czwartek, 31 marca 2011

O Puchatku słów parę!

                Taki mały background do wcześniejszego komiksu do zainteresowanych, co do moich odczuć na temat przygód Misia o bardzo małym rozumku...

             „Kubuś Puchatek” to jedna z pierwszych książek jaką przeczytałem i pomimo nostalgicznego sentymentu mam z nią związaną pewną mini-traumę... a mianowicie wynikającą z ostatniego rozdziału. To o czy Ziomal mówi w tamtym komiksie niewiele różni się od prawdy – oto po dwóch tomach wesołych przygód, humoru i zabawnych postaci dają nam najbardziej dołujące, smutne i przygnębiające zakończenie. Jasne! Wszystko to metafora na dorastanie bla,bla,bla patrz ostatnie 10 minut „Toy Story 3” bla,bla,bla... Jednak nie ukrywam, że to robi się tak gwałtownie melancholijny, że Krzyś mówiący o swoim odejściu (nigdzie nie podkreśla GDZIE odchodzi) de facto brzmi tak jakby mówił, że nie długo umrze – no bo jak inaczej interpretować tą całą gadkę „Jak już mnie nie będzie to przychodź zawsze w to samo miejsce mnie wspominać”. Widzę co Milne chciał powiedzieć, ale uważam, że mógł to zrobić w o wiele mniej ciężki (i bardziej wierny duchowi książki) sposób. Tym samym wkurzył mnie „Mały Książę” choć tam akurat melancholią wiało od samego początku.
 
             Wersja Disneya to inna rzecz do której mam mieszane uczucia – Cztery pierwsze krótkometrażówki Disneya (z czego pierwsze 3 zostały później połączone w pełny metraż) miałem jako dziecko na video i mogłem je oglądał w kółko. Ten urok i beztroski klimat oddają nie tylko idealnie ducha dzieciństwa ale i książkę (pomijam czarny koniec). Ludzie czepiają się zmian, ale patrząc na inne produkcje Disneya rzekłbym, że to najwierniejsza adaptacja jakiejkolwiek książki za którą się zabrali. Niestety z każdą późniejszą adaptacją, serialem, filmem (wyczerpawszy lwią część materiału) było coraz gorzej i gorzej i nie ukrywam, że parę ostatnich po prostu mnie wkurzyło i wydało się środkowym palcem w stronę twórczości Milne. Kubuś Puchatek - Super Detektyw? No rzesz... (OCENZUROWANO)!!!  W dodatku jeszcze do niedawna Puchatek był w Polsce w domenie publicznej, powstało kilka świetnych sztuk teatralnych... których już niestety nie ujrzymy, gdyż Disney wykupił sobie wyłączność i obecnie wystawianie w Polsce czegokolwiek na motywach Puchatka co nie jest produktem Disneya jest delikatnie mówiąc nielegalne. DAMM YOU MICKEY! DAMM YOU!
            Z drugiej strony najnowszy film który robią wydaje się być w duchu ich najstarszego filmu – pożyjemy zobaczymy.

            Co ciekawe ostatnią Puchatko-tematyczną rzeczą do której mam dziwny sentyment to pewna wulgarna przeróbka którą na 90% mieliście okazję zobaczyć – Wiecie ta z „Marchewkami wielkim jak.... nietoperzy”. Tak – to wulgarne, dresiarskie i szczeniackie prawdę powiedziawszy, ale jakoś dziwnie przypomina mi czasy jakżem był w gimnazjum i rozchodziła się między wszystkimi, którzy przegrywali ją sobie z płyty na płytę. BA! Jestem ździwiony jak wiele ludzi to sobie dzisiaj ciągle kojarzy i zna cytaty ("Będziesz to sprzątał cały Boży tydzień") Także ze wszystkich żałosnych przeróbek jakie widziałem, to tak naprawdę jedyna którą uważam za całkiem zabawną (pomimo soczystej dawki słów na „K” i „H”... a może „Ch”? Nie wiem, nie używam) i czuć, że chłopaki którzy to zrobili świetnie się bawili w trackie produkcji nie tylko bawiąc się ówczesnym slangiem („Kabacie” – czy ktoś ciągle tego wyzwiska używa?), a i głosy które nadali postacią są po prostu fajne... w kontraście do dzisiejszych „geniuszów komedii” którzy wyręczają się „Ivonem” tu i każda postać ma aktora, z czego część (Tygrys, Królik, Świstak) zadziwiająco wiernie oddają głosy postaci.
            [Jeśli ciągle nie wiecie o czym mówię wpiszcie sobie na you-tube „Puchatek Parodia” albo „Puchatek Hardcore”, powinno być. Tak, to wulgarne i chamskie ale przy odpowiednim nastawieniu jest z czego się pośmiać]
            Także tak, musiałem wrzucić w tamtym komiksie i aluzję do tego ;)
           
            A na koniec jako bonus przytoczę małą ciekawostkę... RUSKIEGO PUCHATKA! Dziwnie fajne w swojej prostocie (no i ciekawie zobaczyć adaptację nie skalaną wpływami Disneyowskiej interpretacji)   

Pozdrowienia dla Puchatkofilów ;)
~Pan Miluś

niedziela, 27 marca 2011

Kubuś Puchatek (Tak jakby) Parodia (Tak jakby)

A dziś specjalny odcinek Ziomala, a zarazem ukłon w stronę jednego z największych dzieł literatury. Tak jest! Oto mój hołd w stronę Kubusia Puchatka! (Buhaha!!!)
 

Pozdrawiam
~Pan Miluś :)

piątek, 25 marca 2011

Dla fanów grzybów i kaczek

A na blogu kolegi Anonimowego Grzybiarza pojawił się gościnnie mój tekst o ewolucji Daffego w "Loony Tues"
http://mnichhistorii.blogspot.com/

Zapraszam do lektury i moich jak i innych artykułów na "Trzech Ponurych Grzybach"

P.S.
Tak wiem. Nawaliłem - Tyle czasu minęło, a "wyników" sondy o ulubioną postać nie ma. Myślałem, myślałem i myślałem... I czy musi być? Nie. Wcześniejsza sonda "zakończyła się dawno" a tu ciągle ktoś nowy głos oddaje. Zobaczymy jak ta urośnie za miesiąc-dwa...
Ale póki co - SZEF WYGRYWA! (Z Panem Dionizym na bliskim drugim miejscu) Za głosy dziękuję w imieniu i moim jak  i moich postaci!

Do usłyszenia
~Pan Miluś

Młyn i Krzyż (Lech Majewski, 2011)

Jest coś czego nienawidzę o filmach tego typu -  „Powszechnie uznanych za ponad czasowe arcydzieło w środowiskach artystycznych”.  Ciężko mi o nich mówić.  Nie można nic skrytykować  by nie zabrzmieć jak jakiś tłuk do którego trafia tylko Hollywoodzka papka w najgorszym wydaniu, a i też jak się zachwala i nazywa film genialnym, to czuję się z kolei jak jakiś pretensjonalny Pan Elita artystyczna, co wszystkie rozumy pozjadał i czuje się ponad resztą głupiutkich ludzików... Z jednej strony człowiek nie wie czy zachwala dzieło bo tak robią wszyscy na około, a i jak coś ma ochotę to wytknąć, to nie czy nie robi tego, bo ma podświadomą chęć popisania się i bycia tym który zawołał CESARZ JEST NAGII!

                Z tymi i innymi mieszanymi odczuciami spróbuję przedstawić moją najszczerszą opinię filmu Lecha Majewskiego „Młyn i Krzyż”. Wizualnie – To film piękny.  Chwilami naprawdę nie wiadomo na czym warto zawiesić oko, a jest z czego wybierać.  Majewski wspaniale rekontruje świat Bruegla nadając wszystkiemu przestrzeni.  Muzyka dodaje wszystkiemu wręcz sennej atmosfery... Tak. To bardzo piękny sen... Tak sen.  Człowiek odpływa. Nie jest to film któremu nie można zarzucić – O! Nie sypie intrygami, zwrotami akcji czy barwnymi postaciami – nie o to w nim chodzi.  Ten film próbuje być jak obraz, który odsłania się nam detal po detalu – tak więc pierwsze pół godzinny spędzamy kolejno widząc każdego z chłopów zajmującego się swoim życiem codziennym. Bez dialogu, bez konkretnych wątków, bez osobowości – ten wypieka chleb, tu się dzieci bawią, tu drwale drwa robią – wszystko proste jak obrazki. Film zresztą jest jak cala galeria pięknych arcydzieł... Ale niestety. Choć kinu bliżej do obrazu niż do teatru, poza serią pięknych obrazków musi być historia.

Fabuła zawarta w filmie to bardzo prosta anegdota. Rzekłbym nawet, że to co autor prezentuje przez półtorej godzinny dałoby się spokojnie pokazać w 20 minutach. Jak sam obraz  opowiada o drodze Krzyżowej Jezusa , z wszystko uwieczniającym Brueglem obecnym na miejscu.... tylko niestety, pomimo dobrych intencji reżysera rozsypka Biblijnych wątków chwilami wychodzi prawie prześmiewczo. Jest w tym jakiś banał. Kicz. O tu Judasz się wiesza, o Tu Maria opłakuje syna, tu Piłat – wszystko ślicznie tylko ma się poczucie porozrzucanej symboliki do której sami musimy dopowiedzieć sobie opowieść. Tak – to działa na obrazie. Na filmie? Już średnio.
„Młyn i Krzyż” jest filmem wybitnym. Niestety jest filmem kierowanym to wąskiego grona miłośników sztuki – Czy to źle? Nie, choć też nie jest to coś czego mogę policzyć na plus – No bo czy dobry film nie powinien być takim co trafi do każdego, a nie tylko do zamkniętego grona wzajemnej adoracji? Choć urzekło mnie jego piękno nie ukrywam – były momenty, gdy wszystko robiło się nieco nużące. Człowiek przestawał myśleć o tym co widzi na ekranie... Jednocześnie nie mogę powiedzieć by był to film za długi. Jest w sam raz – nawet skończył się szybciej niż mi się to wydawało – po prostu melancholijna atmosfera chwilami czyniła swoją funkcję lepiej niż powinna. Nie chcę by jednak wyglądało, że ten film krytykuję bo tak nie jest. Po prostu daję znać – nie oczekujcie fajerwerków, ani też refleksji. To film przeznaczony dla ludzi którzy godzinami lubią spacerować po muzeach wtopieni w te same obrazy.
Ale jak to z obrazami – czy człowiek coś straci bo akurat nie zobaczy w swoim życiu akurat jednego, konkretnego? Nie. Nie sądzę.

Pozdrawiam
Pan Miluś

piątek, 18 marca 2011

['] Michael Gough [']

Kolejne smutne wieści - Zmarł Michael Gough*****

Był moim ulubionym odtwórcą roli Alfreda w Batmanie (ale także cieszył się  sławą w horrorach wytwórni Hammer i wieloma innym rolami) Od lat był już co prawda na emeryturze, jednak na zawsze to smutne słysząc, że opuszcza nas ktoś znany i lubiany.  
Na zawsze pozostanie w moim sercu jedynym i prawdziwy Alfred i chętnie zapoznam się któregoś dnia z jego nie-znanymi mi jeszcze kreacjami.


~Pan Miluś

piątek, 11 marca 2011

BARDZO SMERFOWY ZWIASTUN

Tak jest! Po jakimś pół roku od pierwszego teasera wyszedł długo oczekiwany przez nas wszystkich zwiastun Smerfów (Tak! Nas WSZYSTKICH)

Nie będę się rozpisywał o tym, że mam ogromny sentyment za równo do kreskówki, jak i o niebo większy do pierwowzoru komiksowego. Peyo był twórcą tego samego kalibru co Rene Gościnny, Haegre czy Franquin. Jego historie choć targetowane do dzieci, miały inteligentny humor, satyrę i pomysłowość dzięki któremu równie dobrze (jak nie lepiej) czytało się będąc dorosłym. A! I był Zgrywus co dawał prezenty co wybuchały w twarz. On był zawsze najfajniejszy!

Tym czasem zwiastun wyprodukowany przez SONY PICUTRES ANIMATION prezentuje się fatalnie!
Co z nim nie tak zapytacie?


PO PRIMO – Po grzyba Smerfy są w Nowym Yorku? Tak, wiem, że to jakoś magicznie uzasadniom, ale do licha część uroku tej serii polegała na tym, że działa się w baśniowym średniowieczu! Ba! W komiksie nawet było chyba podkreślone, że w dodatku w średniowiecznej Francji! Koncept Smerfy (i biedny Gargamel) trafiają do naszych czasów otwiera sporo możliwości, ale to było fajne na sequel! Ja chcę... MY chcemy Smerfy w średniowieczu! Zresztą nawet jak już mają się przenosić to czemu akurat do USA i czemu (jak najwyraźniej wszyscy) do Nowego Yorku? Byłem pewny, że są jakieś inne miasta w stanach zjednoczonych...

DWA – „Where the Smurf are we”, „I think I just Smurf in my mouth”, “Smurf happens”... Czy Oni po prostu zrobili listę wulgarnych określeń i zastąpili wulgaryzmy słowem "Smurf"? W clipie na oficjalniej stronie pada test Papy Smerfa „Is the Smurf butt blue?”. Cała klasa panowie...
 
TRZY – Jeden ze Smerfów nadstawia tyłek pod wiatr i oznajmia, że „Nie ma to jak rześka bryza w moim zaczarowanym lesie”.  Nie... nie wiem co tu dodać. To praktycznie mówi za siebie.  

CZTERY -


Z cze...  Z czego wystaje Ciamajda?  




FUUUUUJ! Jesteście ohydni! Tfu! Tfu! Ble!



PIĘĆ Ten rysunek promocyjny...
Który co prawda nie jest kadrem ze zwiastunu ale raczej nic nie wskazuje na to, że to będzie scena wycięta, tym bardziej, że jest krótki moment w którym Ważniak ewidentnie... Rapuje??

SŁOWEM – Zapowiada się kolejna debilna komedyjka na siłę dojąca znaną serię, przepełniona marnymi żartami pop-kulturowymi, humorem toaletowym (czyt. Smerfy będą bekać, pierdzieć i tym podobne) i możemy mieć pewność, że będzie seria sekwencji w których Smerfy rapują emitując obecne pop-sensacje.

Mimo tych i innych minusów jest dziwna część mnie która chce to zobaczyć. Ostatecznie „Miś Yogi” wyszedł im zadziwiająco fajnie.
Tak – to była komedyjka dla dzieci ale w kategorii takowej sprawdził się wybornie.

Tak więc może nieco na siłę, ale w ramach bycia nieugiętym optymistą spróbuję doszukać się jakichś dobrych stron tego projektu.
PLUSY :
PO PRIMO : Neil Patrick Harris


Lubię tego aktora, sprawdził się tam i ówdzie i wierzę, że przynajmniej wprowadzi kopa energii dzięki któremu sceny z nim będą zabawne.



DWA  : Hank Azaria jako Gargamel.
Znów – raz, że ktoś kogo lubię (gra w Simpsonach Moe, Apu, Chief Wigguma i wiele, wiele innych postaci), dwa wiem, że sam sobą wnosi wiele humoru wiec przynajmniej mogę mieć jakąś gwarancję, że będzie miał jakieś zabawne momenty, trzy – szczerze? W tym kostiumie wygląda całkiem nieźle... To jest na tyle nieźle na ile Gargamel wyglądać może.
TRZY -
Ok., muszę przyznać, że ten moment w zwiastunie był zabawny. Plus jak to Klakier to cieszę się, że zrobili go tak niż... No, cóż... Widział ktoś może aktorskiego "Garfielda"?


CZTERY Szkocki Smerf Gutsy.

Początkowo jak usłyszałem, że w filmie centralną rolę ma grać nowy Smerf imieniem Gutsy, którego cechą charakteru ma być to, że jest „ niesmacznie odważny” przekręciłem oczami w zażenowaniu.
Ok.! Ewidentnie chcą dać jakiegoś bohatera role-modela, a ponieważ Smerfy prezentują sobą tylko wady i dali kogoś nowego (bo jak dobrze wiemy Osiłek i Pracuś są negatywni jak diabli) Szczerze spodziewałem się jakiegoś Smerfa ala Indiana Jones, albo jakiegoś przesadnie Cool, coś w stronę Yo ziomala, na pokrój profanacji którą zrobili z Alvinem i wiewiórkami...
Także pomysł Smerfa-stereotypowego szkota, o impulsywnym myśleniu i chłopskim podejściu do życia... Ta! Inni fani Smerfów zjadą mnie za to, ale zapowiada się nienajgorzej.

PIĘĆ – Po tym gdy Gutsy skopuje Ważniaka z balonu i ten leci na dół ku "pewnej śmierci"(co samo w sobie przynajmniej pokrywa się jako-tako z komiksem, gdzie wszystkie Smerfy szukały tylko pretekstu by w jakiś paskudny sposób okaleczyć natrętnego okularnika) zwróćcie uwagę na wyraz twarzy Marudy w tle.

 
"Smerfnie..." :]


Tak czy siak – Posmerfujemy zobaczymy! Jest słabo ale przynajmniej powyższe plusy dały mi jakąś szczyptę nadziei, że może być smerfnie. Gorzej oczywiście jak film będzie smerfowy ;)




~Wasz
Pan Miluś

środa, 9 marca 2011

A co słychać w telewizorze?

Bycie chorym ma swoje dobre strony.
Człowiek ma okazję przypomnieć sobie, że istnieje telewizja i nadrobić braki. Czasem będzie to ciekawe doświadczenie...

Ot, dziś skoro świt, a już się wyspałem za pięciu, skacząc po kanałach, zobaczyłem sobie edukacyjny serial dla dzieci "Dalej, Diego" (Go Diego Go!) Spin-off "Dora the Explorer", podobnie jak Ona utrzymany w tej samej konwencji co "Mali Einsteini" czy "Klub Przyjaciół Myszki Miki" - czyli postacie gadają do młodego widza, prosząc go czasem o współpracę ect.

ZACZYNAMY SEANS!!!
Oglądam, ogląd - Ok. Kilkuletni Diego - Indiana Jones swojego pokolenia - musi pomóc trzem młodym Kondrom powrócić do gniazda w odległych górach, za lasem. Przyzwoita fabuła, dla serialu dla trzylatków. Nic do zarzucenia.
Oglądam, oglądam - Ok, ma jakieś tam przygody, co chwila pada jakiś nowy fakt o zwierzętach aby poduczyć dzieci, tu coś po angielsku rzuca bo seiral też uczy języków obcych...
Oglądam, oglądam... Oh, nie! Nasz bohater nie wyrobi się na czas! Słońce prawie zaszło, a jak zdążył już podkreślić z czterdzieści razy w tym odcinku "Kondory nie latają po zmroku". Co prawda całą drogę jej niesie więc, aż chce się spytać jaką różnicę mu to robi, ale nie - "Kondory nie latają po zmroku", a jutro najwyraźniej nie będzie kolejnego dnia na kolejną próbę, więc w tym wypadku wygląda na to, że wszystko  stracone!
Psia kość! Co więc pocznie?
Ależ prościzna - wsiada na innego większego kondora, który akurat przelatywał obok, podlatuje do słońca i (prosząc widza o współpracę)... POPYCHA JE OD DOŁU, dzięki czmeu powstrzymuje zachód o kilka ładnych godzin.
Nie. Nie żartuję.
Przez moment myślałem, że poprostu poleci na drugi koniec góry, gdzie jeszcze będzie widno i poprosi rodziców kondorków o pomoc czy coś w tę stronę - Ale nie! Poprostu wlatuje POD słońce, pcha je gołą dłonią w górę i nawet się od tego nie poci.
Cóż za banalna solucja, na zawiły roblem, który męczył łudzkość od pokoleń! Diego ma faktycznie głowę nie od parady!

Motyw co prawda nie bierze się z nikąd bo nasz heros wcześniej wpadł na jakiegoś tajemniczego dziadka który strzelił mu wierszyk, że "Kondor nie lata w nocy, ale dźwiga słońce" (jakoś tak, ale się rymowało) Choróbka, Ja tu myślałem, że to będzie zagadka logiczna, czy coś, bo serial próbujący rozwinąć myślenie u dzieciaków ale nie! Tu zostaje to portaktowane dosłownie. Pod słońce i pchać!
Nic tylko łapać za pochodnie i iść palić Centrum Nuki Kopernik, bo jak wynika z kontekstu tej edukacyjnej kreskówki najwyraźniej powstało na cześć oszołoma wciskającego ludziom niczym nie poparte banialuki. Założę się, że nawet nic nie wiedział o Kodnorach!
By było jeszcze zajebiściej po chwili Diego robi dla widza małą powtórkę z poznanych w odcinku prawd przyrodniczych, skromnie nie wspominając słowem o swoim epickim wyczynie sprzed dwóch minut. Biorąc pod uwagę, że wszyscy są z tym Ok, a i nikt nie kwestionował wyczynu w pierwszej kolejności, to najwyraźniej jendo z tych powszechnych zjwisk na zgłębianie których nie ma co marnować cennych minut odcinka
No, cóż! Dobrze wiedzieć, że nasze dzieci oglądają dziś seriale które nie robią im burzy z mózgu i konsekwentnie przekazuje jak nasz świat funkcjonuje.
Ole Diego. Nie mam nic do dodania.

Inne co ramach mojego telewizyjnego przeglądu przyprawiło mnie o podobną mieszankę radości i wzruszeń (czyt. nie wiem czy śmiać się czy płakać) to pewna puszcza notorycznie reklama, która choć dziwnie oddaje wrażenie desperacko chcącej zwrócić na siebie uwagę Panów, w rezultacie reklamuje produkt przeznaczony (jak mam nadzieje) tylko do kobiecego użytku.
By pokazać, że jestem i uczuły na kobiece problemy oddałem moje odczucia na jej temat w poniższej parodii :
[Potraktujcie to jako zaległy prezent na dzień kobiet moje Panie ;) ]


Do zobaczenia na tym samym kanale
~Pan Miluś :)

~ Tim Burton - Czarno na białym~

Ilekroć czytam na necie “News” o nadchodzących filmach Tima Burtona mogę spokojnie spodziewać się po nim mrowie wpisów które można streścić :
a) Oh, nie! Kolejna czarno-biało-pasiasty shit!
b) Kogo i po jako cholerę gra Jhonny Depp?

Czasem zastanawiam się ilę osób tak naprawdę pisze szczerze, a ile po prostu krzyczy za resztą, bo jechanie Burtona dziś w modzie i stało się wręcz pop-kulturowo powszechne.  Wystarczy wpisać na neta “Tim Burton’s secret  formula”, “Jhony Depp in Burtonland” czy  “Tim Burton in South Park” by zobaczyć kilka parodii które choć zabawne, nie da się ukryć pewnej „monotonii”  polegającej na to, że w kółko i w kółko wytykają te same wady, do tego stopnia, aż chce się spytać : „Tak, tak. Wiemy. Robi podobne filmy. A tak ponadto?”, przez co nie są lepsze od tego co jest Burtonowi zarzucane.

Nie będę się przechwalał, że sam satyryzowałem Burtonowy styl na lata nim było to „trendi” (czyli gdzieś tak przed „Chalii i Fabryka Czekolady”), jednak robiłem to tylko i wyłącznie sympatii do tego reżysera. Był to pierwszy twórca filmowy na którego listę filmów spojrzałem i powiedziałem :
– Hej! Prawie wszystko tutaj to moje ulubione filmy !

I od tego czasu na jego filmy czekałem z podekscytowaniem, a te których jeszcze nie widziałem nadrobiłem z czasem. Owszem były rozczarowania (Ech... „Planeta małp”) ale także sporo przyjemnych niespodzianek („Ed”, do licha!) i choć mój zapał nieco opadł, chętnie wybiorę się na „cokolwiek” w przyszłości wyskrobie
Nie jestem człowiekiem który chodzi oglądać filmy o zwyczajnych ludziach, zwyczajnych problemach i szarej codzienności.  Do kina się wybieram by o tych rzeczach zapomnieć. Nie oczekuję też od filmu, że mnie oświeci, zasypie jakimiś filozofiami czy zmieni mój punkt widzenia. Od tego mam kościół, studia i książki. Na film chodzę się odprężyć, wtopić się w wykreowany przez kogoś świat i (znów) zapomnieć o codziennych troskach.
Jasne – dobrze jak film niesie z sobą jakieś przesłanie... i powinien (Nie oszukujmy się. „Filmy” to nic innego co współczesna forma tego co nasi przodkowie nazywali „opowiadaniem bajek”) Niestety dzieła które na siłę próbują we mnie coś „wetrzeć”, po wyjściu z sali nie zostawiają u mnie „czegoś do przemyślenia” – a nie smak, jakbym spędził właśnie godzinę w autokarze z grupą natarczywych świadków Jehowy.  To po prostu pretensjonalne.
Zmierzam do tego, że nigdy nie oczekiwałem od Burtona (czy jakiegokolwiek innego reżysera), że powali mnie jakimiś swoimi mądrościami, a, że pomoże mi uciec od tych które mam na co dzień.  I pomogły. Groteskowy, odrealniony i mroczny świat Burtona 100% trafił w moje gusta, podobnie jak jego estetyka filmowa i czarne poczucie humoru.  Jego bohaterowie pomimo często cudacznej natury mieli  sobie to coś dzięki czemu nie tylko zakochałem się w nich od pierwszego wejrzenia, ale utożsamiałem się nimi, szczerze przeżywając ich problemy – nawet jeśli miały się ni jak do moich.

 Dla tego więc uwagi „Oh Burton robi takie same filmy” po prostu nie widzę jako wady. Ja lubię ten świat i tak jak ktoś kocha oglądać ten sam film w kółko, tak ja lubię oglądać ten sam świat tylko zawsze ukazany nieco inaczej. Ja CHCĘ od jego filmów czarno-białych pasów, bohaterów będących socjalnymi odrzutkami i gotyckiej atmosfery.
Zresztą ilu twórców ma swój styl, po którym za automatu rozpoznaje się, że owe dzieło było przez nich robione? Christopher Nolan, Kevin Smith, Stanley Kubrick, Michael Bay, Woody Allen czy z Polskich przykładów Juliusz Machulski.

 Z notorycznym obsadzeniem Jhonnego Deppa też nie widzę problemów bo po prostu lubię tego aktora (nie mówiąc już o Hellenie Bonham Carter) Niech ktoś mi szczerze pokaże dwa filmy Burtona gdzie zagrał taką samą postać? Ba! Jego role w  „Edwardzie Nożycorękim”, „Ed Woodze” i „Sweeney Toodzie” są kompletnymi przeciwieństwami.  To nie Jim Carrey (pomimo mojej diabelnej sympatii do tego komika) który w każdej komedii gra praktycznie tę samą postać, do tego stopnia, że szczerze nie pamiętam imion jego bohaterów z lwiej części filmów w której wystąpił. On jest uniwersalny i przypuszczam, że rola w którą się wcieli w nadchodzącym „Dark Shadow” za nic nie będzie przypominała Willego Wonki, Victora Van Dort, Szalonego Kapelusznika czy Ichaboda Crane’a.

Muzyka Elfmana to inny element bez którego muzyka Burtona nie jest dla mnie muzyką Burtona, ale nie jestem melomanem więc się nie rozpiszę na ten temat specjalnie, a co do zarzutu że robi głównie adaptacje/remaki... Cóż. Też wolę jak bierze się za oryginalne koncepty. Jednocześnie kocham jego Batmany. Podoba mi się co zrobił z tymi postaciami i nie wadzą mi zmiany które zaprowadził (w wielu przypadkach uważam nawet, że wyszło im to na lepsze) i choć ktoś mi nawtyka od bluźnierców wolę je od Nolanowej kreacji (może z wyjątkiem Jokera i Denta).  „Charli i Fabryka Czekolady” to także film który uważam za wyśmienitą adaptację, a o „Alicji...” nie myślę jako o adaptacji co wariacji i choć to jeden z jego słabszych filmów miała swoje momenty. Ciężko mi powiedzieć jak „Duża Ryba” czy „Sweeney Todd” mają się do oryginału ale same w sobie uważam za bardzo dobre filmy i wątpię by znajomość pierwowzoru jakoś drastycznie popsuła mi moją opinie na ich temat. Słowem –  zarzutu, że robi tylko adaptacje nie widzę też jako wielkiego problemu, tym bardziej, że zapowiedział już produkcje filmu wdłg. Własnego pomysłu „Frankenweenie”, a i plotka, że ma robić kolejną adaptację brzmi niezwykle ciekawi.
Podsumowując – Najwyraźniej prędzej od Burtona znudziły mi się narzekania na temat jego twórczości. Oczywiście jak ktoś stylu Burtona nie lubi to ma do tego prawo, jednak frustruje mnie jak słyszę :
„Burton to beznadziejny reżyser. Robi same chłamy... Aha! Lubię Sok z Żuka, Miasteczko Halloween i  Edwarda Nożycorękiego .Ed Wood genialny i jego Batmany były fajne” (że nie wspomnę o ludziach, którzy przez lata gadali, że „Oh, nie będzie nigdy lepszego Jokera od Jacka Nicholsona” po czym nagle widzą „Dark Night” i z ust tych samych osób pada „Ta. Zawsze uważałem, że był do chrzanu”)
Można wyzywać kogoś od beznadziejnych reżyserów jeśli nie ma On swoim dorobku ani jednego filmu które jest dobry, jednak robić to gdy dany twórca ma na swoim koncie kilka filmów które się uważa za arcydzieła?  Jest coś samo-wykluczającego się w tej logice.

czwartek, 3 marca 2011

['] ZMARŁA IRENA KWIATKOWSKA! [']

Smutne wieści. Opuściła nas jedna z największych Polskich aktorek komediowych, a już napewno moja ulubiona. Każdy kto czytał mój artykuł o najlepszych Poskich komediach mógł dopatrzeć się conajmniej trzy pozycje których zagrała (co zresztą zrobiła fenomenalnie), jednak znakomitych kreacji miała o wiele, wiele więcej i w teatrze i w kabarecie i na ekranie. Pani Kwiatkowska pozostawiła za sobą ogromne dziedzictwo wspaniałych ról dzięki którym na zawsze pozostanie nieśmiertelna.

Ostatecznie ile osób w swojej karierze miało okazję zagrać na raz anty-picownika, naganiacza, nadinspektora schodów ruchomych, jedno-osobową trójkę społeczną, reprezentantkę Ochotniczego Komitetu nad żonami Rezerwistów, specjalistkę od usczelniania okien taśmą metalową, inspektora do walki z audio i telepajencaczarstwem, a od czasu do czasu zwykłą mamę, gosposię i poprostu bardzo sympatyczną osobę :)