sobota, 19 kwietnia 2014

"SYN BOŻY" (2014) - Recenzja




 Z okazji nadchodzących Świąt Wielkanocnych udałem się do kina na Syna Bożego. Jeśli ktoś jeszcze nie zauważył... Jestem osobą generalnie bardzo pozytywnie wkręconą w Chrześcijaństow i z zwyczaju chętnie idę na każdy film o pro-religijnej tematyce...


Czy ta Biblijna ekranizacja rozczarowała? Nie, poprostu nie jest do końca film kinowy co jak zrozumiałem sklejone cztery odcinki serialu "The Bible" i widać. Pewne wątki są tylko mignięte bądź przeskoczone (zwłaszcza jakże istotny dla całości Jan Chrzciciel jest dziwnie "olany") i jako osobie która z Biblią za pan brat nie wadzi mi to ani trochę, poprostu przypuszczam, że jakby posadzić przed ekranem kogoś kto w życiu nie miał Pisma Świętego w ręku, ani najmniejszego pojęcia kto to "Mesjasz" będzie chwilami OSTRO zdezorientowany. Szkoda wielka, gdyż poszczególne sceny i sekwencje są niezwykle dobre. W sumie byłem pozytywnie zaskoczony ile czasu poświęcili ukrzyżowaniu...

Dwie rzeczy które wyjątkowo wpadły mi w gusta...


1) Diogo Morgado grający Jezusa. Jeśli ktoś by mnie spytał jak czytając Biblię wyobrażam sobie Jezusa w akcji... oto odpowiedź. Mam pewien zgrzyt z wieloma adaptacjami gdzie Jezus przedstawiony jest zbyt poważnie (czyt. sztywno) lub zbyt tragicznie. Tj. to jest tragiczna postać poprostu w takiej "Najwpanialszej Opowieści ("Greatest Story Ever Told") w każdej scenie wygląda jakby miał za moment się popłakać. Tu nie chodzi o jakieś dziwaczne preferencje co w kontekście tekstu... On był charyzmatyczny, że hej! Umiał porwać tłum, sprawiał, że wierzyłeś w każde jedno Jego słowo. Mógł wytknąć kogoś kompletnie obcego na wyrywki palcem i kilkoma słowami zmotywować go by poszedł za Nim. Sprawił, że setki Żydów - ludzi bardzo silnie trzymających się swoich wierzeń - z dnia na dzień zmieniło swoją religię. Miał showmaństwo, miał tonę energii. Był urodzonym przywódcą, ale jednocześnie był niezwykle życzliwy i ciepły. Jezus Morado nie tylko ocieka mądrością i męstwe ale promieniuje od niego prawdziwa radość życia. Kupuję jego Boskość i kupuję jego ludzkość. Jest synem Boga ale jest tak  skromny i...kochany, że sprawi, że wszyscy w jego otoczeniu czują się swobodnie. Nie chcesz iść za nim z lęku, a bo widzisz jaki jest super. Bóg według nie go jest sto razy bardziej taki? Którędy do Nowego Jerulazem?

Wreszcie jak miło zobaczyć Jezusa który... Ma poczucie humoru! W każdej innej adaptacji jak oznajmia "z tej świątyni nie pozostanie kamień na kamieniu" robi to albo z żalem albo z groźbą w głosie. Tutaj? Mówi to radosnym tonem jakby chciał rzec "Słuchajcie, jak coś wam zdradzę to się skręcicie ze śmiechu". I szczerze mówiąc to wcale nie głupia interpretacja. W Biblii nie ma ani jednej zmianki by Jezus się z czegoś śmiał (choć są i apokryfry gdzie robi to na okrągło) ale z drugiej strony kiedy, gdziekolwiek w Nowy Testamencie mamy jakiś większy opis kogokolwiek zalewającego się śmiechem? (nie licząc może tych legionistów co grali o jego szaty w kości) Tu Jezus jest 100% na luzie, taki do mnie przemawia i szczerze mówiąc ma to więcej sensu. Ostatecznie wszyscy dla niego są jak przedszkolne dzieci którym musi łopatologicznie przedstawić swoje wartości (patrz. Przypowieści)

Słowem - Ta wersja mi wielce pasuje.

2) Film koncentruje się bardziej na scenach w których Jezus naucza! Odnosze wrażenie, że wiele osób niesłusznie koncentruje się na tym jakie to cuda czynił zamiast na tym co mówił. A przecież one były tylko dodatkiem. Czynił je bo... umiał. Dla niego to była normalka. Jego celem było przedewszystkim przekazanie swoich przykazań, błogosławieństw i mądrości. Tu narracja na pierwszym miejscu stawia właśnie jego nauki. Cuda pojawiają się "raz na jakiś czas" (słynne zamienienie wody w winno nawet nie pojawia się w filmie), a nawet spiski przeciw Jezusowi są czymś kompletnie drugoplanowym. Więcej takiego podejścia poproszę.

3) I tu może głupotka, pikuś dla każdego innego ale... JAK MIŁO WRESZCIE OBEJRZEĆ FILM GDZIE PAMIĘTALI, ŻE MARIA MAGDALENA I PROSTYTUTKA KTÓRĄ JEZUS RATUJE PRZED UKAMIENIOWANIEM TO BYŁY DWIE RÓŻNE OSOBY! Jak piszę to błachostka, ale to błachostka którą spaprała 90% adaptacji filmowych które widziałem (Nawet Scorsese pokazał, że zadał sobie zerowy trud przeczytania Biblii do swojego fanfiction)  Jasne! Przez wieki wiele osób wyciągało teorię, że może to być ta sama osoba i historia grzesznej kobiety która nawróciła się i została jedną z głównych uczennic Jezusa (wręcz prototypem obecnej zakonnicy) przemawia do wielu... ale prawda jest taka, że w Biblii NIGDZIE nie ma powiedziane by była to ta sama osoba. Ba! Maria Magdalena gdy debiutuje przyłącza się do Jezusa bo robi na niej akt egzorcyzmu więc raczej dziwne, że nie zrobił teog odrazu.

Tak czy siak - teorie, teoriami ale fakt-faktem z Pisma Święteog jasno wynika, że były to dwie różne osoby ale ni z gruchy ni z pietruchy, KAŻDA adaptacja filmowa postanowiła połączyć je w jedno. Jasne z punktu filmowego pozwala to zrobić bardziej barwną postać (już pomijam filmy które jeszcze postanowiły zrobić z niej "love intrest" Jezusa)  ale o ile ktoś nie robi kompletnej warjacji jak wspomniany Scorsese nie uważam za słuszne robienia TAKICH odstępstw od życiorysów postaci które są Święte dla członków Największej Religii na tej planecie.
Filmowa Maria Magdalena ("Kobiecy apostoł") pozostaje ciekawą postaciom bez łapania za takie "pikantne" chwyty. Po wszystkich filmach gdzie przekręcałem oczami to było wręcz odświeżąjące.


Tak czy siak film polecam wszystkim fanom i chcących iść w ślady nauk Jezusa Chrystusa... i tym oto pozytywnym akcentem pragnę życzyć wszystkim któży na tego bloga zabłądzili WESOŁYCH ŚWIĄT I RADOSNEJ WIELKANOCY!!!!!!!!!! (ORAZ JAK KTOŚ PREFERUJE... ŚWIĘTA PSASCHY!!!! :) )

PACHNĄCEJ ŚWIĘCONKI, TĘCZOWYCH PISANEK I PISANKOSTYCZNIE ZAJĄCZKOWO-KRÓLICZYCH CHWIL!!!!!

 
Pozdrawiam
Maciej Kur :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz