Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komedie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 września 2011

Recenzja : Count Duckula (Hrabia Kaczula)

W transylwańskim zamku, rząd portretów na krużganku, z jednego z nich wyrusza na zwiady... KAAACZUUUUULLAAA!!!!


Hrabia Kaczula to kreskówka którą wszyscy pamiętają z dzieciństwa... Choć prawdę powiedziawszy głównie dlatego, że kiedy był po raz pierwszy emitowany w Polsce było tylko około czterech kanałów, więc co by nam nie puścili oglądalibyśmy z braku jakiejkolwiek innej alternatywy.

Pamiętam, że i ja lubiłem to jako dzieciak, jednak serial naprawdę pokochałem gdy będąc dorosłym widzem obejrzałem go w oryginale angielskim... w sumie to jedna z tych kreskówek którą docenia się dopiero w dorosłym wieku.

Rzecz jasna pierwsze co się rzuca w oczy (i w uszy) to unikatowy klimat. Mroczny głos narratora, ociekające atmosferą dekorację i jeszcze najzajebistrzejszy zamek w historii animacji :


Nie mowa tu jednak o serialu przygodowym ala "Kacze Opowieści" bowiem Kaczula schematem przypomina o wiele bardziej brytyjski sit-come. Ba! Jeden odcinek jest parodią „Hotelu Zacisze”, gdzie Jhon Clesse nawet użyczył głosu karykaturze samego siebie...


Tytułowy Kaczula to wegetarianin więc serial często bardziej koncentruje się na fakcie, że jest hrabią niż wampirem. Jego Igor to nie klasyczny obleśny garbus, a wyrafinowany angielski lokai. Wreszcie - mamy tępą, ociężałą umysłowo i niezbyt inteligentną gosposię Nianię. Wypisz-wymaluj sitcomowy zestaw postaci. Rzecz jasna humor jest typowo brytyjski, przesycony absurdem i gierkami dialogowymi (patrz. Monty Python) W sumie 90% większości odcinków opiera się na scenach dialogowych... i to wręcz odprężająca odmiana od stawiających na akcje i humor wizualny Amerykańśkich kreskówek.

Jasne! Dialogi są długie i rozbudowane ale jednocześnie zabawne jak diabli, inteligentne i bogate w humor werbalny  (prawie każda postać mówi z jakimś specyficznym akcentem), a sposób w jaki nakręcają się główni bohaterowie jest tak cudny, że zastanawiam się ile z tego było improwizowane. W sumie brawa dla tłumacza za samą próbę podjęcia się tego serialu, bowiem jest tu mrowie kalamburów których po prostu nie da się przetłumaczyć i mają sens tylko w oryginale angielskim.


Także co mi się osobiście podoba, nie czuje się, że serial był robiony strikte pod dzieciaki. Nic nie wydaje się być ogłupione (może od czasu padnie jakiś infantylniejszy akcent ale jednak jest tego mało), historie nie mają morałów (są czasem wręcz cyniczne), a postacie nie są czarno-białe. Popatrzmy tylko na naszych bohaterów:  Kaczula choć stara się być porządny to łapczywy na kasę, egocentryczny samolub, a Igor pomimo swej lojalnej natury, to wręcz fanatyk ciemnych mocy, który za misję życiową obrał sobie namawianie swojego panicza do popełniania paskudnych czynów. Co ciekawe gdy w jednym odcinku zasugerowano mu by sam został  Hrabią w miejsce Kaczulii protestował twierdząc, że nie został powołanym do tej roli. Być może to właśnie w honorowej postawie tej postaci i wierności swoim ideałom tkwi sekret dzięki któremu - jak mroczne nie byłyby jego upodobania - to właśnie Igor chwilami budzi największą sympatię z całej gromadki.

 

Odwrotnie ma się sprawa, z głównym antagonistą. Doktor Von Goosewing choć obsesyjnie próbuje zabić Kaczulę nie może być tak naprawdę nazwanym czarnym charakterem. Przeciwnie! Na co dzień to dobrze wychowany starszy Pan, a z obiektywnego punktu widzenia jego misja jest wręcz szlachetna. Nie ma tu ani kropli zawiści. On poluje na wampiry bo myśli, że wyświadcza światu przysługę, a że nie daje sobie powiedzieć, że obecny Kaczula to pacyfista i wegetarianin, to wyłącznie wynik jego osobistych urojeń. Twórcy dają silne poszlaki, że Von Goosewing cierpi na swego rodzaju schizofrenie, bo choć w kółko nawija do swojego asystenta mieniem Heinrich ten wiecznie jest nieobecny na ekranie i wydaje się istnieć tylko w wyobraźni swojego przełożonego.

Jest coś wręcz poetycko tragicznego w tej postaci i jej ciągłych porażkach... 
 
Komediowa warstwa serialu nie opiera się wyłącznie na kalamburach i przejęzyczeniach postaci.  Humor jak trzeba potrafi być bardzo czarny (najwyraźniej brytyjska cenzura nie miała problemów z kielichami wypełnionymi krwią które co rusz podaje Kaczuli Igor), a nie rzadko padają aluzje których dzieciaki po prostu nie załapią... Jeden odcinek na ten przykład to parodia (ubóstwianego przeze mnie) „Gabinetu Doktora Caligarii”. Biorąc pod uwagę, że serial powstał wiele lat PRZED Internetem jestem szczerze ciekaw ile osób (nie tylko dzieci) wiedziało o co tu chodzi, gdy po raz pierwszy zawitał na ekranie...

 

Nie mogę oczywiście zapomnieć o moim ulubionym atucie tej kreskówki, bowiem choć czołówka serialu jest dobra, Kaczula posiada najfajniejszą (Thriller-podobną) tyłówkę jaką w swoim życiu słyszałem :


MIODZIO!

Są rzecz jasna słabe odcinki, a część wydaje się mieć puentę wymyśloną na szybko (wręcz urywa się nagle). Łatwo też doszukać się tu wielu niekonsekwencji bowiem Kaczula raz umie się teleportować, raz jest to ignorowane, czasem słońce zabija inne wampiry czasem stoją spokojnie w upalny dzień na dworze, a większość bohaterów można posądzić o amnezję bowiem nie wydają się rozpoznawać postaci, które już napotkały już wcześniej (czasem nawet kilkakrotnie)  Co ciekawe  odcinek „Unreal Estate” który powinien być pilotowym (a w każdym razie na to mi wygląda bowiem narracyjnie  wprowadza świat i bohaterów,  wszystkie "zasady" są w nim wyjaśnione, VanGoosewing dowiaduje się w nim o Kaczuli, animacja jest o wiele słabsza i nieco inna i jedna scena wykorzystywana w czołówce pojawia się tutaj w całości) z jakiegoś powodu został wyemitowany dopiero w trzecim sezonie... Ale to naprawdę niewielkie minusy względem całości.


Swoją drogą - Jakiś czas temu posiadłem zestaw DVD z wszystkimi odcinkami serialu i polecam je każdemu, kto lubi fajny pseudo-mroczny klimacik i dobry (acz angielski) humor dialogowym. Dodatków nie ma może mega wiele choć sympatyczne – trzy wywiady z autorami, z czego jeden pokazuje jak rysować Kaczulę (łącznie ok. 20 minut). Dodatkowo mamy fajnie wykonane, klimatyczne menu...  


I na finał mej retrospektywy, dla tych którzy mają ochotę odświeżyć sobie serial ale mają czas by rzucić okiem tylko na kilka odicnków...
Oto moja lista TOP 10 ODCINKÓW HRABIEGO KACZULI :

10. Fright of the Opera – Parodia „Upiora w operze”. Jeden z najbardziej klimatycznych odcinków głównie dzięki postaci Upiora, który w jest de facto upiorny z bardzo nastrojowym głosem. Że zabawny to swoją drogą...


9. Mystery Cruise – Niania wygrywa rejs statkiem i Kaczula wprasza siebie i Igora na chama. Niestety w tajemniczy sposób wszyscy na statku znikają zostawiając trio bohaterów samych ala Mary Celeste. Wyśmienity odcinek pomimo dosyć przewidywalnego zakończenia.

8. Transylvanian Take-Away – Para złodziei Gastone i Pierre próbuje ukraść z zamku Kaczuli wazę, na której jak się okazuje zaszyfrowano mapę do skarbu... Być może pierwsza połowa odcinka jest mocniejsza od reszty (tym bardziej, że Gastone i Pierre są w niej nieobecni) jednak jako całość i tak jest niezwykle dobry.

7. The Hunchbudgie of Notre Dame – Kaczula jedzie do Paryża, kupuje od kanciarzy (znów Gastone i Pierre) wieżę Eiffla, zostaje wrobiony w kradzież obrazu z Luwru, a Niania zostaje porwana przez dzwonnika z Notre Dame... Ta, mój pobyt we Francji też nie był sielankowy. Z tego odcinka pochodzi mój ulubiony żart słowny w całym serialu... choć nie będę spoilerować.

6. Town Hall Terrors – Wieśniacy obawiają się, że Zamek Kaczula przeszkadza im w wygraniu nagrody dla najpiękniejszej wsi w Transylwanii więc namawiają naszego bohatera do przemurowania swojego domostwa. Niestety, aby przeprowadzić remont potrzebna jest mu dotacja i resztę odcinka spędza chodząc po urzędach... Nie. Nie żartuję. Przypomina to nieco „Dom Który czyni szalonym” z Asteriksa choć nie jest tak stricte satyryczne.


5. Rent a Butler – Kaczula uświadamia sobie ile kosztuje wynajem służby i postanawia zbić majątek wynajmując innym bogaczom Igora i Nianię. Rozwala mnie jak bezczelne jest zachowanie Niani względem nowych chlebodawców. Swoją drogą fajnie zobaczyć co porabia Van Gosewing gdy nie jest zajęty polowaniem na Kaczulę, co ma miejsce w tym odcinku.

4. Mobile Home – Kolejny odcinek w którym Kaczula przeprowadza remont zamku, jednak ekipa remontowa okazuje się grupą złodziei (jak w prawdziwym życiu) którzy planują rozebrać zamek na części i odsprzedać go bogatym Amerykańcom cegła po cegle. Tak absurdalne, że dziwnie wiarygodne...

3. Hi-Duck – Ten odcinek pokazuje jak barwne są te postacie i jak świetnie nakręcają się w każdej sytuacji. Nie trzeba im wielkiej intrygi. Wystarczy dać Kaczulę, Igora i Nianię na lotnisku przechodzących przez wszystkie typowe procedury i viola! Mrowie komizmu przed nami! Jako wątek pobocznych Gastone i Pierre szykują się do uprowadzenia samolot, ale jak zwykle wychodzi im to ślamazarnie.

2. Ducknapped – Para studentów z Anglii próbuje porwać Kaczulę, jednak omyłkowo wysyłają list z okupem przed uprowadzeniem hrabiego, wprawiając Nianię i Igora w panikę, a sami przypadkiem pojmują VanGosewinga... Ten odcinek to jedne wielkie qui pro quo i to wyśmienicie wykonane. Wisienką na torcie jest duet studentów, którym towarzyszy typowo brytyjska nonszalancja. Aż szkoda, że nie powrócili w późniejszych odcinkach...


1. Whodunnit? –Kaczula zostaje zaproszony do Angielskiego dworku na odczytanie testamentu wujka. Jak się okazuje wuj nie tylko przewidział, iż zostanie zabity, ale także, iż mordercą będzie jeden ze członków jego rodziny (jak niezręcznie musiały wyglądać wigilie nim spisał testament). Cały klan zostaje zamknięty i odcięty od świata, a spadek otrzyma ten kto odkryje tożsamość zbrodnialca. Po prostu idealny odcinek, pełen zabawnych tekstów i jeszcze zabawniejszych zwrotów akcji.


I to wszystko na dziś.
Do zobaczenia... Czymkolwiek jesteście!
BUHAHAHAHAHA!!!!

~Pan Miluś

niedziela, 21 sierpnia 2011

Puchatkostycznie!!! czyli Recenzja "Kubuś i Przyjaciele" (2011)

Nie da się ukryć! Stworzenie filmu kierowanego dla dzieci, który jednoczeście o wiele bardziej bawi dorosłego widza to niebywale ciężka sztuka.

Nie mówię tu o "Shrekach" i innych "Madagaskarach". Każdy głupi może napchać scenariusz filmu mrowiem aluzji pop-kulturowych, humorem tolaetowym, jakimiś wulgarniejszymi, cynicznymi wstawkami i z zadartym nosem chodzić myśląc, że film dzięki temu będzie bardziej kierowany dla dorosłego widza. Prawdziwy numer polega na spleceniu scenariusza który będzie bawił dorosłego widza bez zniżania się do tych rzeczy.

Najnowszy Puchatek Disneya w zadziwiający sposób wywija ten trudny manerw!

Nie ma tu mrugnięć okiem. Film stawia przedewszystkim na humor postaciowy.
Ot, zostajemy na nowo przedstawieni grupie barwnych acz głupiutkich mieszkańców Stumilowego lasu... poczym odczytujac list od Krzysia "Nie ma mnie. Bendezar"(co swoją drogą ma dla mnie więcej sensu niż "Jentyk" w tłumaczeniu Tuwim) wyciągają, jakże racjonalny wniosek, że Krzyś został porawany przez potwora imieniem "Bendezar" i przez kolejną godzinnę filmu oglądamy jak biegają po lesie nakręcając się nawzajem. To trochę jak "Blair Witch Project" , bo wiemy, że tam nic nie ma, jednak cudnie ogląda się wszechobecną paranoję jaka rośnie między bohaterami.


Jak pisałem kiedyś w innym postacie, Disney przez lata zasypuje nas co rusz nowymi wersjami Puchatka. Nie były złe... na swój sposób urokliwe... niestety z każdą coraz bardziej odchodziły o ducha ksiązki, schodząc na terytorium czegoś kompletnie nie-Puchatkowego.
"Kubuś i Przyjaciele" (w oryginle słusznie nazwny poprostu "Winnie the Pooh") jak dla mnie to najwierniejsza adaptacja książki od czasu pierwszego filmu Disneya... Na swój spośób są to przeprosiny za wcześniejsze chwilami potrakowane po Maczoszemu adaptacje.

Postacie wydają się żywsze, barwniejsze i bardziej niż przedem utrzymane w duchu pierwowzoru, a interakcje między nimi są poprostu straszliwe zabawne! Obsesja Puchatka na punkcie miodu, smętne komentarze Kłapouchego, mądrzenia się sowy czy próby robienia za "jedynego normalnego" Królika prezentują się lepiej niż kiedykolwiek, serwując nam humor dialogowy i płynący z ironi w najlepszym wykonaniu!

"Kubuś i Przyjaciele" to porpsotu inteligentny humor w najlepszym wydaniu! Aż głupio mi się robi, że początkowo podchodziłem tak sceptycznie do tego projektu.

Innym istotnym elementem jest animacja! Nie są to jakieś 3D fiu-bździu, tylko śliczna, ręcna, klasyczna. Choć kocham Pixara, niestety nie ukrywam, że animacja komputerowo starzeje się szybko. Wystarczy rzucić okiem na pierwsze "Toy Story". Pomimo uroku, dziś wygląda poprostu koślawo. Animacja ręczna ma ten urok, że dobrze wykonana po latach wygląda ciągle dobrze. Za kilka dekad psychodeliczny, miodkowy sen Puchatka będzie ciągle wyglądać fantastcznie, poobnie jak wieloryb w "Pinokiu" ciągle robi wrażenie, a różowe słonie z "Dumba" dalej są oszałamiające.


Co dodać? Na "Kubusia" wybrać się warto. Jest odświeżający, serwując ogromną dawkę komedii bez potrzeby robienia z siebie "dorosłego filmu", a dzięki byciu poprostu inteligentnym.
WARTO!!


Pozdrawiam
Pan Miluś

P.S.
Nie ma mnie.
Bendezar

środa, 22 czerwca 2011

Diabli Nadali! (King of the Queens)

Będę szczery. Ostatnio rzadko oglądam telewizję...  bo prawdę mówiąc jest w niej tyle co kot napłakał. Nawet nie mogę sobie przypomnieć kiedy ostatni raz miałem sytuację, gdzie włączyłem telewizor  i leciał jakiś film na widok którego zareagowałem „O, to wygląda ciekawie! Obejrzę to!”, albo przynajmniej „O, to ten film co lubię...” I jeszcze mdli mnie na widok tych wszystkich powtórek. Ile razy TVP SERIALE może puszczać w kółko RANCZO!? Ile WOJNA I POKÓJ może puszczać w kółko DOM!? MEZZO już nie odbieram więc nie dostaję swojej dawki  oper i baletów, ROMANTIKI także nie mam więc nie wiem czy Amanda i Carlos są dalej w związku, nawet na kanałach z kreskówkami jest dosyć ubogo, Disney Chanal wieje pustką, Bumerang (z jakiegoś powodu) także puszcza w kółko to samo, większość nowych „trendi” kreskówek mnie szczerze odrzuca, a te dla najmłodszych które mnie bawią poprzez schizową naturę bądź prześmiewczą opatalogicnzość lecą w porach gdy jak to biedny student wieczorowy wolę sobie pospać.

Kurcze! Jak przy kanał dziecięcych jesteśmy, to zdałem sobie sprawę, że szczerze mówiąc jedyny raz w ciągu ostatnich paru tygodni, gdy coś przyciągnęło moją uwagę to jak leciały... Teletubisie. BEZ JAJ!  Jest w tym serialu coś tak prześmiewczo ogłupiającego, że mnie to bawi  do łez. „Pewnego razu w krainie Teletubisiów Dipsi usiadł, a Lala wstała” oznajmia narrator i przez kolejne pięć minut (dosłownie) nas bohaterowie nie robią na przemian nic innego. Jakoś nie potrafię patrzeć się na to by nie czuć jak brzch trzęsie mi się ze śmiechu. To jak jakiś dziwny pozytywny narkotyk...

Ale odkładając seriale edukacyjne na bok, jeden serial na który z przyjemnością zerkam ilekroć akurat ogląda go Moja Mama, to... Diabli Nadali (The King of the Queens)

Na pozór jest to kolejny sitcom z Comedy Centralu który opiera się na typowych dla tych seriali schematach – Ot, proste z życia wzięte przygody małżeństwa Douga i Carrie (Kevin James, Leah Remini) które musi użerać się z zrzędzącym teściem Arturem (Jerry Stiller), który mieszka w ich piwnicy. On pracuje w firmie przesyłkowej ala UPS, Ona jest sekretarką, a dziadzio wykręca im numery, że boki zrywać. Niby banał, a jednak serial szczerze polubiłem już po pierwszym odcinku jakie dane było mi oglądać. Jak to jest, że akurat ten serial przyprawia mi uśmiech na twarzy, a reszta Comedy Centralowej papki... nie jest jakaś tragicznie zła, ale po prostu nie trafia mi w gusta?

Wydaje mi się, że jest to w dużej mierze zasługa wykreowanych postaci. Nie wnikam w obecną karierę Kevina Jamesa (który z tego co słyszałem zagrał ostatnio w kilku niskolotnych komediach i tylko z nimi się w szerszym gronie kojarzy) ale jego postać w tym serialu jest całkiem zabawna.  „Prawdziwa komedia” jednak zaczyna się ilekroć jest ze swoją lepszą połową. Przyznam szczerze, że większość „sitcomowych żon” to najnudniejsze postacie pod słońce. Nie wiem czy to winna scenarzystów, że po prostu nie umieją pisać zabawnych postaci kobiecych, ale rola żon w sitkomach zwykle ogranicza się do tej która jest zawsze jest tą mądrzejszą, zawsze da dobrą radę i robi za tą „poważną” dając głupkowatemu mężowi pole do popisu. Postać Carrie ma ten plus, że dzięki ironicznej i sarkastycznej naturze jest zabawna sama w sobie (czasami nawet zabawniejsza od Douga), też potrafi walnąć gafę, zbłaźnić się (czasem wręcz wyjść na kompletną idiotkę), mieć swoje dziwactwa bądź grzechy. Nie tylko pasują do siebie, ale uzupełniają się i co najważniejsze – czuć między nimi chemię! W kontraście ze sztampami jakie widuję w innych tworach tego typu notoryczne flirtowanie i przekomarzanie się miedzy Dougiem a Carrie wypada jako całkiem wiarygodne życie romantyczne.  

 Bohaterem który jednak często kradnie cały show jest Artur! To nie tak, że jest jakimś zramolałym złośliwcem (choć nie można mu tych cech odmówić) To typ starego człowieka który jest i trochę zdziecinniały i trochę ekscentryczny i przede wszystkim żyjący w swoim własnym odrealnionym świece. Jednocześnie ma poczucie dumy przez które jak pokracznie by nie interpretował sytuacji, zawsze uprze się na swoje i nie da sobie nic powiedzieć. A zostawić go samego nie można bo jak nie pójdzie wynająć prostytutek bo samotnie nie chce mu się iść samemu do kina, pożyczy sobie firmową furgonetkę zięcia albo po prostu puści cały dom z dymem. Gra aktora jest przekomiczna, a kto miał okazję zajmować się starszą osobą utożsami się od razu i wiele tekścików Artura zrobi się nagle dziwnie znajoma. Chwilami kojarzył mi się nieco z Babką z Kiepskich, jednak tu jego relacje z zięciem i córką są o niebo cieplejsze. Oni budzą sympatię swoją  cierpliwością do poczynań emeryta (to naprawdę typ człowieka, którego z czystym sumieniem można było by oddać do domu spokojnej starości... zresztą dla jego własnego dobra), a Artura mimo bezczelności nie da się nie lubić, tym bardziej, że nigdy nie ma złych intencji. Ba! Wielu odcinkach wykazuje się wręcz godną podziwu dobrodusznością, czasem jest wręcz szlachetniejszy od całej reszty.


Dynamika między trójką postaci dodaje prostym fabułą życia i swego rodzaju wiarygodność w ich świat dzięki czemu odcinki ogląda się niezwykle przyjemnie. Z drugoplanowych bohaterów są jeszcze kumple Douga – Deacon, Spencer i Richii, którzy są ok., jako „dodatki do głównego dania” (zwłaszcza Deacon ma ciekawy wątek w którym rozowdzi się z żoną) i w późniejszych odcinkach przewija się Holly - wiecznie wesolukta dziewczyna, której Doug i Carrie płacom by wyprowadzała Artura na spacery wraz z psami sąsiadów... [ok, to ma sens w kontekście] Znów - nie jest to jakaś powalająca postać ale budzi sympatię, zwłaszcza gdy Artur zmusza ją do kolaboracji szantażując, że sobie coś zrobi bo "jest stary".
Co ciekawe (jak nie dziwne) w pilotowym odcinku z bohaterami mieszka także siostra Carrie, która choć eksponowana w nim jako kluczowa postać, później pojawia się tyle co kot napłakał i ostatecznie znika bez słowa.... do tego stopnia, że wiele sezonów później było nawet zasugerowane, że Carrie jest jedynaczką! Nie lubię takich niekonsekwencji ale mówi się trudno.

Od dni posiadam świeżo wydane w Polsce DVD z pierwszym sezonem serialu i jestem całkiem zadowolony z zakupu. Nie ma tu jakichś dodatków, a menu jest dosyć proste, jednak serial sam w sobie jest warty ceny zestawu (wiele rozbrajających odcinków, z moim ulubionym „Best man”/”Drużba” na czele) , a miło zobaczyć DVD wyzbyte z jakichkolwiek spotów reklamowych które ciągną się w nieskończoność nim dojdzie się wreszcie do samych odcinków.
                                      

Korzystając z okazji i by usatysfakcjonuję fanów Moich Koncików Dubbingowych, wspomnę słów parę o tłumaczeniu.
Lektor, jak lektor i tłumaczenie jak tłumaczenie jest ok. Ba!

Poprawiono pewien błąd który zauważyłem, gdy serial leciał w TV.
Streszczając kontekst – Doug dostał promocję zamiast Deacona choć ten miał lepsze wyniki. Deacon ma obawy, że szef mógł być do niego uprzedzony ponieważ był czarnoskóry, jednak nie mówi tego wprost. Gdy Doug wreszcie domyśla się o co przyjacielowi chodzi oznajmia  „You think it’s a race thing?” co zostało (ostro) błędnie przetłumaczone „To nie wyścig!”, przez co bezsensu jest kolejna kwestia Deacona o tym, że ilekroć takie coś ma miejsce od razu nachodzą tego typu obawy, a do reszty wydaje się wyrwane z kontekstu jest nieco później zdanie Douga gdy oznajmia żonie „Wybrali mnie bo jestem biały”.
W obecnej wersji Doug mówi już poprawnie „Myślisz, że to uprzedzenia rasowe?”

Dziwnostką w poczynaniach tłumacza jest jednak dla mnie tytuł i nie chodzi tu o to, że nie ma nic wspólnego z tym angielskim. Wiadomo „Król Królowych” nie brzmi po polsku chwytliwe, tym bardziej, że słowo „Queens” odnosi się tu do nazwy Nowo Yorskiej dzielnicy w której mieszkają i pracują bohaterowie. Tytuł „Diabli nadali” kojarzy mi się z tytułami typu „Kogiel-mogiel”, „Nie ma mocnych”, „Nigdy w życiu” bądź „Kochaj albo rzuć” czyli tak naprawdę nie mówi nic, a zarazem jest w nim coś wymownego w tym przypadku, czyli komedii sugerującego całą masę nieporozumień i nieżyczliwych bohaterom zwrotów akcji. Szczerze to kupuję i takie tłumaczenie mi nie wadzi, nawet jeśli widniejąca nad słowem „diabli”, na okładce, korona jest teraz kompletnie bez sensu... Ba! Na upartego, można podciągnąć tytuł po fakt, że Doug z zawodu rozwozi przesyłki. (Kapujecie? „Diabli nadali”... No, ale mniejsza...)
Co mi jednak tu wadzi to naprawdę dziwny pomysł, by w prawie każdym odcinku Doug musiał obowiązkowo powiedzieć „Diabli nadali!” w scenie w której jest z jakiegoś powodu załamany bądź wkurzony. Nie wiem czy to coś co dodali dopiero na DVD, bo nie przypominam sobie tego gdy oglądałem serial w telewizji. I tak – występuje to tylko w Polskim lektorze i napisach, w  oryginale Doug nie ma żadnych powiedzonek czy zawołań.  Czy naprawdę uznali, że to takie niezbędne bo widz prędzej czy później zada sobie pytanie „A skąd ten tytuł ??”  
Kolokwialnie sprawę ujmując : Nie czaję...

Mógłbym przyczepić się także do Polskich tytułów niektórych odcinków, które widnieją w Menu, a naprawdę w paru przypadkach nie mogę dojść, co maja wspólnego z fabułą.

Jeden np. ma ty tytuł „Tchórze” i jest o tym, że Artur kupuje Dougowi i Carrie (co tu wiele mówić "obciachowy") samochód na święta. Nie podoba im się ani trochę ale jeżdżą nim by zrobić mu przyjemność, a ostatecznie aby się go pozbyć postanawiają zachęcić kogoś by im go ukradł...
Nie mam bladego pojęcia jak to się ma do tchórzostwa (nie są motywowani lękiem przed Arturem, a  po prostu nie chcą robić mu przykrości), a biorąc pod uwagę za równo fabułę jak i motyw świąteczny mogli wymyśleć całe mrowie innych tytułów do tej historii.

O wiele bardziej dezorientuje mnie odcinek pt. „Złota Rączka”  który w całości jest o tym, że Doug i Carrie próbują na siłę „styknąć” Spencera z koleżanką Carrie. Znów – jak się tytuł ma do fabuły pojecie nie mam i nie pada w nim nic co by mogło jakieś powiązanie sugerować.

Wreszcie jest odcinek „Sądny dzień” w którym Carrie musi udawać, że jest wolna (w sensie nie ma męża) by zabujany niej Policjant odwołał jej mandat... Znów! Nie kapuję! Czy to ma być jakiś kalambur do fabuły? Owszem grożą jej konsekwencje prawne, a z Policjantem udaje się na randkę ale to daleko rzucona aluzja i pewnie gdyby nie zdjęcie nad tytułem długo bym się zastanawiał o który odcinek biega i na stówę bym nie trafił... 

Może się czepiam pierdółek ale łatwo się ich doszukiwać na tle tak wspaniałej całości.
To wszystko moi kochani, na deser dorzucam czołówkę z serialu, której niestety nie ma w pierwszym sezonie. Ot, krótka, acz wprowadzająca świetnie w klimat całości :)

Pozdrawiam
Pan Miluś

piątek, 4 lutego 2011

Najgorsze Polskie filmy

Top 10 momentów gdy byłem najbardziej zażenowany naszą Polską kinematografią –  a w każdym razie takie przykłady co mi zawsze do głowy przychodzą, gdy myślę o tym co takiego „Polskiego” spowodowało u mnie walenie się głową o ścianę. Taka wyliczanka wspominek z przeszłości, a rusz może kogoś zaskoczę podając jeden z jego ulubionych filmów... choć wątpię


10. Zemsta (Andrzej Wajda)
Do tego dzieła mam trochę sympatii – obsada była dobra (no w większości... Klaro), kostiumowo ładne i... Hej! To Fredro! Do scenariusza i do dialogów przyczepić się nie można... Można za to się uczepić braku wyobraźni reżysera, który robiąc ten film zapomniał o tym co czyni Fredrę, Fredrą – O humorze!  Nie chcę tu mieszać z błotem dorobku Pana Wajdy, ale pokazał tu tylko, że nie ma zbyt wielkiego pojęcia o komedii, bezsensownie klepiąc zdanie w zdanie tekst Fredry (który nie jest śmieszny, jeśli się go odpowiednio nie wygra), nie próbując dodać nic od siebie, ani jakoś ciekawie pobawić się materiałem.
Dziełu może nie wywołuje takiego  żenowania jak pewne inne pozycje na tej liście, ale jest nie mniej frustrujące jako naprawdę zmarnowana szansa, gdyż teraz gdy już istnieje jedna kinowa adaptacja Zemsty, ciężej będzie by dali komuś zrobić jeszcze jedną, poprawną i dobrą.


9. Wiedźmin (Marek Brodzicki)
Nie rozpiszę się bardzo, bo nie jestem fanem Sapowskiego... ale nie trzeba być, aby się skręcać w zażenowaniu na tym filmie. Wystarczy być fanem „Fantasy”, czy nawet ogólnie kinematografii.  Znów – twórcy nie mieli pasji ani pomysłu za to się zabierają
– O! Jest taki i taki projekt! Dobra, bierzemy go i może coś dobrego wyjdzie...
Film ma zero atmosfery, efekty specjalne wywołują zażenowanie, a postacie są nudne jak diabli! Z drugiej strony to jeden z tych filmów, który gdy się obejrzy w gronie kumpli można się pośmiać z tego jaki jest głupi... No i hej! Autor książki, słusznie podsumował film mówiąc, że po przejrzeniu odsłon Polskiej kinematografii z ostatnich dekad... Ten film się trzyma ;)


8. Gulczas a jak myślisz... i Yyyreek kosmiczna nominacja (Jerzy Gruza)
Do tych filmów mam pewną dawkę politowania, bo to trochę jak pastwienie się nad niepełnosprawnym, który być może był chamem i zapracował sobie na brak sympatii z mojej strony... ale jednak.  Ot durne komedie wyprodukowana by się wzbogacić na sukcesie mega-popularnego Big Brother. Wyprodukowane na siłę, w pośpiechu, ociekające kiepskimi żarcikami, wulgarnością i odwołaniami do rzeczy które za dekadę nikt nie będzie pamiętać, choć w sumie już „wtedy” przyprawiały człowieka o klepnięcie w czoło („O matko! Jakie to nieaktualne!”) Nie kwestionuję czy gwiazdy Big Brother były czy nie były zabawne w swoim programie, ale nie były aktorami, a tym bardziej jak grają parodię samych siebie wypada po prostu żenująco.  O ile „Gulczas” był po prostu kiepski, o tyle „Yyyreek” wyjątkowo ociekał kretynizmem. Choć filmy te wołają o pomstę do nieba, czepiać się ich to trochę jak kopanie leżącego...  
Są jednak dwa powody dla których ręce i nogi opadają wyjątkowo nisko, na samą myśl, że te abominacje istnieją :
1) Za sam pomysł zrobienia tych filmów – Bo co winić wykonawców i aktorów skoro musieli pracować z czymś co było z góry skazane na bycie jedną wielką żenadą;
2) JERZY GRUZA! Myślałem, że włosy wyrwę sobie z głowy (a trochę tego mam) jak usłyszałem, że On był reżyserem i scenarzystą tych rzeczy! Człowiek który był współtwórcą 40-LATKA (patrz lista moich ulubionych komedii Polskich) za równo serialu jak i pełnometrażówki , czy też paru innych świetnych komedii jak np. „Dzięcioł”!!!! ALE JAK TO!? Samego „Gulczasa” bym jeszcze przebolał – każdy popełnia błędy i  ma prawo mieć jakąś jedną mizerotę na koncie – ale „Yyyrka”!? Co On myślał? Może w jakimś stopniu wyjaśnia się to z pierwszym punktem, bo hej – złota to On by z tego materiału nie zrobił, ale tym bardziej powinien wiedzieć, że nie jest to coś do czego powinien się dotykać, a tak zaplamił sobie karierę...  SZKODA! Po prostu szkoda!
7. Kajko i Kokosz (ten animowany)
Znów na zażenowanie wpływa tu głównie poczcie zmarnowanego potencjału. Wzięli całkiem fajny komiks (Asteriks może to nie był, ale jednak sympatyczny, inteligentny i dowcipny)  i wzięli Bartosza Wierzbiętę autora dialogów Polskich do Shreka, Misji Kleopatra czy Madagaskaru. Brzmi jak coś z czego powinno wyjść coś przynajmniej przyzwoitego...
Tymczasem :  Uroku komisu – zero, Shrekowej błyskotliwości – zero! Co mamy w zamian? Pierwsza minuta – ktoś pierdzi komuś w twarz. Dziękuję....
Rozpisywałem się o tym dziele tu i tam – w Kazecie miałem o nim artykuł nawet – więc ile to można bluzgać na coś co trwało tylko piętnaście minut, ale boli mnie jak widzę jakie prymitywne podejście Króluje w tym kraju (Nie mówiąc już, że przerwali pracę do o niebo ciekawie zapowiadającego się filmu „Złote Krople” aby stworzyć to dzieło) a myśl, że chcą z tego pełny metraż zrobić napełnia mnie trwogą...


6. Lejdis  (Tomasz Konecki)
Nie wiem co mnie bardziej żenuje – ten film, czy kobiety które potrzebują tego aby się dowartościować.  Ktoś tu obejrzał odcinek „Niani” i powiedział „O! Właśnie takich bohaterek nam trzeba! Frywolnych, dziarskich i umiejących facetowi dogryźć” – Niestety wyszło im to kompletnie bez polotu, tworząc postacie drażniące, mało sympatyczne  i co tu wiele mówić... puszczalskie! Film w dodatku ciągną się w nieskończoność, dorzucając co rusz nowe wątki jakby niezręcznie skleili siedem odcinków jakiejś telenoweli w całość.
Film przyprawia mnie o zażenowanie głównie wzorcami jakie daje Polskim nastolatką jakie są zapatrzone w te bohaterki. Bawiąc się w adwokata diabła, mogę lekko obronić ten film mówiąc, że pamiętam, że miał jakiś fragment w środku (10-15 minut ale jednak), gdzie faktycznie był zabawny/ciekawy i gra aktorska była całkiem porządna. I oczywiście spotkałem się z argumentacją „Oh! Ty tego filmu nie zrozumiesz, bo jesteś facetem”
Ok.!  Zgoda! BYŁBY to argument, gdyby nie, to, że do reszty nie rozumiem kolejnego filmu którym był...
5. Testosteron (Tomasz Konecki)
ALE CHAŁA! Pierwsze 20 minut nie było takie złe, przynajmniej wprowadziło jakiś klimat i może dwa razy się nawet zaśmiałem.... Niestety! Reszta to jeden wielki kocioł żałosności w który wrzucono siódemkę nieprzyjemnych bohaterów (żeby to jeszcze były jakieś stereotypy typów mężczyzn, ci po prostu albo są chamscy albo anemiczni), paradę niskolotnych żartów, mrowie drażniących przerywników i krótki występ  Kuby Wojewódzkiego (brrrr...) Wulgarności się nie czepiam, bo to film o seksie w czym wypada dosyć bezpłciowo.  Co gorsza – był nudny!  


4. Haker (Janusz Zaorski)
AŁA!  Nic tak nie razi jak gdy ktoś o kilka dekad za stary, próbuje robić coś o/dla dzisiejszej młodzieży i  na siłę być „hip”, nie mówiąc już o robieniu filmu o hackerstwie mając o hackerstwie zerowe pojęcie i znów kolejna z „po-Kilerowych”  prób zrobienia kolejnej komedii z fabułą „O! Jakieś zero wplątał się w aferę z gangsterami, tego nie widzieliście jeszcze, co?”  Aluzje do „Matriksa” czy do „Powrotu do Przyszłości”  były tak beznadziejne, że oglądając to bardziej czułem jakby obrażali te filmy niż robili ukłon w ich stronę.
Ech, szkoda sobie strzępić języka – to było marne i co gorsza drażniące...

3. Dzień Świra (Marek Koterski)
Tak, nieprzeczytaliście się! „Dzień Świra”! O wiele więcej o Polakach mówi fakt, że bawi ich ten film, niż film sam w sobie!

Film widziałem wiele razy i Mnie nigdy nie bawił a zwyczajnie męczył swoim marudzeniem. Nie wiem! Może po prostu życie codzienne autora tego filmu (i najwyraźniej świat w jakim się obraca) ma się ni-jak do tego mojego i dlatego jego frustracje wydają mi się zwyczajnie błache bądź dziwne. 
Oczywiście  wszyscy podniecają się "Oh, On wstaje i mu się nie chce! Jaki genialny komentarz" ale dla mnie równie dobrze można się zaśmiewać "Oh, patrzcie! On je śniadanie! Ja jem śniadanie! Ale fenomenalna obserwacja!"

Fakt-faktem film usiłuje być satyrą tylko to nie działa, gdyż to co widzimy to nie jest satyra... To jest propaganda.

Pomijam fakt, że tak naprawdę nie było nic co przyprawiło mnie o uśmiech
- O hej!  To wygląda znajomo...
a wręcz przeciwnie o skrzywienie nosa
– Czy to miało być zabawne?

ale film od początku do końca bombarduje komentarzami politycznymi „O patrzcie! Tak beznadziejnie jest u nas w Polsce” które - zgodzić się czy nie zgodzić - były po prostu nachalnie wykonane, a co gorsza nie miały za grosz obiektywizmu w swoich obserwacjach. Autor ignoruje wszystkie pozytywy koncentrując się na samych negatywach, pesymistycznych wizjach i przykro mi ale to nie jest obiektywne myślenie - to  jest manipulacja i co gorsza ze strony osoby która nie umie ani trochę cieszyć się życiem. A ja niestety potrafię - nawet w chwilach depresji umiem znaleźć jakieś pozytywy a i w moim Państwie choć ma wiele problemnow widzę wiele dobrego i zapominanie o tych plusach jest pokazywaniem tylko jednej strony medalu. Znów - zero obiektywizmu czyli propaganda...

Być może czuję, że posiadam dojżalszy punkt widzenia od autora filmu i stąd moja niechęć. Całość kojarzy mi się ze stękaniem "Nananana jak w tej naszej Polsce niedobrze, nananananana" - bez ani jednego pozytywu co kojarzy mi się z wywodami jakiegoś nadąsanego smarkacza niż faceta po 40'stce i prawdę mówiąc nie widzę w czym tkwi cały fenomen filmu. Oczywiście, można argumentować, że to NIE MIAŁO być komedią o życiu kogoś przeciętnego, a bardziej przykrą analizą poczynań jakiegoś chorego psychicznie człowieka... tylko niestety film jest wyłącznie marketingowany jako to pierwsze i za to większość ludzi go wychwala.

Ktoś powie "Ale to są prawdy o życiu, nie można ich pokazać innaczej". Nie prawda - można! Popatrzmy na takie Czeskie Komedie czy "Clerks" Kevina Smitha. Ba! Co by nie powiedzieć o "Świecie Według Kiepskich" serial ten potrafi przedstawić 10 razy lepszy i sympatyczniejszy komentarz o Polakach w 20-minutowym odcinku bez potrzeby marudzenia widzowi jak naburmuszone dziecko... W sumie "Propaganda Pesymizmu" byłoby trafniejszym komentarzem do tego filmu...

Cóż dodać? Mam jak największy szacunek do ludzi którzy to lubią bo jest wśród nich sporo moich znajomych (nawet jeśli im współczuję, że tak to widzą), ale jeśli ktoś miałby mnie spytać o szczerą opinię, to z przykrością stwierdzam, że „Dzień Świra” zwyczajnie obrzydził mnie, zażenował, być może nawet nieco ogłupił, ale i tak do pięt w tym nie dorasta kolejnej pozycji jaką jest...
 
2. Ryś (Stanisław Tym)
AAAaaaaaah!!!!!
Dodałem tę pozycję po jakimś czasie bo mózg mój bokował wspomnienia o tym filmie. Sam pomysł prosi się pomostę do Nieba. Robić kontynuację "Misia"!? Jednej z najwybitniejszych Polskich komedii!? To nie to, że pomysł jest taki znowu zły, ale poprostu to strzelanie sobie kolano na dzieńdobry! Bo jasne - "Rozmowy Kontrolowane" to niby sequel ale przynajmniej nie miały tytułu który krzyczy "O, hej! Robimy kontynuację Misia", więc większość osób ogląda ten film nie mając zielonego pojęcia, że te filmy są jakoś powiązane. Tu niestety ów karygodny błąd został popełniony. Nawet jakby film wyszedł niezły zostanie zjechany przez krytyków jako tania próba zbijania kasy na jednej z umiłowanych klasy rodzimmego kina, a wszelakie wady będą tylko potęgować się w zestawieniu z poprzednikiem.
Cóż - film wypadł marnie!
Nie tylko żarty są żenujące [Hehe! To ten aktor co grał Litonosza w "Złoto Polskich" więc będziemy do upadłego ciągnąć żart, że każdy kto go widzi bierze go za listonosza! Hehe!] choć prawdę mówiąc większość czasu nawet nie byłem pewny czy tekst który usłyszałem miał być napewno żartem. To było bardziej przygnębiające w tonie... Ta! "Miś" też miał smutne dno, ale jednak przez większość filmu się śmiałem. Tu byłem znudzony i miałem dosyć po pierwszych 30 minutach...
Aż przykro mi się robi, że scenariusz pisał ten sam Stanisław Tym. Może brak Barei i Chęcińskiego u jego boku? A może zabrakło magicznego świata PRL-u?
Film nie tylko nieśmieszny, ale wręcz zasmucający....
1.Włatcy Móch (Nawet nie chciało mi się sprawdzać kto to robił)
A co innego? Odcinków widziałem garstkę, ale za to miałem PRZYKROŚĆ obejrzeć pełnometrażową odsłonę – Klozetowość i wulgarność humoru przekracza wszelakie pojęcie, animacja i kreska obskurne, postacie prezentującą sobie zero pomysłowości, drażniące głosy i  wszechobecna bezmyślność. W dodatku żenuje mnie ilekroć ktoś próbuje bronić, że twórcy nie inspirowali się „South Parkiem”  (Tak, ponieważ Polscy i Amerykańscy „Milionerzy” to też przypadek) ale przyrównywanie tego do „South Parku” też we mnie coś skręca.
Co by nie powiedzieć o „South Park” prawie każdy odcinek opiera się na jakiejś satyrze (odcinki o Warcrafcie, Internecie czy Facebooku są genialne), a twórcy oferują sporo ciekawych i nieprzewidywalnych pomysłów. W dodatku w ich kresce pomimo prostoty panuje jakaś estetyka, a postacie jak trzeba pokazują emocje i są sympatyczne.  
„Włatcy” (nawet z moją dysleksją źle się czuję pisząc to z celowym błędem) nic sobą nie reprezentują, ponad humor kierowany do dresiarstwa, co by nie było takie złe, gdyby nie ogromny rozgłos serialu, przez który przez pewien okres na każdym roku skądś Czesio wyskakiwał. Serial na szczęście dobiegł końca i jak liczę późniejsze pokolenia puszczą go w niepamięć jak puścili swego czasu popularne filmiki z „4 fun TV”.
To tyle! A teraz uciekać bo gryzę!


~ Pan Miluś