawda mi uciekły (o ile pamiętam jedna była z Ohio, druga ze stanu Utah) jednak zostawiły niesamowicie pozytywne wrażenie!

Powiem krótko... UWIELBIAM MORMONÓW!
"South Park" kłamie. Oni są jeszcze bardziej sympatyczni, weseli, wyluzowani, serdeczni i milusi na żywo! Aż chce się ich schrupać i utulić! Można nie zgadzać się z ich poglądami, można powątpiewać czy anioł Moroni faktycznie objawił się Josephowi Smithowi i można lubić pić kawę ale RETY! Jako o grupie ludzi i o tym jak żyją i traktują bliźnich mam same dobre rzeczy do powiedzenia! I od tych dziewcząt promieniowała niezwykle pozytywna energia! To jak cała religia, gdzie każdy członek jest Pinkie Pie z "My Little Pony".
Być może to dla tego sam dążę do kompletnego wyzbycia się z cynizmu i negatywnych emocji więc potrafię się z nimi utożsamić?

Jestem Katolikiem, kocham to i raczej się to nie zmieni  jendak  jestem pozytywnie nastawiony do pozostałych religi Muzułmanie, Prawosławni, Buddyści, Żydzi, Hinduiści - wszyscy rządzicie! Co ważne rozmawiając z dziewczętami  nie czułem presji jaką czuję od np. Protestantów czy Świadków Jehowy, których reprezentaci zwykle w nieprzyjemnie natarczywy sposób próbują mnie przekonać do swoich poglądów, często atakując na dzień dobry moją wiarę. Tu rozmowa przebiegała w kompletnym szacunku. Nie czułem, że próbowały mnie nawrócić co w sympatyczny sposób podzielic się informacjami o swojej wersji Chrześcijaństwa i... Hej! Lubię powiększać moją wiedzę o innych religiach.

Dodatkowo dostałem w prezencie fajną książkę - "Księgę Mormona zawierającą ich wierzenia z dodatkową przedmową o jej historii.

Chwilowo mam inne lektury na głowie, ale niebawem chętnie przeczytam.  Sush i Gosipi już się wzięły do lektury :


O tyle się cieszę, gdyż moge nareszcie zgłębić wiedzę o tej intrygującej religi, a niewykluczone, że nawet chętnie odwiedzę ich kościół. W sumie nawet mi głupio, że wcześniej czerpałem moją wiedzę o nich z pewnego (jakże kontrowersyjnego, choć nieziemsko dowcipnego) musicalu...

Swoją drogą byłem pozytywnie zaskoczony, że obie "Siostry" go znały, ale to też dobrze o nich świadczy ponieważ pokazuje, że mają do siebie dystans! 


Ludzie są sceptyczni ale ja uważam, że bardzo dobrze, że możemy nareszcie spotkać Mormonów w Polsce. Raz jeszcze - można z nimi się nie zgadzać w kwestiach spirytualistycznych ale jako ludzie świecą znakomitym przykładem!

A dzisiaj proszę - miłe wrażenie ze strony mojej własnej religii w tym samym miejscu. Grupa Chrześcijan się rozstawiła, wydają posiłki, grają przesympatyczne piosenki i oferują wspólną modlitwę. Wszystko 100% za darmo dla bezdomynch. Zero profitu poza podniesieniem ich na duchu. Zupełnie jak ta stołówka za kościołem mojej parafi. I to się ceni!

Kto wie? Może jutro spotkam przesympatycznych Muzułmanów albo Buddystów?

W wierze wszystko jest możliwe!


Pozdrawiam
Maciej Kur